Czy umiesz pomóc dziecku?

„Najważniejsze, żeby było zdrowe”, to zdanie jest jak mantra powtarzana przez wszystkich przyszłych rodziców. W ciąży fiksujemy się na punkcie tego, czy z naszym dzieckiem wszystko jest w porządku. Cierpimy prawdziwe męki, bo nie jesteśmy w stanie cały czas sprawdzać, czy serce na pewno bije i czy płód prawidłowo rośnie. Odliczamy dni do 22 tygodnia ciąży, bo wiemy, że takie dzieci obecna medycyna potrafi już uratować. Jeśli przez całą dobę nie czujemy ruchów, to jesteśmy gotowi jechać na ostry dyżur, żeby jak najszybciej wykonano USG i sprawdzono, czy jego serce bije. Myślimy „byle do porodu”, bo wtedy dziecko już będzie bezpieczne w naszych ramionach.

Paradoksalnie po porodzie ten lęk wcale nie mija, nasila się i szybko sobie uświadamiamy, że będzie nam on towarzyszył przez całe życie. Będziemy bać się o swoje dziecko, a naszym najważniejszym życzeniem będzie to dotyczące jego zdrowia. Niezliczoną ilość razy będziemy sprawdzać, czy śpiące dziecko oddycha i lecieć na złamanie karku przy każdym krzyku i ciszy, które sugerować mogą, że stało się coś złego.

Tylko, czy gdy coś złego się stanie, to będziemy wiedzieć jak pomóc? Nasze przygotowania do narodzin dziecka są zawsze bardzo intensywne, urządzamy pokoje, kupujemy wózki, foteliki, chodzimy na szkołę rodzenia, ćwiczymy przewijanie i uczymy się chustować. Byłoby więc bardzo źle, gdybyśmy podczas tak szeroko zakrojonych przygotowań zapomnieli o tym, żeby nauczyć się udzielać naszemu dziecku pierwszej pomocy, bo z całą pewnością wiedza i umiejętności wyniesione z kursu pierwszej pomocy przydadzą nam się nie raz.

Nie powinniśmy za bardzo polegać na tym, czego uczyliśmy się w liceum na lekcjach PO, bo po pierwsze jakość tej wiedzy może być wątpliwa, po drugie nasza pamięć może być zawodna, po trzecie medycyna ratunkowa się rozwija i jej wytyczne zmieniają się w czasie. Sama byłam przez kilka lat aktywna w Harcerskiej Grupie Ratowniczej, więc branie udziału w przeróżnych symulacjach ratowniczych i kursach czy udzielanie innym pierwszej pomocy zajmowało całkiem dużo mojego wolnego czasu, ale mimo wszystko, kiedy ostatnio spędziłam cały dzień na kursie pierwszej pomocy, to czułam, że uczę się na nowo i bardzo było mi to potrzebne. Doszłam do wniosku, że poświęcenie raz na trzy lata jednego dnia na odświeżenie swojej wiedzy i umiejętności z tego zakresu to jest w zasadzie mój obowiązek.

Umówmy się, jako rodzic mam bardzo dużą szansę na to, że będę musiała poradzić sobie z zadławieniem (mam za sobą 3 zadławienia), poparzeniem (na szczęście jeszcze się nie przytrafiło), zasłabnięciem (to też jeszcze nie) i być może będę musiała kiedyś wykonać dziecku „masaż serca”. Wiadomo, wolałabym nie, ale jeśli by się przytrafiło, to naprawdę bardzo chciałabym umieć to zrobić. Nie ma chyba nic gorszego niż niemożność udzielenia pomocy własnemu dziecku. Chcę, żebym w sytuacji kryzysowej nie marnowała czasu na panikowanie, tylko żebym skupiła się na pomocy.

Mam w domu apteczkę, mam bardzo dobry (kilkukrotnie przeczytany) poradnik o tym, jak udzielać pierwszej pomocy dzieciom, na lodówce wisi schemat resuscytacji, ale dopiero ćwiczenia z manekinem, zakładanie opatrunków koleżance z kursu i możliwość porozmawiania z ratownikiem medycznym dały mi pewność, że jestem przygotowana. Będę umieć udzielić pomocy moim (i nie tylko moim) dzieciom.

Uczestnictwo w kursie nie jest łatwe, bo uświadamia, że w zasadzie na każdym kroku na nasze dziecko czyha jakieś niebezpieczeństwo. Pewnie można potem wpaść w paranoje i nie wypuszczać dziecka z rąk bez owinięcia go wcześniej grubą warstwą folii bąbelkowej, ale można też być po prostu bardziej świadomym zagrożeń i wiedzieć, z czym trzeba się liczyć i jak sobie poradzić w kryzysowej sytuacji.

Możliwość ćwiczenia na manekinach (niemowlęcych i dziecięcych) resuscytacji (czyli tzw. masażu serca) oraz postępowania w przypadku zadławienia, jest absolutnie bezcenna! Można słuchać o tym, ile razy i gdzie trzeba ucisnąć, można patrzeć, jak robi to ktoś inny, ale dopiero, kiedy samemu musimy to zrobić niezliczoną ilość razy, to wchodzi nam to do głowy i w ręce. Mam w tym zakresie osobiste doświadczenie — zupełnie inaczej udzielałam pomocy dławiącej się Heli, a zupełnie inaczej manekinowi. Z manekinem poszło mi dużo lepiej, bo dostałam wcześniej wskazówki od ratownika i nie miałam obawy, że zbyt mocno uderzę manekina. To cenna lekcja, bo przy naszych dzieciach bywamy zbyt delikatni, bojąc się, że coś im zrobimy.

Kolejna ważna rzecz, której można się na kursie nauczyć to wiedza na temat tego, w jakich sytuacjach powinniśmy wezwać karetkę, kiedy powinniśmy sami pojechać na ostry dyżur, a kiedy wystarczy wizyta u pediatry. Dzięki temu jest szansa, że nie spanikujemy, wzywając karetkę do zwichniętego nadgarstka i nie zbagatelizujemy drgawek gorączkowych, które wymaga szybkiej interwencji medycznej. Bardzo praktyczna wiedza!

Jak wybrać kurs pierwszej pomocy?

Jeśli zdecydujecie się na udział w kursie, to warto wcześniej sprawdzić kilka rzeczy. Po pierwsze, kto będzie ten kurs prowadził. Ja byłam na kursie prowadzonym przez ratownika medycznego pracującego w Pogotowiu Ratunkowym, który na co dzień udziela pomocy małym dzieciom, więc wie jakie wypadki zdarzają się najczęściej, które są najgroźniejsze i z czym rodzice, którzy powinni udzielić pierwszej pomocy, mają największy problem.

Bardzo ważne też jest, czy kurs będzie faktycznie praktyczny — bez manekinów nie nauczycie się resuscytacji, bez opatrunków nie nauczycie się ich zakładania. Warto sprawdzić, czy faktycznie podczas szkolenia będą dostępne manekiny niemowlęce i dziecięce, ile ich będzie i jak duża będzie grupa (bo wiecie jeden manekin na 15 osób, to nie jest prawdopodobnie najbardziej efektywna nauka). Na moim kursie panowały elitarne warunki, bo każdy uczestnik miał własnego manekina do ćwiczeń :)

Kiedy wybierzecie już kurs, to zapiszcie na niego nie tylko siebie. Jeśli wasze dziecko ma opiekunkę albo zostaje pod opieką dziadków, to koniecznie wyślijcie na kurs również ich. Wasza wiedza na temat pierwszej pomocy nie przyda się wtedy, kiedy wy będziecie w pracy, a opiekunowie waszego dziecka na pewno będą wam bardzo wdzięczni, gdy nauczą się radzić sobie w sytuacjach kryzysowych. Pamiętajcie też, że wiedzę warto odświeżać raz na kilka lat.

Koszt takiego kursu nie jest duży (ten mój kosztuje 125 zł za 8 godzin szkolenia) i można go zrobić nie tylko w Warszawie. Jeśli zbierze się odpowiednio duża grupa, to organizowane są też kursy poza stolicą :) Po spędzeniu 8 godzin na kursie Heartsaver, mogę wam je polecić z czystym sumieniem. Po ukończeniu tego kursu możecie trochę spanikować, bo okaże się, że z pozoru niewinne zabawy i czynności mogą być dla dziecka niebezpieczne, ale z całą pewnością będziecie wiedzieli jak sobie w takich sytuacjach poradzić.

Być może nigdy nie wykorzystacie wiedzy zdobytej na takim kursie, ale jeśli choć raz będzie wam ona potrzebna, to będziecie dziękować sobie, że zdecydowaliście się poświęcić 8 godzin na naukę pierwszej pomocy.