Moje nowe wcielenie, czyli Matka Polka Dowożąca

Kiedy moje dzieci były słodkimi niemowlakami, to wydawało mi się, że nie spotka mnie w życiu nic bardziej czasochłonnego, bo miesiące mijały a ja jedynie przewijałam, karmiłam i usypiałam. Potem moje dzieci urosły, poszły do przedszkola, do szkoły, i dopiero wtedy się zaczęło… Niespieszne spacery z uroczo turkoczącym po bruku wózkiem są prawdziwym relaksem w porównaniu do tego, co nadeszło.

Jeszcze kilka lat temu popołudnie z dziećmi kojarzyło mi się z leżeniem na kanapie, podczas gdy moje słodkie urwisy radośnie układały na dywanie puzzle z 35 elementów. Teraz popołudnie z dziećmi przypomina rajd samochodowy połączony z biegiem na 400 metrów i ubieraniem dziecka na czas. Tak, moi drodzy. ZAJĘCIA DODATKOWE. Zmora współczesnych rodziców, złodziej naszego czasu, wróg słodkiego lenistwa.

Na pierwsze zajęcia dodatkowe sama zapisałam Franka. Wtedy jeszcze byłam naiwnym i nieświadomym rodzicem, nie miałam pojęcia, co czynię. Myślałam, że to super, że dziecko pochodzi trochę na judo, bo, jak mówią, sport to zdrowie. Szybko okazało się, że sportu to najwięcej w tym wszystkim mam ja, bo najpierw biegnę po dziecko do przedszkola, potem biegnę z nim na te zajęcia (jak czasu jest naprawdę mało, to biegnę z nim na rękach!), potem ćwiczę zakładanie judogi na czas, potem przez moment mam wrażenie, że oto teraz mam czas dla siebie, żeby za chwilę się zorientować, że zajęcia się właśnie skończyły, więc muszę znowu biec po dziecko. I wtedy mogłoby się wydawać, że już dłużej spieszyć się nie muszę, ale jest to prawdą tak długo, jak długo zajęcia z judo jednego dziecka nie nakładają się z baletem drugiego.

W tym roku chciałam być mądrzejsza i postanowiłam, że żadnych zajęć dodatkowych nie będzie. Ja chcę mieć RELAKS! Poczytałam trochę na ten temat w Internecie i obudowałam mój niecny plan w teorię, że obecnie dzieci zajęć dodatkowych mają za dużo, że nie spędzają czasu w domu, że nie mają czasu się ponudzić i w ogóle ich dzieciństwo w niczym nie przypomina dzieciństwa z lat osiemdziesiątych, które jak wiadomo jest złotym standardem dzieciństwa dla całej ludzkości, bo w końcu to było NASZE dzieciństwo i jak wiadomo, ono było najlepsze (bo nasze!).

Pomyślałam o tych wszystkich godzinach, w których moje dzieci będą się kreatywnie nudzić w domu, wyjdą na podwórko do swoich kolegów i w ogóle całymi popołudniami będą ganiać po krzakach i budowach. Niestety cały misterny plan spalił na panewce. Zepsuły go moje własne dzieci! To znaczy w sumie nie tylko one, bo okazało się, że ich kolegów po południu nie ma w domu, bo są na zajęciach dodatkowych, a po krzakach i budowach takim małym dzieciom włóczyć się nie wolno. No, ale i tak w największym stopniu zawiniły moje dzieci, które zażądały zajęć dodatkowych. Tak, same do mnie przyszły i powiedziały, że chcą chodzić na te wszystkie balety, akrobatyki i śpiewanie.

Próbowałam im opowiadać o prawdziwym dzieciństwie z lat osiemdziesiątych, o tym, że żadnych basenów, baletów i innych takich nie było. Że należało się kreatywnie nudzić, a nie chodzić na jakieś tańce po godzinach. A jak komuś naprawdę marzyły się dodatkowe zajęcia, to zawsze miał zajęcia z religii, albo scholę. Niestety moje dzieci nie zapałały entuzjazmem do lat osiemdziesiątych. Nie chciały się kreatywnie nudzić tylko pójść na basen, na balet, na zuchy, na piłkę nożną, gimnastykę, śpiew, konstruowanie robotów, rolki i judo. Ich największym zmartwieniem było zaś to, że tydzień ma tylko 7 dni, więc nie będą mogły chodzić na wszystko, na co by chcieli.

No i wtedy popełniłam ogromne głupstwo i uległam. Za karę spędziłam tydzień na takim układaniu harmonogramu, żeby wszyscy na te zajęcia dojechali i wszyscy to przeżyli. I teraz mam za swoje. Zamiast leżeć na kanapie z kubkiem gorącej herbaty, wożę dzieci w tę i z powrotem. Pilnuję tego, żeby nikt się nigdzie nie spóźnił i podróżuję w czasie, żeby pogodzić balet z akrobatyką, które dziwnym trafem odbywają się w tym samym czasie w dwóch różnych miejscach. No i zaczęły śnić mi się koszmary, że Hela przychodzi do mnie i mówi: „Mamo, ja też chcę chodzić na zajęcia dodatkowe, tylko oczywiście na zupełnie inne niż Lila i Franek”. Budzę się zlana potem i uspokajam się dopiero wtedy, kiedy uświadamiam sobie, że Hela jednak jeszcze nie mówi.

Także pamiętajcie! Nie dajcie się w to wmanewrować! Absolutnie nie zabierajcie dzieci na żadne dni otwarte do Domów Kultury, bo nie dość, że odkryją zajęcia dodatkowe to jeszcze będą chciały się zapisać na każde, o których usłyszą. Nie mówcie im nic o tym, że jest coś takiego jak balet i ograniczcie kontakty z rówieśnikami chodzącymi na piłkę nożną. Dla waszego miłego życia najlepiej będzie, jeśli nie będą miały świadomości, że po szkole i przedszkolu można robić jeszcze mnóstwo fajnych rzeczy ;)

To pisałam ja. W przerwie między baletem a akrobatyką sportową.