Rodzina wielodzietna w podróży

Pojawienie się w naszej rodzinie trzeciego dziecka miało wpływ na wiele sfer naszego życia. Jeszcze podczas ciąży wiedziałam, że ta zmiana przeniesie nas z szufladki „Rodzina wzorcowa” do szufladki (a może raczej kosza) z napisem „Rodzina wielodzietna być może patologiczna, bo kto normalny ma tyle dzieci”, ale nie sądziłam, że tak często będzie okazywać się, że to dodatkowe dziecko zmienia tak dużo. Zdecydowanie największą niespodzianką było wymuszenie zmiany w sposobie spędzania krótkich rodzinnych wypadów i dłuższych wakacji. Na początku strasznie mnie to wkurzało, planowałam wysyłać listy, robić pikiety i protestować, ale na szczęście jestem rozsądnym człowiekiem i postanowiłam się z tym po prostu zmierzyć, okazało się, że ta zmiana tylko pozornie była negatywna.

Kiedy naszych dzieci było tylko dwoje, to podczas naszych wojaży nocowaliśmy w hotelach czy pensjonatach — wynajmowaliśmy sobie pokój i mieściliśmy się w nim wszyscy (nawet z psem!). Gdy w naszej rodzinie pojawiła się Helena, to okazało się, że już w żadnym pokoju się nie mieścimy! I nie chodziło o to, że pokoje mają zbyt małą ilość metrów kwadratowych, ale o to, że jeśli w danym pokoju planowano umieszczać maksymalnie dwoje dorosłych i dwoje dzieci, to znaczy, że kolejne się nie zmieści. Nie ważne, że będzie spało w naszym łóżku, nie ważne, że mamy dla niego własne łóżeczko. Nie zmieści się i kropka. Zagraniczne wakacje w hotelu all inclusive reklamującym się jako miejsce idealne dla rodzin z dziećmi? Przytulny pensjonat położony blisko plaży nad polskim morzem? Niestety, nie są dla nas. W końcu mam ogromną, niewyobrażalną i prawie nieskończoną liczbę dzieci. TROJE dzieci w jednym pokoju z rodzicami to dla hotelarzy prawdziwy szok! Oczywiście zdarzają się chlubne wyjątki, ale to jak szukanie igły w stogu siana.

Pierwsze zderzenie z hotelową rzeczywistością zaliczyliśmy, kiedy Hela miała niecałe 5 miesięcy. Chcieliśmy spędzić w Gdańsku weekend całą rodziną. Szukaliśmy pokoju w różnych hotelach, okazało się, że musielibyśmy wynająć dwa pokoje, żeby móc tam spać. Koszt takiego weekendu przestał być niedrogi. Wtedy po raz pierwszy zdecydowaliśmy się olać pokoje w hotelach i wynajęliśmy normalne mieszkanie (w branży turystycznej zwane apartamentem). Później chcieliśmy wyjechać na długie wakacje na Wyspach Kanaryjskich — duży, dobry hotel przeznaczony dla rodzin z dziećmi (przynajmniej tak mówiły ich foldery), a tu klops. Nie mieliśmy możliwości zmieszczenia się w jednym pokoju i musieliśmy kombinować. Kiedy mieliśmy wyjechać po raz kolejny, to nawet nie patrzyliśmy na oferty hotelowe. Od razu zaczęliśmy szukać mieszkań do wynajęcia, bo wiedzieliśmy, że jest to zdecydowanie lepsze rozwiązanie. Żałuje jedynie, że tak późno odkryliśmy te mieszkania i apartamenty, bo jest to mega fajna opcja nie tylko dla dużych rodzin :) No i co ważne, jest to znacznie tańsze niż hotele — oczywiście wszystko zależy od standardu, ale jeśli porównacie hotelowy pokój i mieszkanie/apartament na podobnym poziomie, to hotel wyjdzie znacznie drożej.

Po kilku bardzo pozytywnych doświadczeniach z pobytu w wynajmowanych apartamentach dzielę się z wami 5 powodami, dla których warto zrezygnować z pokoju w hotelu. Dla ułatwienia i uprzyjemnienia odbioru poszczególne punkty zostały zilustrowane zdjęciami z weekendu, który wraz z szaloną rodziną Ferreirów spędziliśmy w Krakowie w apartamentach Stradonia.

1. Jestem Panią i Władcą na włościach

W takim apartamencie mam zazwyczaj wszystko pod ręką — wyposażoną kuchnię, łazienkę z pralką, deskę i żelazko, telewizję z programami dla dzieciaków, internet. Jeśli nie mam w danej godzinie ochoty kiwnąć palcem, to włączam dzieciom jakąś bajkę i łapię za książkę albo idę spać (przecież mam osobny pokój!). Jeśli dopadnie mnie szał perfekcyjnej żony i matki, to popiorę, poprasuję, a na koniec wyjmę z piekarnika pachnącą szarlotkę. To jest naprawdę super przy dłuższych pobytach — wiadomo, codzienne stołowanie się w knajpach kosztuje a dwa tygodnie bez pralki z trójką dzieci to jednak lekki armagedon.

O, na przykład na tych zdjęciach Michał akurat realizuje opcję rodzica-lenia. Niestety nie udało nam się uwiecznić na zdjęciach tych (wielu) momentów, w których dopadał nas szał prania i gotowania — jesteśmy wtedy tak tym zajęci, że po prostu nie mamy czasu na pstrykanie zdjęć.

stradonia

stradonia-3

2. Dzieci mogą się bawić w chowanego, berka, albo po prostu położyć się na podłodze

Przestrzeń w takim apartamencie to minimum kilkadziesiąt metrów kwadratowych i minimum 2-3 pomieszczenia, więc dzieci mają możliwość się bawić bez wpadania pod moje nogi. Jest szansa na rozszerzenie repertuaru zabaw o te wielkoobszarowe. A poza tym, gdy zaczynają się kłócić, a ilość decybeli zbliżona jest do tych na lotnisku, to zawsze można dzieci rozdzielić — każde będzie miało własne pomieszczenie :)

Podczas pobytu w Krakowie były zabawy w „wojnę”, w „basen”, w „kosmitów”, w „chowanego”, w „kto głośniej zapłacze” oraz „kto skuteczniej poskarży się rodzicom”. Mogli się bawić, w co chcą, pod warunkiem, że robią to w tym pomieszczeniu, w którym nas nie ma :)

aw_IMG_0655_awanat

aw_IMG_0681_awanat

3. Śniadanie mogę jeść w piżamie i przetłuszczonych włosach

Śniadanie podawane w hotelu jest super pod warunkiem, że mam ochotę wstać rano (a od kiedy mam dzieci, to jeszcze na to ochota mi nie przyszła). To miło, że wszystko jest już pachnące i na mnie czeka, ale, na Boga, dlaczego o 10.00 rano muszę być na nogach i w wyjściowej stylizacji skoro w nocy co 2 godziny usypiałam któreś dziecko? Poza tym jestem na wakacjach! Zresztą najgorsze i tak jest to, że dzieci od 6 rano skaczą po mojej głowie (nie bardzo mają miejsce na skakanie gdzie indziej) i krzyczą, że są głodne. W desperacji może się zdarzyć, że pozwolę im zjeść na śniadanie batoniki z mini baru, co oni będą oczywiście wykorzystywać przez kolejny rok, twierdząc, że na każde śniadanie chcą jeść batoniki. Cudowność wynajętego apartamentu polega na tym, że dzieci o 6 rano robią sobie śniadanie same (zawsze pamiętam, żeby mleko i płatki były w zasięgu ich rąk), a ja jem śniadanie o 11 – zanim się umyję, ubiorę i uczeszę.

Jak sami rozumiecie nie istnieją zdjęcia, na których jem śniadanie w piżamie i przetłuszczonych włosach. Na fotografowanie zgadzam się wtedy, gdy wyglądem przypominam siebie samą ze zdjęć na Facebooku. Dlatego wrzucam tutaj dwa inne zdjęcia, na którym wszyscy są ładni i najedzeni.

stradonia-4 stradonia-5

4. Nie muszę się wstydzić za własny bałagan

Kto jeździ z dziećmi, ten wie, że bajzel w pokoju jest nieunikniony. Wiadomo, że panie sprzątające w hotelach są super, ale jak jadę z dziećmi, to mnie na maksa stresują i rano, zamiast jak najdłużej leżeć w łóżku, ogarniam bajzel, bo przecież „do takiego burdelu sprzątaczki nie wpuszczę, bo co ona sobie o nas pomyśli”. Jak wynajmuję apartament, to oczywiście sprzątam w nim sama, ale przynajmniej nie muszę się wstydzić za bałagan przed obcymi ludźmi. A jeśli zależy mi na tym, żeby w mieszkaniu ktoś jednak (poza mną) posprzątał, to takie usługi też da się załatwić.

Nie, zdjęć bałaganu też nie będzie. Muszę zachować pozory – wiecie opieka społeczna już się nami interesuje ze względu na niestandardową liczbę dzieci, jeśli do tego dojdzie nieporządek, to będziemy mieć przechlapane :) Ale za to możecie popatrzeć jak wyglądał nasz apartament ZANIM tam nabrudziliśmy.

IMG_4941 IMG_4962

5. Nie muszę się wstydzić za własne dzieci

Hotelowa restauracja, winda, hol, korytarze i recepcja to miejsca potencjalnie niebezpieczne dla rodzin z dziećmi. Wiadomo, że dzieci też muszą tam przebywać, choćby przelotem, w związku z czym jest szansa, że właśnie tam wpadną w szał, urządzą awanturę, albo będą miały ochotę się pobawić w stado głośnych słoni. Wszystko fajnie, znamy to, wiemy, że się zdarza i trzeba przez to po prostu przejść, ale wiadomo, że inni goście nie zawsze pomagają nam w tej trudnej rodzicielskiej wędrówce. Znaczące spojrzenia, zacięte miny mówiące: „Moim dzieciom się to nie zdarza!” sprawiają, że człowiek ma albo ochotę zapaść się pod ziemię, albo zagryźć cwaniaka. Jeśli wynajmiemy sobie mieszkanie, to ilość takich wspólnych miejsc znacząco maleje. Jeśli idziemy na śniadanie do jakiejś knajpy, w której nasze dzieci robią cyrk, to następnym razem jemy u siebie, albo tam, gdzie jeszcze cyrku nie zrobiliśmy :)

O, na przykład to są zdjęcia z naszego krakowskiego śniadania w Metaformie w Krakowie. Jestem PEWNA, że od tego czasu podobizny naszych dzieci zawisły na tablicy „Tych klientów nie obsługujemy” ;) Ale to nic, przecież następnym razem pójdziemy tam, gdzie nas jeszcze nie znają!

aw_IMG_0576_awanat aw_IMG_0594_awanat

Jeśli chcielibyście zobaczyć więcej zdjęć z Krakowa i Stradonii, poczytać o tym, co tam robiliśmy (a robiliśmy dużo świetnych rzeczy) i co śmiesznego mówiły dzieci, to zapraszam na blog mikemary.pl oraz missferreira.pl – na obu wkrótce będzie można co nieco na ten temat poczytać :)

A jeśli zastanawiacie się w jaki sposób wyszukujemy takie super miejsca do mieszkania, to zdradzę, że my korzystamy ze strony booking.com :)

 

Zdjęcia Aguincredible by Agnieszka Wanat

Wpis jest elementem współpracy z apartamentami Stradonia.