Pieczenie z dziećmi – poradnik dla początkujących

Moja relacja z kuchnią jest dość trudna. Bywam w niej często, kilka razy dziennie jem, co 15 minut ją sprzątam, ale nigdy nie gotuję (no zdarza mi się raz w roku zrobić jakiś obiad, jak Michał wyjeżdża na dłużej). Gotowanie z jednej strony śmiertelnie mnie nudzi, z drugiej nie do końca rozumiem po co tak się męczyć. Bo wiecie, najeść się można, nawet jeśli nic się nie ugotuje — nie trzeba do tego ani brudzić kuchni, ani marnować czasu. Te wszystkie przepisy bardzo mnie stresują, bo trzeba tam robić szesnaście rzeczy na raz, a na koniec „doprawić do smaku”. Co to w ogóle znaczy „do smaku” i w ogóle do czyjego smaku to ma być??? Ja jestem umysł ścisły i potrzebuję konkretnych wytycznych! Czy to ma być 1 gram, czy cała łyżka? Gotowanie to dla mnie po prostu czyste szaleństwo.

Jestem za to wielką fanką pieczenia — bo tam wszystko dzieje się powoli i w skupieniu. Nikt nie każe mi mieszać mąki w ilości „na oko”, nie zmusza mnie do eksperymentów, ani do pospiesznego wrzucania składników na patelnię, na której wszystko już się smaży i za chwilę spłonie! Bardzo lubię pomału przygotowywać składniki, znosić niezbędny sprzęt, a następnie z wolna łączyć ze sobą komponenty wyrabiając z nich ciasto. Nic się nie przypala, gotująca się woda nie woła z garnka „Ej, pospiesz się! Zaraz się ugotuję!”. Ciasto poczeka, aż ja będę gotowa :)

Ostatnio przeczytałam, że pieczenie bywa częścią terapii ludzi z depresją i szczerze mówiąc, nie jest to dla mnie zaskakujące. Nie znam drugiego tak relaksującego zajęcia, na którym skupiam się całkowicie, ale które w żadnej mierze mnie nie stresuje. No i efekt zawsze jest dokładnie taki, jak zapowiadano. Wystarczy wybrać przepis i postępować zgodnie z nim. W dzisiejszym świecie zaawansowanych piekarników zakalce zdarzają się najczęściej wtedy, kiedy postanowimy zakwestionować zalecenia z przepisu :)

No i największy plus — uwielbiam moje ciasta! Są one zresztą często jedyną słodką rzeczą w naszym domu, więc w ten sposób zapewniam sobie miłość i dozgonną wdzięczność moich dzieci. Kto wie, może te ciasta sprawią, że na starość nie odeślą mnie do jakiegoś domu opieki ;)

Pieczenie ciasta jest moim zdaniem najfajniejszym wstępem do nauki gotowania. Jest prostsze, wymaga postępowania zgodnie z przepisem i niewielkiego nadzoru osoby dorosłej. Oczywiście może być tak, jak przytrafiło się mi, że za bardzo kontynuacji nauki gotowania nie będzie, ale ja nie widzę nic złego w tym, żeby zostać tylko przy pieczeniu. W końcu można również piec pizze i zapiekanki, więc z głodu ani przesłodzenia umierać nie trzeba.

Pieczenie z dzieckiem

Moje dzieci bardzo lubią pomagać w kuchni i chociaż ja najbardziej lubię piec w samotności, dumając nad własnym losem, to nie mam problemu z tym, żeby być jedynie „nadzorcą”. Zwłaszcza że podczas przygotowywania ciasta można się łatwo podzielić zadaniami. Nikt nie będzie się czuł poszkodowany, a dzieci same poproszą o pomoc, jeśli będą jej potrzebować. Poza tym jesteśmy na tyle sprytni, by podzielić zadania tak, że te najfajniejsze trafią na naszą listę ;) Warto pamiętać o tym, by najbardziej odstresowujące etapy pieczenia zostawić dla siebie — mogą się przydać, gdy okaże się, że dziecko podczas wspólnego pieczenia nie działa na was relaksująco :D

Dla dziecka pieczenie jest świetną lekcją cierpliwości, postępowania według instrukcji, czytania i matematyki. A jeśli na jego barkach będzie również zakupienie produktów potrzebnych do upieczenia ciasta, to dojdzie do tego jeszcze samodzielność i zaradność. Franek, który ma 7 lat, 95% czynności podczas pieczenia ciasta potrafi zrobić sam.

Upieczone, pięknie pachnące ciasto zawsze wywołuje w domu większe poruszenie niż ugotowana pomidorowa, więc dziecko w gratisie dostaje mnóstwo pochwał na temat tego, co przygotowało.

Przygotowanie – wybór przepisu i zakupy

Jeśli chcemy, żeby pieczenie przebiegało w sielskiej atmosferze i żeby nikt się przy tym nie stresował, to należy wybierać przepisy łatwe, wymagające jak najmniej pośpiechu i dokładności. Ja jestem wielką fanką jabłecznika i placków z owocami (ach, gdzie jesteś rabarbarze??) i te ciasta świetnie sprawdzają się do wspólnego pieczenia z dziećmi. Korzystam tylko ze sprawdzonych przepisów, żeby uniknąć rozczarowań. No i im mniej składników i zadań pobocznych, tym lepiej.

Wiadomo, że super jest, kiedy to dzieci mogą zadecydować o tym, co będą piekły. Tylko żeby nie skończyło się to tym, że dziecko wybierze coś, co jest ponad wasze możliwości, lub jest tak pracochłonne i czasochłonne, że się w trakcie pozabijacie, albo umrzecie ze starości. Ja zawsze daję wybór, ale jest to wybór w stylu: „jabłecznik czy murzynek?”

Fajnie jest też zabrać dzieci na zakupy, dzięki temu dowiedzą się, że są różne rodzaje mąki i cukru, że masło to nie jest margaryna i że trzeba się trochę nadźwigać, żeby móc upiec ciasto. Franek w tej kwestii jest już bardzo samodzielny, bardzo chętnie chodzi na zakupy sam, jeśli czegoś nie może znaleźć, to bez problemu prosi o pomoc. Chociaż oczywiście zakupy robi w małych delikatesach, które mamy pod domem, a nie w wielkim Tesco, do którego jedzie się pół godziny. Na serio takie zakupy, to mega frajda dla dziecka, zwłaszcza jeśli przed kupnem jabłek, musi się dowiedzieć, które będą najlepsze do ciasta :)

Zanim zabiorę się za robienie ciasta z dziećmi, to zawsze przygotowuję wcześniej składniki w odpowiedniej ilości. Dzięki temu nie ma stresu, że zamiast 2 szklanek mąki wsypie się ich trzy, a zamiast łyżeczki proszku do pieczenia wpadnie cała paczka. Oczywiście takie rzeczy też można robić wspólnie, chociaż to akurat jakoś bardzo moich dzieci nie cieszy. Dużo bardziej czekają na możliwość łączenia składników, rozbijania jajek i ucierania ciasta.

Zaczynamy

Jeśli piekę sama, to wszystko robię sama, dokładnie wtedy, kiedy chcę. Jeśli są w tym też dzieci, to dzielę zadania. Dzięki temu każdy czuje się potrzebny, jest samodzielny i odpowiedzialny za swoją część. Oczywiście wiadoma sprawa — ja co chwilę muszę przerywać swoją pracę po to, żeby pomóc w czymś dzieciom. Dlatego na siebie biorę jak najmniej zadań, ale takich, które wymagają najwięcej czasu. Dzięki temu każdy kończy swoją część mniej więcej w tym samym czasie.

Co jest najważniejsze dla dziecka?

To akurat jasne — oblizywanie łopatek z ciasta. Ja dzięki temu mogę krzyczeć to, czego nauczyłam się od mojej mamy i babć: „Nie jedz surowego ciasta, bo brzuch Cię będzie bolał!!!”. Nigdy mnie po tym brzuch nie bolał, więc zastanawiam się, czy to nie jest jednak jakaś bajka, ale na wszelki wypadek przekazuję to ostrzeżenie następnemu pokoleniu!

Atrakcja numer 2 – wbijanie jajek. Rozumiem, też tak miałam. Fascynowało mnie to, że pod tą twardą skorupką jest coś tak obślizgłego. Moje dzieci rozbijają jajka samodzielnie, ale na wszelki wypadek robią to do miseczki, żeby łatwiej było wyciągnąć kawałki skorupki, jeśli się gdzieś zaplączą. Potem oczywiście ona same wsypują i wlewają wszystko do misy, bo uwielbiają patrzeć, jak składniki łączą się ze sobą. Niestety nie mam makutry, więc samo urabianie ciasta kojarzy im się z czystą przyjemnością :)

Niesamowicie dużą popularnością cieszy się również obserwowanie, jak ciasto rośnie w piekarniku. Tu ich rozumiem, bo zawsze mnie fascynowało, jak to się dzieje, że z takiego rozklapciucha, który leży na dnie tortownicy, wyrasta coś tak pięknego :) Plusem takiego zainteresowania jest fakt, że dzieci potrafią przesiedzieć w ciszy przed piekarnikiem nawet 20 minut. Jak daję słowo, to jest lepsze niż telewizor :D

Pieczemy

Tak naprawdę samo pieczenie nie jest już wielką frajdą dla dziecka. Lubią sobie popatrzeć, ale nic więcej. Za to ja mam zupełnie odwrotnie. Przez ostatnie lata mieliśmy taki piekarnik, który był ze dwa razy starszy od moich dzieci i nie był już w najlepszej kondycji. To znaczy, musiałam się nauczyć jaką temperaturę w nim ustawić, żeby osiągnąć taką, która widnieje w przepisie. Jest to wkurzające, bo część wypieków okazuje się klęską. A to bardzo zniechęca.

Wszystko zmieniło się w zeszłym roku, gdy po remoncie kuchni pojawił się nowy piekarnik, który jest bardzo inteligentny. Czyli nie dość, że jak ustawię 190°, to jest 190°, to jeszcze sam sobie liczy, ile minęło czasu, od kiedy wstawiłam ciasto, woła mnie tuż przed zakończeniem pieczenia, żebym sprawdziła, czy tyle czasu wystarczy, czy może jeszcze trochę popiec, a nawet pyta się, czy nie chcę mieć zarumienionego na górze ciasta. Ja oczywiście, jak na prawdziwy umysł ścisły zgadzam się tylko na to, co jest w przepisie, ale szczerze mówiąc miło mi, że pyta. Poprzedni piekarnik robił dużo głupich rzeczy bez pytania :D

Jakie to piękne i jakie pyszne!

Na to wszyscy czekali. U nas ciasto znika po kilku godzinach, głównie dlatego, że autorzy tego dzieła nie mogą się nadziwić, jakie cudo stworzyli. Jest to oczywiście niezwykle przyjemna część tej roboty, bo nie dość, że człowiek sam się obje jak bąk, to jeszcze dzieciaki są z siebie mega dumne.

Co ważne, dzieci dzięki wspólnej pracy w kuchni dowiadują się, skąd bierze się jedzenie bardziej skomplikowane niż kanapka z szynką. Wiem, że bardzo różnie wygląda to w naszych domach. Są rodzice, którzy nie mają czasu na gotowanie i pieczenie, ale serio raz na jakiś czas można wygospodarować dwie godziny, chociażby po to, żeby pokazać dzieciom, jak przygotowuje się takie jedzenie. Ostatnio Franek przyniósł książkę kucharską stworzoną przez jego rówieśników z gromady zuchowej i zapewniam was, że przepis „kup pizzę w Biedronce i podgrzej ją w mikrofalówce” pojawił się więcej niż raz. Dlatego pamiętajcie, że to od was zależy, czy dziecko będzie wiedziało, że można samemu zrobić jego ulubioną pizzę. Bo to, że będzie smaczniejsza, zdrowsza i chętniej zjedzona niż ta kupna, jest pewne.

Gdybyście rozglądali się za nowym piekarnikiem do zabudowy, takim, który nie tylko upiecze ciasto, ale też pizzę (Michał chwali sobie tę funkcję), to polecam nasz – Hotpoint (model: FI9891SCIXHA)

 

Zdjęcia: Agnieszka Wanat

Przepis na jabłecznik: Kwestia smaku

 

Wpis powstał przy współpracy z marką Hotpoint