„Mamoooo! Juuuuż!” O tym, jak obalić ostatni bastion matczynego zniewolenia

Odpieluchowanie dziecka zasługuje zazwyczaj na jakąś dużą fetę. W końcu w tym czasie zrywamy kajdany, które założono nam z chwilą porodu. Wszystko, co przez ostatnie lata robiłyśmy, kręciło się wokół dziecięcej pieluchy. Ciągle do nich zaglądałyśmy, sprawdzałyśmy, wąchałyśmy, a na koniec zmieniałyśmy. Nie można było wyjść z domu bez sprawdzenia, czy mamy przy sobie wystarczający zapas pieluch, a jak nam się pomyliło w liczeniu, to byłyśmy w potrzasku — szukać najbliższej drogerii czy ze łzami w oczach błagać o pieluchę spacerujących nieopodal rodziców z małym dzieckiem? Jednym słowem dramat!

Dramatyczny jest też często sam okres odpieluchowania, ale najczęściej wszystko kończy się dobrze w dniu, w którym nabieramy przekonania, że nasze dziecko będzie jedynym, które w pieluchach dotrwa do matury. I kiedy po tych kilku latach chcemy skakać z radości, wiwatować i palić niezużyte jeszcze pieluchy, to okazuje się, że nie do końca wiadomo czy jest się z czego cieszyć, bo z dnia na dzień stajemy się niewolnikami donośnego: „Mamoooo! Juuuuż!”.

Tak, tak. Brak pieluch wcale nie oznacza, że temat dziecięcej kupy zniknie z naszego życia raz na zawsze. Będzie nadal obecny, tylko trochę inaczej. Bo usamodzielnienie dziecka w kwestiach korzystania z toalety to jedno, a umiejętność zadbania o samodzielne wytarcie tyłka, to już zupełnie inna kwestia. Będziemy więc teraz stały przy drzwiach toalety z papierem w ręku, czekając na wezwanie. A jak nas kiedyś podkusi, żeby za szybko dać się dziecku wykazać samodzielnością, to kilka godzin później gorzko tego pożałujemy, myjąc dziecko, zmieniając mu bieliznę i smarując pupę kremem na odparzenia.

Nie liczę godzin i lat…

Ciężko powiedzieć, za którym razem powiemy: „Wiesz co, spróbuj sam”. Może będzie to wtedy, gdy podczas siedemnastej próby zrobienia sobie kreski eyelinerem na opuchniętym już oku, nasze dziecko krzyknie tak donośnie, że kreska powędruje od brwi do kości policzkowych?

Może wtedy, kiedy dojdziemy do wniosku, że nawet jako matki zasługujemy na to, aby móc przeczytać choć jedną stronę książki bez biegania do dziecka?

Może wtedy, kiedy okaże się, że nasza latorośl najbardziej lubi korzystać z toalety przed świtem, a my chcąc nie chcąc musimy wyczołgać się z łóżka na długo przed tym, zanim zabrzmi budzik?

A może będzie to wtedy, kiedy podczas wizyty gości nasze dziecko wykaże się większą niż zazwyczaj ekspresją, krzycząc: „Ma-mooo! Wiel-ką kuuuu-pę zroooo-bi-łeeem!!!”

Zdążę zjeść to ciastko, czy nie?

Jedno jest pewne, nadejdzie ten dzień, w którym powiemy sobie dość i zrobimy wszystko, żeby nasze dziecko jak najszybciej zapomniało o tym, że matka jest niezbędnym towarzyszem podczas defekacji. I jeśli myślicie, że jest na to jakiś gadżet-przyspieszacz, to bardzo dobrze myślicie. Moja miłość od pierwszej przesyłki, którą dzisiaj chwalę na blogu po raz pierwszy, ale z całą pewnością nie po raz ostatni!

Wiadomo, że wynalezienie chusteczek nawilżanych było punktem zwrotnym dla milionów rodziców na całym świecie. Jest to produkt tak niezbędny przy małym dziecku, że ponoć nawet położne środowiskowe sprawdzają zapas chusteczek w domach noworodków! Nie da się bez nich przewijać, iść na spacer, karmić, sprzątnąć kuchni, a nawet wyczyścić butów! I wyobraźcie sobie, że te chusteczki mają młodszego brata — może trochę mniejszy, może nie tak przebojowy i wszędobylski, ale ma za to inne niepowtarzalne zalety!

Nawilżany papier toaletowy Velvet to rzecz idealna dla matki, która nie chce dłużej słuchać „Mamooooo! Juuuż!” i dziecka, które musi kiedyś ogarnąć toaletową samodzielność od początku do końca! Jaka jest najważniejsza zaleta tego papieru? Jak nazwa wskazuje — jest nawilżany, dzięki czemu samodzielne wycieranie pupy jest zdecydowanie prostsze, co oznacza, że dziecko poradzi sobie z tym problemem samo. Huuuura!

W przeciwieństwie do chusteczek nawilżanych, taki papier można spuścić w toalecie, co sprawia, że jest znacznie wygodniejszy w użyciu niż chusteczki, bo nie trzeba się martwić o to, co z takim papierem zrobić. Genialne rozwiązanie do wykorzystania w domu i w trakcie podróży. Jest to rozwiązanie idealne również w trakcie odpieluchowania, bo zdecydowanie łatwiej wyciera się maluchowi pupę papierem nawilżanym niż zwykłym. To jest po prostu mega fajny produkt, który warto mieć w tym ciężkim dla rodziców okresie.

Producent z całą pewnością założył, że papieru Velvet będą używać dzieci, bo wieczko jest plastikowe i zamykane, co minimalizuje do zera ryzyko rozerwania opakowania. Gadżet jest niewielki, więc nie potrzebujemy na niego oddzielnej półki w toalecie i bez problemu zmieścimy go nawet w małej torbie. Za jedną paczkę, w której znajdują się 42 listki, trzeba zapłacić ok. 5 zł. Jeśli nie zaczniecie korzystać z niego nałogowo, to nie powinniście zbankrutować!

Jak już staniecie przed półką z papierem nawilżanym Velvet to się nie zdziwcie, że do wyboru macie 3 różne rodzaje. Jest zielony (Rumianek i Aloes), niebieski (Pure) i różowy (Junior). Różnią się one nieco składem, chociaż zdecydowanie najbardziej wyraźna różnica to zapach – ja jestem fanką wersji Pure, bo jest to wariant bezzapachowy.

Według moich badań, posiadanie takiego papieru w toalecie zmniejsza okrzyki „Mamoooo! Juuuż!” o jakieś 50%. Niestety, dzieci świeżo odpieluchowane nadal proszą o nasze towarzystwo, ale może to i dobrze, bo jednak zostawianie dwulatka sam na sam z pełnym nocnikiem to za duże ryzyko!

Jeśli chcesz więc, droga matko, oszczędzić sobie nierównych kresek na powiece, nieprzeczytanych książek, zupełnie niepotrzebnych pobudek, czy zakłopotanych gości, to posłuchaj mnie — cała nadzieja w papierze nawilżanym!

Tak wygląda toaleta przygotowana na wejście dziecka bez asysty osoby pełnoletniej. Numerki są istotne, a dziecko musi rozpoznawać cyfry :D

Zdjęcia: Agnieszka Wanat

Wpis powstał przy współpracy z marką Velvet