Zdejmij z dziecka klosz!

„W obawie, by śmierć nie wydarła dziecka, wydzieramy dziecko życiu; nie chcąc, by umarło, nie pozwalamy żyć.”  

Janusz Korczak

W wieku 6 lat chodziłam do zerówki sama, cały długi kilometr drogą prowadzącą przez łąki i mało przyjemny lasek. Nie pamiętam, żebym podczas ładnej pogody bawiła się z mamą w domu. Zawsze wychodziłam na dwór, moja mama nigdy nie znała dokładnie mojego położenia. Wiedziała, że idę na podwórko, do koleżanki, czy na „uliczki”, ale jeśli w trakcie zabawy zmieniłam zdanie, to po prostu szłam gdzieś indziej, nie miałam przecież możliwości powiadomienia o tym mamy na odległość. Sama pilnowałam czasu. Przed komunią nie miałam zegarka, ale zawsze można się było kogoś zapytać, która godzina. W domu musiałam być na obiad i na kolację. Rodzice rzadko organizowali mi zabawy. Oczywiście zabierali mnie na wycieczkę rowerową, czy na spacer do lasu, ale żadnej wspólnej zabawy w stylu puzzle, czy klocki. Oni dostarczali mi narzędzi do zabawy, bawiłam się sama, z rodzeństwem, czy z koleżankami. Nie miałam więcej niż 7 lat, kiedy biegałam po drzewach, topiłam się w stawie, wskakiwałam na jadącą przyczepę, zeskakiwałam z dachu stodoły na siano. Moje dzieciństwo to takie „Dzieci z Bullerbyn”. W sumie dziwne, że wszyscy przeżyli.

Mój 5-letni Franek uwielbia „Dzieci z Bullerbyn”, zawsze jest Lassem, pochłania jego przygody i pyta się, czy on też tak będzie mógł. Na chodzenie na boso mogę przystać, ale tylko w naszym ogródku. Spanie w stogu siania? Raczej w namiocie, i to kiedy noc na pewno będzie ciepła, i namiot w ogródku na widoku. Może zostawię mu na noc telefon? Wymykanie się z domu w nocy? No pewnie, możemy się tak pobawić, że na niby się wymknie, ale ze swojego pokoju. Samodzielne wyjście do sklepu? Ewentualnie mogę przystać na moją cichą obecność za plecami, przecież sam sobie nie poradzi. Samotne wyjście do kolegi? Lepiej, żeby kolega przyszedł po niego z rodzicami. Na spacer z psem jeszcze nigdy nie poszedł sam, pomimo że od kilku miesięcy męczy nas o to okropnie. I kiedy patrzę na jego rówieśników, to nie widzę w tym nic dziwnego. Pewnie w ogóle bym się nie zastanawiała nad ograniczeniami, które na niego nakładamy, gdyby nie fakt, że on sam o samodzielność głośno się doprasza.

Zrobiłam więc mój rachunek sumienia, porównałam mnie i Franka jako niespełna 6 letnie dzieci i zamarłam. Gdyby Franek był chłopcem z mojego dzieciństwa, to cała zerówka uważałaby go za dziwoląga. Wszędzie z mamą albo tatą. Zresztą i tak rzadko wychodzi, bo w domu z rodzicami też ma co robić. Mama zawsze zaproponuje jakieś zajęcie, z tatą pogra w gry. Na placu zabaw też wypada słabo. Zawsze przychodzi z kimś dorosłym i, mimo że z daleka, to ktoś zawsze go obserwuje. Jak daję słowo — nie pamiętam, żeby takie dziecko było moim rówieśnikiem.

Pytam się więc: Co takiego stało się z nami, że nie pozwalamy dzieciom na takie dzieciństwo, jakie mieliśmy my?

Jest bardziej niebezpiecznie? Bzdura. Jest coraz bezpieczniej. W 2012 roku w Polsce liczba ofiar śmiertelnych w wypadkach drogowych była tylko o 10% większa niż w 1965 roku, podczas gdy zarejestrowanych pojazdów (tylko osobowych) było ponad 4000% więcej a liczba ludności wzrosła o ponad 20%. Przestępstw też z roku na rok jest coraz mniej. Naprawdę nie wiem, z czego to wynika, ale powinniśmy mocno zastanowić się nad tym, czy naszą nadmierną opiekuńczością, nie wyrządzamy dzieciom krzywdy. Janusz Korczak pisał o 3 najważniejszych prawach dziecka: prawie dziecka do śmierci, prawie do dnia dzisiejszego i prawie do tego by było tym, czym jest. Śmiem twierdzić, że współcześni rodzice z każdym z tych praw są na bakier, a prawa do śmierci w ogóle nie uznają. I nie chodzi tu o to, żeby celowo narażać dziecko na niebezpieczeństwo, ale żeby dać mu wolność do życia, która co prawda czasem może prowadzić do groźnych sytuacji, ale pomimo to da dziecku więcej korzyści, niż wyrządzi szkód.

Nasza obsesja na punkcie tego, że dziecku może się coś stać, że dziecko sobie nie poradzi, że dziecku trzeba pomóc, sprawia, że dzieci nie mogą żyć naprawdę. Kiedy Franek mówi, że chce wychodzić na spacery z Denisem, to on widzi spacer z psem, a ja widzę samochody, ulice, złodziei i morderców, a to wszystko na 300 metrowej trasie wokół domu. To moja wina, że jako dorosła żyję z perspektywą śmierci, nie pozwalając tym samym żyć mojemu dziecku. Czy naprawdę spacer z własnym psem po osiedlowych uliczkach, w promieniu kilkuset metrów od domu jest czymś, co jest zbyt dużym wyzwaniem dla pięcioletniego chłopca? Codziennie odkładam jego samodzielność na później, tylko nie mam pewności, czy będę umiała rozpoznać, kiedy to „później” ma nastąpić. Przecież jako matka NIGDY nie przestanę się bać o moje dziecko, ale mój strach nie może być ograniczeniem dla niego, bez względu na to, czy ma lat 6, 15 czy 48. Być może obudzę się jako matka 12 letniego maminsynka, który nawet po czipsy do sklepu musi pójść z mamusią. Kogo wtedy będę obarczać winą za wychowanie człowieka kompletnie niesamodzielnego i nie gotowego do życia bez mamy? Świat nie potrzebuje przecież takich ludzi, świat potrzebuje ludzi, którzy będą odważnie wychodzić światu naprzeciw, którzy będą zaradni i samodzielni, którzy będą umieli wybrnąć z trudnych sytuacji i poradzą sobie nawet wtedy, kiedy mamy nie będzie w pobliżu. Bo kiedyś mamy zabraknie i wszystkie maminsynki też będą musiały umrzeć.

Pomimo że brzmi to strasznie, musimy zacząć oswajać się z tym „prawem do śmierci” i z dnia na dzień dawać dzieciom coraz więcej swobody. Muszą nauczyć się chodzić po metalowych drabinkach, wychylać przez okno, kroić chleb i jeździć rowerem po ulicach, a my musimy pogodzić się z tym, że ta nauka nie zawsze będzie kończyła się dobrze i, że złamany obojczyk, guz na czole, przecięty palec i podbite oko są ceną, którą trzeba zapłacić. Nie jesteśmy w stanie uchronić ich przed całym złem tego świata, więc po prostu wytłumaczmy im, jak się przechodzi przez ulicę, a później odwróćmy się, pójdźmy do domu i z całej siły zaciskajmy pięści z nadzieją, że jednak nic się stanie. Nie pozwólmy, by nasz spokój był ważniejszy od ich dzieciństwa.

My wdrożyliśmy już w nasze życie pewne zmiany — mamy samodzielne zakupy, samodzielną jazdę rowerem przed domem, samodzielne wyjścia do kolegi. I z czasem będzie tego coraz więcej — no, chyba że ktoś z was podkabluje nas do pomocy społecznej ;).