„Dzieci z Bullerbyn”, czyli lektura obowiązkowa dla dzieci „nudzi-mi-się”

Wiem, że „Dzieci z Bullerbyn” zna każdy i, że jest to ostatnia książka, która potrzebuje jakiejkolwiek reklamy. Jednak muszę o niej napisać, bo ta książka okazała się dla nas absolutnie wyjątkowa. Jest ona ostatnimi czasy jedną z naszych najważniejszych pomocy wychowawczych — podejrzewam, że jest idealna dla każdego, kto mieszka razem z dzieckiem, którego życiowe motto brzmi: „Nudzi mi się” bądź „Nie mam co robić”.

Tak naprawdę „Dzieci z Bullerbyn” są w naszym domu od czasu kiedy dzieci były zdecydowanie za małe, żeby cokolwiek z tej książki rozumieć. Ale dawno temu znalazłam w księgarni wznowione wydanie, które pamiętam z mojego dzieciństwa (to z żółtą okładką) i nie mogłam sobie tego zakupu odmówić. Kilka lat później czytałam tę książkę Frankowi do poduszki, zmieniając imiona bohaterów, żeby trochę bardziej go zainteresować przygodami dzieci. Potem o Bullerbyn zapomnieliśmy, aż do tego roku. W styczniu Lila dostała na urodziny zupełnie inne, nowe wydanie „Dzieci z Bullerbyn”.

To wydanie jest absolutnie zachwycające — duży format, twarda oprawa i przepiękne ilustracje Magdaleny Kozieł-Nowak sprawiły, że Frankowi oczy zaświeciły się na sam widok książki. Wybłagał Lilę, żeby mu tę książkę pożyczyła i zaczął ją pochłaniać. Przygody dzieci z Bullerbyn wciągnęły go całkowicie, oglądał obrazki i koniecznie chciał się dowiedzieć, co takiego na tych obrazkach jest, więc czytał, czytał i czytał. Musieliśmy nawet wprowadzić ograniczenia czasowe na czytanie, bo potrafił stracić wieczorem rachubę czasu i czytać rozdział za rozdziałem.

Najlepsze przyszło po kilku dniach. Franek tak bardzo zachwycił się Lassem, że co rusz bawił się w zabawy wymyślane przez dzieci z Bullerbyn i adaptowane na nasze warunki. Pierwszą taką zabawą było przebieranie się w stare ubrania i udawanie przybłędów. Szczerze mówiąc, byłam tym bardzo zaskoczona, bo Franek najczęściej, zamiast wymyślić jakąś zabawę, marudzi, że nie ma się w co bawić i błaga o pozwolenie na oglądanie bajek, bo przecież jak wiadomo, nie ma nic lepszego niż gapienie się w telewizor.

Tymczasem okazało się, że w Bullerbyn dzieci nie miały ani telewizora, ani YouTube’a, ani smartfonów i ŻYŁY! Co więcej, miały milion pomysłów na zabawy, które czasem ciężko jest przekopiować do współczesności, ale zawsze można się nimi inspirować. Od czasu pojawienia się tej przepięknej książki w naszym domu Franek stał się zupełnie innym dzieckiem, nigdy nie marudzi, zawsze wymyśla nowe zabawy i zapomniał o tym, co to jest telewizor… no dobra, żartowałam ;) Aż tak dobrze nie mamy, ale szczerze mówiąc teraz każde „nudzi mi się”, możemy bardzo skutecznie skontrować pytaniem: „Jak myślisz, co Lasse by wymyślił, gdyby tu był?”. Oczywiście nie zawsze działa to od razu, ale jest dużo łatwiej.

Przepiękne wydanie „Dzieci z Bullerbyn” stało się nie tylko jedną z ulubionych książek Franka (po mamusi!), ale uświadomiło mu również, że współczesne rozrywki nie są jedynymi, które istnieją na świecie i spokojnie można znaleźć mnóstwo pomysłów na zabawę nawet, jak pod ręką nie mamy niczego, co gra i świeci :) W tej kwestii dobra książka jest znacznie bardziej skuteczna niż zrzędzenie rodziców i opowiadanie, jak to „za naszych czasów” do zabawy mieliśmy tylko szyszki i potłuczone butelki, a mimo to nigdy się nie nudziliśmy ;)


Zawarte w tym wpisie linki, to linki afiliacyjne. Oznacza to, że jeśli klikając w nie, dokonasz zakupu, to ja otrzymam z tego tytułu drobną prowizję. W żaden sposób nie wpływa to na cenę, którą Ty zapłacisz, ale dla mnie będzie sygnałem, że cenisz moją rekomendację :)