Dzień z życia młodej mamy, czyli dlaczego nie umyłam dziś okien…

Urlop macierzyński to czas wielkiej laby, odpoczynku i relaksu. I chwała politykom, że ten relaks może trwać rok, bo jeszcze nie tak dawno po 4 miesiącach zbijania bąków trzeba było wracać do pracy. Teraz i ja korzystam – wypoczywam, czytam, piszę, chodzę na kursy hobbystyczne, dużo rozmyślam, spaceruję, no i w końcu mogę się wyspać, bo przecież nie wstaję już rano do pracy… 

Nie wiem czemu, ale ciągle zdarza się, że ktoś tak właśnie wyobraża sobie życie matki w domu. Zdarzyło wam się kiedyś to usłyszeć: „Skoro masz teraz tyle czasu, to chyba możesz w domu posprzątać?” albo „Przecież jak dziecko śpi, to nic już nie musisz przy nim robić”, lub moje ulubione: „Co Ty właściwie robisz przez cały dzień?”. No wiadomo, że matka nic nie robi, tylko leży i pachnie, zamiast wziąć się do roboty.

Specjalnie dla tych, którzy nie do końca są w stanie sobie wyobrazić jak wygląda matczyna rzeczywistość i nie wiedzą dlaczego matki nie zawsze mają czas przygotować trzydaniowy obiad czy wyszorować podłogi postanowiłam podzielić się tym, jak wygląda mój dzień od kiedy zostałam mamą po raz trzeci. Poniżej szczegółowy ZAPIS PLANU DNIA MŁODEJ MAMY. Wszystkich tych, którzy uważają, że prawdziwie zorganizowana mama znajdzie czas na wszystko zachęcam do zgłaszania poprawek do planu:)

Moja noc zaczyna się około 23.00 i trwa całkiem długo, bo 9 godzin. Niestety w międzyczasie budzę się 3 razy, śpię tak naprawdę tylko 6,5 godziny, a pozostały czas (2,5h) spędzam na karmieniu, przewijaniu, noszeniu i usypianiu. Najdłuższy sen trwa tylko 2 godziny! Trzecia pobudka (po 5 rano) jest już w trybie zombie, karmię śpiąc, nic nie pamiętam – mogliby mi wtedy dziecko porwać i tak bym się nie zorientowała.

Dzień zaczynam o 8 rano – oczywiście od karmienia, noszenia, przewijania i ubierania Heli. Ja się nie liczę, czas dla siebie mam dopiero o 10.00, wtedy Hela usypia, a ja mogę szaleć przez godzinę. Zaczynam więc od priorytetów: prysznic, ubranie, śniadanie. Po godzinie jestem gotowa, żeby zrobić COŚ jeszcze, ale Hela się budzi. No i znowu przez godzinę karmienie, czekanie na upragnione beknięcie i ciągła zmiana pieluch. Jest już po 12.00, zbieramy się więc na długi spacer z psem. Miałabym 2 godziny tylko dla siebie, gdyby nie fakt, że spędzam go chodząc i pchając wózek, więc moje rozrywki ograniczą się tylko do sprawdzania fejsa na telefonie i pilnowania czy Denis nie chce zjeść innego psa.

Po spacerze, o 14.00 Hela się budzi, więc znowu zaczynamy rytuał jedzeniowo-pieluchowy. Koło 16.00 Hela udaje się do snu, a ja teraz już na pewno będę miała CZAS DLA SIEBIE. I mam do 17.00, bo wtedy do domu wraca Franek i Lila.

Po 17.00 zaczyna się sajgon. Z Frankiem i Lilą warto pogadać, może chwile się pobawić. Dosłownie chwilę, bo o 18.00 jestem już zajęta Helą – karmienie, przewijanie. No i to jest czas jej aktywności. Spać pójdzie dopiero na noc. Od 19.30 Michał ogarnia starszą dwójkę – kolacja, kąpiele i inne fanaberie. O 20.30 kąpiemy Helę, która zasypia o 21.00. Ja wtedy zazwyczaj mam 2 godziny dla siebie, bo o 23 jestem już nieżywa, chociaż w pełni świadoma tego, że za godzinę czeka mnie pierwsza z trzech pobudek, kładę się więc do łóżka z myślą, że i tak się nie wyśpię. Koło się zamyka.

Gdyby to komuś umknęło, to z dokładnych wyliczeń wynika, że w ciągu doby mam mniej więcej 12 godzin, których nie spędzam zajmując się najmłodszą córką. Można by pomyśleć – WYPAS, przecież to połowa doby. Niestety z tych 12 godzin:

  • 6,5 godziny wypada w ciągu nocy i ja wtedy śpię
  • 2 godziny przeznaczone jest na spacer z dzieckiem (i psem), więc jakby nie było to taki umowny “czas dla mnie”
  • 1 godzinę staram się spędzić z pozostałymi dziećmi, bo one też chciałyby mieć mamę.

Co oznacza, że tak naprawdę tylko 2,5 godziny spędzam nie zajmując się dziećmi. W tym czasie muszę się wykąpać (czasami nieco dłużej niż przez 5 minut), ubrać, zjeść posiłki i po nich posprzątać, nastawić pranie i nieco ogarnąć dom („nieco” oznacza podniesienie rzeczy leżących na podłodze i sprzątanie kuchni 3 razy dziennie :)). Przy dobrych wiatrach i szybkich ruchach mam 1,5 godziny tylko dla siebie, z którymi mogę zrobić co chcę. I na pewno nie mam wtedy w planach mycia okien, czyszczenia kibli czy prasowania. Chcę trochę pożyć. Sama, bez dziecka i ściery w ręku – przez 90 minut w ciągu doby. To chyba całkiem nieduże wymagania?

Autor zdjęcia: Heath Robbins