Zajęcia dodatkowe, czyli co zrobić by nie mieć życia

Już niedługo nasz tydzień znowu zacznie płynąć pod dyktando obowiązków szkolnych i zajęć dodatkowych. Jest coś miłego w tej rutynie. Człowiek budzi się w czwartek rano i wie, że na 8.00 zawiezie dzieci do szkoły i przedszkola, a najpóźniej o 16.20 będzie się musiał tam znowu stawić, bo inaczej nie zdąży odebrać całej trójki, odwieźć dwójki do domu, a z jednym o 17:20 stawić się na balecie. Albo w taki poniedziałek i środę od razu wiadomo, że o 16:40 trzeba być z najstarszą dwójką na basenie, bo inaczej spóźnią się na zajęcia pływania. Także nie ma co snuć wybujałych planów na temat tego, co wielkiego zrobimy w tym tygodniu, bo zrobimy to samo co zawsze, czyli będziemy wyłącznie szoferować naszym dzieciom.

Szczerze przyznam, że mam mieszane uczucia co do tych wszystkich zajęć pozaszkolnych. Z jednej strony nie zapomniałam, jak sama marzyłam o tym, by chodzić na taniec, basen, skrzypce, koszykówkę, angielski i zbiórki harcerskie. Co więcej, w starszych klasach podstawówki wypełniałam sobie tydzień, zapisując się na różne szkolne zajęcia sportowe, przesiadując w bibliotece czy chodząc na zbiórki. Z drugiej strony pamiętam, że przecież w dzieciństwie chodzi też o to, żeby móc się po prostu swobodnie pobawić. Ja po szkole miałam czas na szwendanie się po domach koleżanek i zabawę w chowanego na podwórku. Jeśli sama szczelnie wypełnię moim dzieciom cały tydzień, to nie zostanie im nawet chwila na robienie głupstw i nudę.

No i kolejna ważna dla mnie kwestia — gdzie w tym wszystkim jestem ja? Człowiek, a nie robot zaprogramowany do przerzucania dzieci z jednego miejsca w drugie. Ja też chciałabym mieć chwilę oddechu i fajnie, jeśli mogę ją złapać, czekając w kawiarni przy sali baletowej, ale niestety większość czasu spędzam, biegnąc po dzieci, albo jadąc samochodem ze szkoły na zajęcia. Czasem łapie się na tym, że dzieci nie mają jednego spokojnego wyjścia ze szkoły i przedszkola, bo wszystko w biegu, zawsze w niedoczasie, zawsze za kwadrans coś się zaczyna.

I sama nie wiem, czy lepiej jest być matką polką dowożącą, czy jednak odpuścić. W zeszłym roku zaczęliśmy bardzo ambitnie. Franek miał dwa razy w tygodniu basen, dwa razy w tygodniu gimnastykę akrobatyczną i raz w tygodniu zuchy. Lila chodziła dwa razy w tygodniu na basen i raz w tygodniu na balet. Po dwóch miesiącach odpuściliśmy gimnastykę, bo Frankowi się znudziła. Najpierw byłam zła, bo przecież wymyśliłam sobie, że ta akrobatyka to idealny sport dla niego i nawet widziałam siebie na trybunie podczas którejś Olimpiady. Tymczasem syn rzekł, że w najbliższym czasie ani na olimpiadę, ani na akrobatykę się nie wybiera. Z żalem zrezygnowałam, chociaż tak naprawdę sama nie miałam siły kombinować, jak jednocześnie być na balecie i gimnastyce.

W tym roku Lila postanowiła zrezygnować z basenu. Myślałam o tym, by namówić ją, żeby nie odpuszczała, bo w końcu pływanie to ważna rzecz i do tego taka rozwojowa. Ale przypomniałam sobie, że ma dopiero 5 lat i rok chodzenia na basen dwa razy w tygodniu za sobą. Nawet Otylia Jędrzejczak zaczęła pływać w wieku 6 lat, więc gdyby Lila planowała zostać mistrzynią świata w pływaniu, to ma jeszcze chwilkę ;)

Nieprzemakalny plecako-worek Lassig / Pianka do pływania Konfidence / Strój jednoczęściowy Reima / Ręcznik szybkoschnący Dr Bacty / Japonki Havaianas

Za to Franek dzielnie uczy się pływać. W wakacje próbował swoich sił w windsurfingu i tak mu się spodobało, że postanowił być wierny sportom wodnym (i narciarstwu oczywiście). O zaletach pływania pisać nie trzeba, bo zalecają je wszyscy — lekarze, fizjoterapeuci czy psycholodzy zajmujący się integracją sensoryczną. Jedyne, na co mogę ponarzekać to fakt, że zajęcia są dwa razy w tygodniu, chociaż z drugiej strony zawsze mogę sama zacząć pływać. Grozi mi jedynie lepsza kondycja :)

Marzeniem Franka były też zajęcia z programowania, przez całą pierwszą klasę mówił, że bardzo chciałby na nie chodzić, ale nie mieliśmy gdzie ich wcisnąć. W tym roku się udało i już od października Franek będzie mógł zupełnie legalnie w środku tygodnia odpalać Minecrafta :D Jestem pewna, że na tych zajęciach odnajdzie się w 100%. Ja zapewne również, czekając na niego przez półtorej godziny, późnym wieczorem gdzieś na warszawskiej Pradze. Nie mogę się doczekać!

W amoku wyszukiwania przeróżnych pożytecznych zajęć pozaszkolnych wpadłam na pomysł, że Frankowi uda się też wcisnąć gdzieś angielski. Mam z pozaszkolnym angielskim dość spory problem. Czuję, że wśród rodziców jest duży nacisk na to, by dzieci od małego miały dodatkowy angielski. Sama poczułam presję na tyle dużą, że tydzień temu zapisałam na angielski całą trójkę — łącznie z trzyletnią Helą, która jeszcze słabo mówi po polsku :D Na szczęście szybko do mnie dotarło, że to jest jakaś paranoja. Nasi rodzice całe życie tłukli nam do głowy, że języki obce to podstawa. Więc teraz myślimy, że jeśli nie zapiszemy dziecka na wszelkie możliwe kursy językowe, to się stoczy i skończy pod monopolowym.

Wróciłam więc po rozum do głowy i zadałam sobie pytanie — czy trzylatka i pięciolatka, które mają angielski w przedszkolu, naprawdę potrzebują uczyć się go jeszcze wieczorami? Nie, nie potrzebują. Z Frankiem poszłam na test poziomujący, okazało się, że zdał go bardzo dobrze. Dla mnie to był jasny sygnał — angielski w szkole jest wystarczający. Chyba że miałby zdać w tym roku FCE, w takim wypadku czeka nas intensywne zakuwanie :D

Franek został więc z basenem, programowaniem i zuchami. Marzy mu się jeszcze piłka nożna, więc jeśli się uda, to chętnie go na nią zapiszę. Tylko chciałabym znaleźć taką w wersji podwórkowej, a nie turniejowej, co wcale nie jest proste. Bo na które zajęcia nie spojrzeć, to trenują tam mali Lewandowscy, a ja chciałabym, żeby syn w gałę z chłopakami pokopał.

Lila porzucając basen i medale olimpijskie za 200 m stylem motylkowym skupiła się na swoim ukochanym balecie. Gdyby mogła, chodziłaby na te zajęcia codziennie, ale musimy się pogodzić z tym, że są tylko raz w tygodniu. Tego akurat żałuję najbardziej bo kawiarnia w Domu Kultury, w którym ma ten balet to miejsce, w którym spokojnie mogłabym przesiedzieć każde popołudnie :D

Plecak Mueslii Mini /  Strój baletowy / Baletki UpDance Airy / Książka „Jezioro Łabędzie”

Wielkim marzeniem Lili jest uczenie się gry na gitarze, ukulele, skrzypcach, pianinie, perkusji i puzonie, ale mamy problem ze znalezieniem jej nauczyciela od tego wszystkiego :) Być może wybierzemy z nią jakieś muzyczne zajęcia, jednak biorąc pod uwagę jej wiek, to nie wiem, czy to nie za wcześnie. Chopin był rok starszy, kiedy zaczął się uczyć gry na fortepianie, więc Lila ma jeszcze chwilę na określenie czy nie zechciałaby być światowej sławy kompozytorką. Z drugiej strony, kiedy słyszę, jak niemiłosiernie rzępoli na gitarze, marzę o tym, by jak najszybciej nauczyła się na niej grać :D

Najbardziej cieszy mnie to, że Lila w tym roku być może zacznie chodzić na zbiórki zuchowe — czyli tam, gdzie w mojej ocenie zostało najwięcej z naszego dzikiego dzieciństwa. Są wyjścia do lasu, grzebanie w ziemi i patrzenie w niebo. Szkoda tylko, że teraz takie rzeczy fundują naszym dzieciom częściej harcerze niż rodzice.

No i jeszcze Hela. Za chwilę skończy 3 lata, więc pora pomyśleć o tym, w którym kierunku pchnąć jej karierę. Przecież nie ma co marnować tyle czasu na siedzenie w domu. Nie wiem tylko na co się zdecydować. Wstępnie myślałam o chińskim, bo widzę, że ma ogromne predyspozycje do pisania krzakami!

To co, z kim się widzę na światłach w pogoni za uciekającymi zajęciami dodatkowymi?

 

Zdjęcia: Agnieszka Wanat