W co zagrać z dzieckiem na konsoli? Micro Machines World Series

Po świecie ciągle krąży opinia, jakoby gry komputerowe stworzone były dla płci męskiej. To trochę krzywdzący stereotyp, tym bardziej, że gdy weźmiemy pod uwagę wszystkie rodzaje gier — także te przeglądarkowe, to okaże się, że przeciętny gracz nie jest ani dzieckiem, ani facetem — to kobieta w wieku trzydziestu kilku lat :) Niech pierwsza rzuci kamieniem ta, która nie grała kiedyś w Farmville, a myślę, że znajdą się tu także bardziej hardkorowe gejmerki. Moja siostra regularnie grywała ze mną na dwa joysticki, jeszcze na Commodore 64, a i Marysia od gier nigdy nie stroniła. Tak, dobrze widzicie, dziś znowu czas na wpis tatogadżetowy :)

Fakt, iż gry video nie są nam obce (a ja jestem ciągle dość zapalonym graczem) przydaje się bardzo w wypełnianiu roli rodzica. Dzieciaki — szczególnie dziś — grają bardzo dużo, na różnych platformach, a znajomość gier bardzo pomaga w określeniu czy gry te są odpowiednie dla nich, czy nie. Natomiast wspólne granie może być ciekawą rozrywką — moim zdaniem często o wiele ciekawszą niż wspólne oglądanie telewizji.

Micro Machines
Dla Heli jeszcze trochę za wcześnie na granie, ale i tak mocno się wczuwa ;)

Dziś, kiedy sam decyduję ile, kiedy i na czym gram, zmagam się z innym problemem — brakiem odpowiednich gier. Gier, które przydają mi się w dwóch sytuacjach — granie z dziećmi oraz granie ze znajomymi, choćby podczas imprezy. To dość śmieszna sytuacja, że większość dzisiejszych gier jest tworzona tak naprawdę dla dorosłych. Nie chcę mojemu siedmiolatkowi serwować krwawej przemocy albo innych emocji, po których nie zaśnie. Z drugiej strony większość gier stworzona jest albo na jednego zawodnika, albo do grania po sieci. Jest naprawdę mało gier, które możemy po prosto odpalić podczas imprezy i wspólnie pograć bez zbędnej napinki — po prostu dla zabawy. Gra, o której chcę dzisiaj napisać, spełnia oba wymagania!

Zanim przejdę do opisu gry, słowo o jeszcze jednej rzeczy. Też wydawałoby się niby „męskiej”, ale… nieprawda! Mowa o resorakach! Jeśli czytają to osoby wychowane tak jak ja w latach 80. albo w 90., na pewno będą wiedzieć, o co chodzi. Resoraki, czyli małe samochodziki były jednymi z niewielu zabawek, które mieliśmy, bo przecież te czasy pełne były badziewia. Razem z siostrą ustawialiśmy w pokoju tory i co najważniejsze sprawdzaliśmy resory, delikatnie podnosząc przód i tył samochodu, by następnie puścić go i zobaczyć czy dobrze sprężynuje.

Potem przyszedł czas na zdalnie sterowane samochody, ale ja ich nie miałem aż tak dużo — kosztowały swoje, a można je było kupić głównie w Peweksie.

Kiedy Techland — polski wydawca gry — poprosił nas o recenzję kontynuacji starego hitu Micro Machines, jak zwykle pomyślałem sobie: „Zazwyczaj kontynuacje starych hitów są słabe”. Tym razem było inaczej :)

Nowa odsłona Micro Machines pozwala znowu wczuć się we właścicieli resoraków i odnaleźć w sobie wewnętrznego dzieciaka. Piszę „nowa”, gdyż gra ta w oryginalnej wersji debiutowała już lata temu — ja nie miałem wtedy konsoli, ale zagrywałem się w nią u kolegów. Teraz małe samochodziki wracają z grafiką na poziomie XXI wieku.

Nie jest to symulator jazdy, czy inny poważny samochodowy tytuł — to właśnie radosna rozpierdziucha małymi samochodzikami, odpowiednia zarówno dla rodziny, jak i na imprezę. I to jeden z bardzo niewielu znanych mi tytułów, w który można grać nawet na 4 pady!

Gra oferuje kilka trybów — demolkę, wyścigi, czy znane wytrawnym graczom Capture The Flag. W przypadku grania ze sobą lokalnie nie mamy zbyt dużo trybów do wyboru, a to dlatego, że wszyscy muszą widzieć się na jednym ekranie. Jednak to spokojnie wystarcza — ilość samochodzików do wyboru jest całkiem spora, a każdy z nich — mały czołg, ciężarówka, czy samochód agenta specjalnego — ma inne właściwości jezdne i inną broń.

Micro Machines
Do wyboru mamy 12 małych samochodzików

Do wyboru jest kilka lokalizacji — możemy jeździć po stole bilardowym, zamarzniętym stawie, stole kuchennym czy ogrodzie.

Micro Machines
Rozgrywka na kuchennym stole, wokół talerzyka z kawałkiem ciastka

Jedynym dość trudnym elementem dla osób nieznających zbytnio gier samochodowych czy modeli zdalnie sterowanych jest sterowanie pojazdem — za pomocą lewego drążka obracamy pojazd w lewo lub w prawo, za pomocą przycisku R2 dodajemy gazu. Dla Franka było to z początku trudne, ale krzywa nauki nie jest tu zbyt stroma i myślę, że zarówno dorośli, jak i dzieci dość szybko to ogarną. Wytrawniejsi gracze nie powinni mieć z tym zupełnie problemu.

Franek natomiast momentalnie wsiąkł w samą rozgrywkę. Szybciej niż ja ogarnął modele samochodzików i ich specjalne bronie, zafascynował się także upgrade’ami. No właśnie — za zdobywane punkty i poziomy możemy dokupować do nich nowe lakiery, zestawy głosów, a także inne rzeczy. Prawdę mówiąc, ze swoimi samochodowym strzelaniem ognistymi kulkami, czy laserami, gra Micro Machines jest o wiele mniej agresywna od większości tytułów, a nawet kreskówek na kanałach dla dzieci. To plus możliwość grania rodziną, plus brak konieczności uczenia się skomplikowanych zasad, plasuje ją w czołówce naszych gier rodzinnych.

Grę Micro Machines wydał rodzimy Techland, kosztuje niedużo jak na grę konsolową, bo 124 zł. Polecam ją zarówno do weekendowego pogrania z dzieciakami, gdy pogoda za oknem nie halo (a w tym roku rzeczywiście bywa różnie), jak i do spokojnego „popykania” ze znajomymi, gdy nasze najwspanialsze pociechy zrobią to, co robią najlepiej, czyli pójdą spać (#złyojciec). Gra nie wymaga wielkiego skupienia, a może przynieść naprawdę dużo zabawy, szczególnie gdy mamy 4 pady.

Grę możemy kupić zarówno w wersji płytowej jak i z poziomu konsoli, w sklepie Playstation Store.

 

Wpis powstał przy współpracy z Techland.