Wszystko, co chciałabym wiedzieć przed porodem, ale nie miałam pojęcia, że powinnam zapytać [+KONKURS]

Wszystko, co chciałabym wiedzieć przed porodem, ale nie miałam pojęcia, że powinnam zapytać [+KONKURS]

Kiedy przypomnę sobie, jak 11 lat temu przygotowywałam się do mojego pierwszego porodu, to wzdycham nad własną naiwnością i wiarą w to, że można w ogóle się jakoś bardzo do niego nie szykować. Wtedy wychodziłam z założenia, że kobiety od tysięcy lat rodzą, poród to proces naturalny, więc na bank nie może być to jakieś skomplikowane. Tymczasem tuż po pierwszym porodzie, kiedy już do mnie dotarło, że jednak nadal żyję, postanowiłam, że nigdy więcej nikogo nie urodzę i zaczęłam się zastanawiać, jak to się stało, że ludzkość przetrwała, jeśli narodziny nowego człowieka są tak absolutnie koszmarnym wysiłkiem.

Ponad dekadę później mam za sobą 3 porody i zupełnie świadomie zdecydowałam się na czwarty. Nie mam pojęcia, jak to się stało, że chciałam urodzić drugie dziecko, prawdopodobnie mój mózg wyparł wszystkie złe wspomnienia pierwszego porodu, ale drugi poród był dla mnie zdecydowanie łatwiejszy (i mam na myśli raczej kwestie psychiczne, a nie fizyczne), a na trzeci szłam jak do dentysty (czyli fajnie nie będzie, ale ogarnę całość w 20 minut i wyjdę z naklejką „dzielna pacjentka”). Za trzy miesiące czeka mnie czwarty poród i znowu szykuję się bardziej do dentysty niż na jakieś traumatyczne wydarzenie.

poród

O tak właśnie się stresuję, kiedy myślę o kolejnym porodzie! Przed drugim wyglądałam inaczej ;)

Gdyby więc ktoś się mnie teraz zapytał, jak się przygotować do porodu, to mogłabym powiedzieć: „A do czego tu się szykować? Idziesz do szpitala, rodzisz i wracasz do domu z dzieckiem!”. Tyle że mój pierwszy poród był dla mnie trudnym doświadczeniem, które w kwestiach okołoporodowych ustawiło mnie na resztę życia. Mam w sobie mnóstwo empatii w stosunku do tych dziewczyn, które dopiero szykują się do porodu, bo widzę w nich często siebie sprzed 11 lat – totalnie wyluzowaną dziewczynę, która zupełnie nie wie, kim będzie kilkanaście godzin po wejściu do szpitala. Najchętniej wszystkie bym przytuliła, ale jest pandemia i trzymamy dystans, więc po prostu zostawię tu listę rzeczy, które chciałabym powiedzieć samej sobie, gdybym tylko mogła odbyć taką rozmowę w 2009 roku.

No i poza tym, mam też dla wszystkich czytelniczek KONKURS, w którym można wygrać wspaniałą wyprawkę do szpitala! Ale o tym na koniec!

1. Najważniejsza jest położna!

Przy pierwszym porodzie największym zaufaniem darzyłam mojego lekarza położnika. Mieszkaliśmy wtedy w Szwajcarii, a tam jest tak, że lekarz prowadzący ciążę, jest też tym, który odbiera poród. To było dla mnie ogromne wsparcie, bo znaliśmy się prawie 9 miesięcy i w kwestiach ciążowo-porodowych całkowicie na nim polegałam. W ogóle wydawało mi się, że przy porodzie najważniejszy jest lekarz położnik i anestezjolog – jeden znieczula, drugi odbiera poród, ja w tym czasie oglądam coś w telewizji (miałam salę porodową ze wszystkim, łącznie z telewizorem), a po porodzie pokazują mi dziecko. 

Położne oczywiście przy porodzie były, ale jakoś zupełnie nie mogłyśmy się dogadać. Nie wiedziałam, co one w ogóle mają przy narodzinach dziecka robić (miałam w końcu swojego lekarza!), a do tego dochodziły trudności językowe (o ile lekarz świetnie mówił po angielsku, o tyle położne wolały francuski). Efekt był taki, że ani ja nie widziałam pola do współpracy z nimi, ani one nie były chętne do współpracy ze mną. Sam poród trwał wieczność, w trakcie wystąpiły komplikacje, a ja, zamiast oglądać telewizję, byłam zajęta umieraniem.

Tak wyglądałam tuż po zmartwychwstaniu, bo to, że podczas pierwszego porodu umarłam, jest bardziej niż pewne!

Siłę położnych zrozumiałam dopiero przy drugim porodzie. Rodziłam w Polsce, w zwykłym szpitalu, który nie miał nawet jakieś super renomy, kolorowych ścian ani pojedynczych sal poporodowych. Wybrałam go ze względu na świetny oddział neonatologiczny i oddział intensywnej terapii noworodka. Po pierwszym porodzie wiedziałam, że to jest dla mnie dużo istotniejsze niż jakiekolwiek wygody. W tym szpitalu nie można było sobie nawet wybrać położnej! Rodziło się z tą, która miała dyżur. I trafiłam najlepiej jak mogłam – położna nie była jakaś przesadnie miła, nie wyglądała, jakby mi współczuła z powodu zbliżającego się porodu, a nawet trochę mnie oszukała (bo ja się wykłócałam o znieczulenie, a ona wiedząc, że jest za późno, obiecała, że lekarz będzie za 15 minut, więc ja przez kwadrans miałam robić to, co ona każe, a potem miało nadejść znieczulenie). Ale jej zdecydowanie, prowadzenie mnie krok po kroku, wydawanie bardzo konkretnych poleceń sprawiło, że 15 minut później Lila była już na świecie, a ja poczułam, że mam moc, że poród nie musi być traumatyczny i, że kierowana odpowiednio mogę urodzić dziecko w 15 minut. To właśnie tej położnej zawdzięczam totalny brak strachu przed każdym kolejnym porodem i wiarę w siebie, jako mamę. To ona mnie taką stworzyła.

Dlatego teraz zawsze powtarzam – podczas naturalnego porodu najważniejsza jest ta osoba, która cię przez niego prowadzi. Nie anestezjolog, który znieczuli, nie lekarz, który przejmie od położnej rodzącą wymagającą interwencji medycznej, ale położna, która pomaga nam odnaleźć w sobie zdolność do urodzenia dziecka. Bo to my rodzimy i nikt nas w porodzie naturalnym nie zastąpi.

2. Warto zabrać ze sobą wsparcie, ale nie zawsze musi być nim nasz partner czy mąż!

Przy wszystkich trzech porodach był ze mną Michał i trudno jest mi sobie wyobrazić, by miałoby go nie być (chociaż kto wie, może teraz będę musiała rodzić sama). Takie wsparcie jest zawsze cenne, bo szpital jest dla nas zazwyczaj obcym miejscem, nie czujemy się w nim jakoś super komfortowo, a jeśli do tego nie mamy łatwości w nawiązywaniu kontaktów i pytaniu się o cokolwiek obcych ludzi, to już w ogóle klops. Podczas pierwszego porodu Michał był też moim tłumaczem francusko-polskim, bo nie każda osoba z personelu chciała rozmawiać po angielsku. 

Jednak wbrew powszechnej opinii waszym wsparciem porodowym wcale nie musi być mąż czy partner. Jeśli obgadaliście temat porodu i wiecie, że dla faceta obecność przy porodzie może być bardziej stresująca niż dla was, to być może warto zastanowić się, czy nie poprosić o towarzyszenie przy porodzie przyjaciółki, mamy czy douli? Kogoś, kto będzie dla was najbardziej pomocny, kto będzie mówił w waszym imieniu, kto będzie wam tłumaczył ze szpitalnego na ludzkie, wspierał i dbał o to, by nie podmienili wam dziecka przy ważeniu (to jest mój najbardziej irracjonalny strach po porodzie!). To musi być ktoś, przy kim wy czujecie się komfortowo, i kto będzie się czuł komfortowo w takiej sytuacji.

Kiedy rodziłam pierwszy raz, to w zasadzie nikt z moich znajomych nie rozważał kogoś innego niż męża/partnera jako tej osoby, która nam towarzyszy podczas porodu. Teraz jest już chyba trochę inaczej i ja sama myślę o tym inaczej. Zabieramy ze sobą tego, kto da nam największe wsparcie!

3. Znieczulenie to nie zawsze recepta na miły poród!

W Szwajcarii nikt nie dyskutuje o zasadności znieczulania rodzących i jeśli ktoś nie chce znieczulenia podczas porodu, to jest raczej wyjątkiem. Dla mnie oczywiste było, że ja znieczulenie dostanę, jak tylko o nie poproszę, dzięki czemu poród będzie miły, łatwy i przyjemny. Oj bardzo się pomyliłam. Znieczulenie a jakże dostałam, ale to nie jest tak, że ono działa zawsze i na każdy poziom bólu. W efekcie rodziłam długo, na koniec w bólach i z interwencją medyczną w postaci próżnociągu. Było to dla mnie ogromne rozczarowanie, bo ja się szykowałam na ten poród, jak na pedicure, a tymczasem skończyło się bliżej stresu pourazowego niż frezowania pięt.

poród

A to ja, totalnie znieczulona w trakcie pierwszego porodu, jeszcze nie wiem, jak to się skończy!

Przy drugim porodzie znieczulenia nie dostałam. Specjalnie wybierałam szpital, w którym znieczulenie dają bez gadania, nawet się o nie kłóciłam, ale po prostu było za późno. Ten poród trwał 7 godzin krócej niż pierwszy i rzecz jasna nie był jakoś bardzo przyjemny, ale ta nieprzyjemność trwała 20 minut, a nie wieczność. Przy trzecim porodzie o znieczulenie już nie prosiłam (i tak przyjechałam do szpitala na tyle późno, że nikt by mi go nie dał), a teraz rozważam poród w domu narodzin, w którym znieczulenia po prostu nie ma.

Nie chciałabym, żeby ktokolwiek, kto przeczyta ten tekst, pomyślał, że znieczulenie to zły pomysł, bo taka jedna blogerka najgorzej wspomina poród ze znieczuleniem. Chciałabym raczej dać do zrozumienia, że znieczulenie to nie jest recepta na miły i bezbolesny poród. Warto mieć do niego takie bardziej racjonalne podejście, a nie koniecznie tak hurraoptymistyczne, jakie miałam ja. Jeśli boimy się porodu i świadomość, że dostaniemy znieczulenie, zmniejsza nasz strach to super, bierzmy znieczulenie, ale nie traktujmy go jako cudownego sposobu na łatwy poród. Po prostu może być różnie!

4. Plan porodu – dobrze go mieć, ale nie koniecznie trzeba się do niego mocno przywiązywać!

Plan porodu to moim zdaniem super narzędzie, które pozwala się przygotować do tego ważnego wydarzenia. Plan tworzymy, rzecz jasna, będąc jeszcze w ciąży, jeśli jest to pierwsza ciąża, to jest to dość abstrakcyjne zajęcie, bo bez względu na to ile na temat rodzenia poczytamy czy posłuchamy, to i tak nie wiemy, jak nasze ciało i nasza głowa na poród zareaguje. Mimo wszystko warto nad takim planem przysiąść, bo możemy dzięki temu zastanowić się nad tym, co jest dla nas w trakcie porodu ważne, a do czego mamy stosunek ambiwalentny.

Ale w trakcie porodu należy moim zdaniem cały ten nasz plan odłożyć na bok i zacząć słuchać siebie i swojego ciała. Bo być może nasze pierwotne założenia nijak się mają do tego, co czujemy, co nas stresuje, co daje poczucie bezpieczeństwa. Warto pamiętać, że nasze odczucia i intuicja w trakcie porodu są dużo ważniejsze od tego, co na temat porodu myślałyśmy 3 tygodnie wcześniej. I jeśli wcześniej zarzekałyśmy się, że żadnego znieczulenia nie chcemy, bo to ma być w 100% naturalne doświadczenie, ale w trakcie porodu zaczynamy przeklinać ten pomysł, to bierzmy znieczulenie. Świat się od zmiany naszej decyzji nie zawali, a może nam się od tego polepszy!

5. Wybieranie miejsca porodu – nie ma miejsc idealnych, ale warto ich szukać!

Podczas przygotowań do pierwszego porodu dużo czasu poświęciłam na wybór szpitala, w którym będę chciała rodzić. Genewa, gdzie wtedy mieszkaliśmy, nie jest dużym miastem, ale mogłam wybierać pomiędzy szpitalem kantonalnym i dwoma prywatnymi klinikami. Wybór padł na klinikę, w pobliżu której gabinet miał mój lekarz prowadzący. Przed porodem pojechaliśmy zobaczyć, jak wyglądają sale porodowe, poporodowe, opieka nad mamą i noworodkiem, normalnie full wypas.

Kolejne porody w szpitalu w Warszawie to już trochę inna bajka, wybrałam szpital z oddziałem intensywnej terapii, który jest na tyle blisko domu, by nie utknąć w korkach w trakcie porodu. Niby miałam możliwość zobaczenia oddziału jeszcze w ciąży, ale w praktyce żadna z położnych nie miała czasu na oprowadzanie po oddziale, bo wszystkie miały co robić przy pacjentkach. Sala porodowa była pojedyncza, ale położnej wybrać sobie nie mogłam, na oddziale położniczym w jednej sali było 5 mam i 5 noworodków oraz wspólna łazienka na korytarzu, nikt świeżo upieczonym mamom nie pokazywał jak przewinąć, przebrać czy wykąpać te 50 cm człowieka. Zupełnie inaczej niż w mojej szwajcarskiej klinice :)

Tak się uczyliśmy kąpać własnego noworodka – na prawdziwym, własnym dziecku!

A tak wyglądał mój posiłek po porodzie w klinice <3

Z perspektywy czasu wiem, że wiele rzeczy, które wydają się na pierwszy rzut oka istotne (fajnie mieć jednoosobową salę z łazienką), tak naprawdę mogą totalnie nie mieć znaczenia w trakcie porodu czy pobytu w szpitalu. Mnie się marzy, żeby każda dziewczyna w Polsce miała taką opiekę poporodową, jak ja w Szwajcarii. Ale moje polskie doświadczenie jest takie, że to nierealne, ze względu na obłożenie położnych pracą, brakami w infrastrukturze oraz przyzwyczajeniem do tego, jak jest. 

Dlatego jeśli możemy wybrać miejsce, w którym rodzimy (a warto pamiętać o tym, że to raczej nie wszędzie jest możliwe), to skupmy się na tym, co jest dla nas najważniejsze. Dla niektórych będzie to opieka medyczna – mój strach po pierwszym porodzie był tak duży, że jedyne szpitale, jakie rozważałam to te, które mają OIT, a każda dziewczyna, która wspominała o porodzie domowym, była dla mnie potencjalną samobójczynią. Dla innych przyszłych mam najważniejsza może być opieka poporodowa, która da im pewność, że ktoś pomoże im z karmieniem naturalnym, pokaże, jak zmienić noworodkowi pieluchę, nauczy kąpać takie maleństwo, a dla jeszcze innych najistotniejsze będą warunki bytowe (bo tylko w jednoosobowej sali z łazienką będą czuć się bezpiecznie i swobodnie). Jeśli nie macie wyboru, albo wiecie, że wasz wybór nie jest optymalny, bo wasze oczekiwania spełniają tylko drogie prywatne kliniki, to pamiętajcie, że jeśli wszystko dobrze pójdzie, to w szpitalu spędzicie tylko krótką chwilę!

6. Warto skończyć szkołę rodzenia, nawet jeśli niczego z niej nie zapamiętamy!

Szkołę rodzenia kończyłam raz, przed pierwszym porodem. Nie wiem, czy są dziewczyny, które chodzą do takich szkół przed kolejnymi porodami, ale osobiście nie miałam takiej potrzeby. Jestem pewna, że większość szkół ma super zajęcia, chociaż jak sobie teraz myślę o tym, że w niektórych uczy się przewijania czy kąpania na nieruchomych lalkach, to wydaje mi się to trochę zabawne, bo nie zdarzyło mi się, by któreś moje dziecko znieruchomiało podczas kąpieli. Ale poza tym, że część aktywności w szkołach rodzenia może się wydawać absurdalna, to jednak uczymy się w nich sporo, oswajamy z tym, co ma nadejść, a przede wszystkim poznajemy innych rodziców, przed którymi stoi takie samo wyzwanie i których ta przygoda życia spotka mniej więcej w tym samym czasie. To jest też świetne miejsce do tego, by zobaczyć, jak różnie mogą przebiegać porody, jak różnie może wyglądać opieka nad noworodkiem, jak wiele jest przed nami możliwości w absolutnie każdym aspekcie rodzicielstwa. No i nie bez znaczenia jest fakt, że w tych szkołach poznajemy położne, doradczynie laktacyjne czy doradców chustonoszenia, którzy już po porodzie mogą być naszym pierwszym kontaktem, jeśli będziemy potrzebować ich pomocy!

Jeśli więc skończymy fajną szkołę rodzenia, a po porodzie się okaże, że świetna była ta teoria, ale ja mam tu żywe dziecko, które nie chce współpracować, to zawsze możemy skorzystać z pomocy tych osób, które poznałyśmy w trakcie zajęć i do których zdążyłyśmy nabrać zaufania. I to jest bardzo cenne, bo znacznie trudniej będzie nam szukać pomocy u totalnie przypadkowych osób znalezionych w internecie. 

7. Spakowana zawczasu torba do szpitala to gwarancja spokoju!

Jestem pewna, że większość mam, które szykują się do drugiego, trzeciego czy kolejnego porodu, wcale nie pakuje się do szpitala z dużym wyprzedzeniem. Niektóre budzą się na chwilę przed terminem i przypominają sobie, że w sumie przecież nie są spakowane. Jesteśmy takie wyluzowane, bo możemy sobie na to pozwolić, bo wiemy, jak wygląda poród, połóg, jak się przewija dziecko, czy da się przełożyć body przez głowę noworodka i jak pielęgnować pępek. To wszystko już było u nas grane. Co więcej, wiemy, jakich pieluch będziemy używać, co to jest body kopertowe i które majtki połogowe są najwygodniejsze.

poród

Przed pierwszym porodem tej wiedzy zupełnie nie miałyśmy. Dlatego ważne jest to, by dać sobie czas na przejrzenie listy wyprawkowej, poczytanie o tym, co jest czym, wybranie pieluch i chusteczek, skompletowanie wyprawki nie tylko dla dziecka, ale też dla siebie. Jeśli poświęcimy na to odpowiednią ilość czasu, to kupimy sobie tym też spokój i pewność, że jesteśmy przygotowane najlepiej, jak potrafimy.

Jeśli szykujemy się do kolejnego porodu, to może się okazać, że część naszych wyprawkowych wyborów się nie sprawdziła i chcemy poszukać czegoś innego. A jeśli ostatni poród miałyśmy ładnych parę lat wcześniej, to jest duża szansa, że i tak musimy się ogarnąć z wyprawką zupełnie na nowo, bo wszystko się już zdążyło pozmieniać.

Ja sama staram się być rzecz jasna na bieżąco ze wszystkimi dziecięcymi gadżetami i wiem, że od czasu kiedy rodziłam Helę, pojawiła się masa świetnych produktów dla noworodków i ich mam. Jednym z nich są na przykład chusteczki WaterWipes nawilżane wodą (dokładnie w 99,9% wodą z dodatkiem ekstraktu z pestek grejpfruta), których niedane mi było używać przy noworodkach (pojawiły się w Polsce kiedy Hela miała 2 lata). Teraz jest to jeden z pierwszych pewniaków na mojej liście wyprawkowej, bo o ile zastanawiam się jeszcze nad pieluchami, to przy chusteczkach nie mam żadnej wątpliwości. Już 11 lat temu zachodziłam w głowę, czemu nikt nie wymyślił jednorazowych chusteczek nawilżanych jak najmniejszą ilością składników, więc kiedy prawie 5 lat temu pierwszy raz zobaczyłam chusteczki WaterWipes, to wiedziałam, że ktoś je stworzył z myślą o mnie! Zwłaszcza że są też dobrze nawilżone (nie cierpię suchych chusteczek) i posiadają rekomendację Instytutu Matki i Dziecka.

poród

Mam też już swoje ulubione kosmetyki dla noworodków, a dla siebie wymarzoną, ulubioną sukienkę porodową Granatovo, bo rodzić rzecz jasna można w starej koszuli, ale nie trzeba. Można też rodzić w ładnym ciuchu, ze zrobionym paznokciem, a nawet w makijażu! Kto, co lubi!!!

I w związku z tym, że mam już na oku co nieco do mojej własnej szpitalnej wyprawki, to chciałam się z wami tą wyprawką podzielić. Razem z marką WaterWipes mamy dla was 3 wspaniałe torby wypełnione produktami do waszej szpitalnej wyprawki, które można wygrać w konkursie [SZCZEGÓŁY NA KOŃCU WPISU]!

8. Połóg to czas dla mamy!

Jak już wrócicie po kilku dniach z ciągle śpiącym, bądź wiecznie płaczącym noworodkiem, to możecie poczuć pokusę do totalnego skupienia się na potrzebach dziecka. Ale warto pamiętać, że czas kiedy wasze dziecko jest noworodkiem, jest też czasem waszego połogu, a połóg oznacza, że powinnyście maksymalnie skupić na tym, by odpocząć i nabrać sił na kolejne miesiące ciężkiej pracy. Tak czy inaczej, będziecie mało spać i dość szybko się okaże, że większość czasu spędzacie na spaniu lub karmieniu (siebie lub dziecka).

Niech was nie kuszą wtedy żadne prace domowe, mycie okien, gotowanie dla całej rodziny czy czyszczenie fug w łazience. To jest czas, który należy spędzić albo w łóżku, albo na kanapie ogarniając wyłącznie najpilniejsze potrzeby własne bądź dziecka (noworodek nie ma potrzeby patrzenia przez czyste okna, nie interesuje go też kiedy ostatnio była myta podłoga).

Warto wtedy zorganizować sobie jakieś wsparcie. Jeśli wasz partner nie może spędzić czterech tygodni w domu, to można poprosić o pomoc rodziców, teściów, czy przyjaciół, którzy na przykład podrzucą wam jedzenie (to jest wbrew pozorom ogromna pomoc!). Grunt, żeby wasi pomocnicy rozumieli swoją rolę – mają pomóc wam w nicnierobieniu, a nie zająć się dzieckiem, żebyście wy mogły wtedy posprzątać, albo zrobić pranie! Jeśli w dzieciństwie marzyłyście o tym, by być księżniczką i mieć służbę, to nie ma lepszego czasu na realizację tego marzenia niż połóg! Sama wiem, że nie jest to łatwe i jak się jest kobietą pracującą, co żadnej pracy się nie boi, to takie leżenie będzie dużym wyzwaniem, ale warto się poświęcić. Dobrze spędzony połóg, będzie korzyścią dla waszego zdrowia fizycznego i psychicznego!


Trzymam rzecz jasna, drogie przyszłe mamy za was i za siebie kciuki (nikt w końcu nie powiedział, że czwarty poród nie może być tak kiepski jak pierwszy)! Zdaję sobie sprawę, że przyszło nam rodzić w czasach trudniejszych niż wcześniej, że poród bez wsparcia bliskiej osoby, z pandemicznymi obostrzeniami będzie prawdopodobnie większym wyzwaniem, ale wierzę, że damy radę!

KONKURS

A teraz czas na zapowiadany konkurs! Mam dla was drogie przyszłe mamy 3 duże, wspaniałe torby Mommy Bag, w których znajdziecie najcudowniejszą sukienkę porodową od Granatovo, 2 paczki chusteczek WaterWipes, paczkę pieluch biodegradowalnych dla noworodków marki Kit&Kin, zestaw kosmetyków ekologicznych dla noworodków i niemowląt Alphanova Bebe, ręcznik kąpielowy The Cuddle, otulacz Baby’s Only i wyprawkę niemowlęcą polskiej marki Nanaf Organic: niedrapki, buciki i czapeczkę oraz śpiworek bambusowy z supełkiem. W sumie jedna taka torba wraz z zawartością warta jest ponad 1200 zł, więc warto powalczyć o takie nagrody!

Co zrobić, żeby wygrać taką wspaniałą szpitalną wyprawkę? W komentarzu pod tym wpisem podzielcie się waszą porodową historią, waszym największym porodowym zaskoczeniem lub rozczarowaniem, a jeśli pierwszy poród dopiero przed wami, to czekam na wasze porodowe wyobrażenia, historie z przygotowania do porodu, lub historie zasłyszane od waszych sióstr czy przyjaciółek. A może to wasze narodziny są źródłem jakiejś wspaniałej porodowej anegdoty?

Autorki trzech historii, które wywrą na mnie największe wrażenie, zostaną nagrodzone szpitalną wyprawką!

Na wasze komentarze czekam do 29 grudnia 2020 roku, a listę laureatek poznacie najpóźniej 3 stycznia 2021 r.! Ogłoszę ją w tym właśnie miejscu :)

Liczę na to, że w komentarzach uda nam się pokazać prawdziwe oblicze porodu i połogu – czasem śmieszne, a czasem straszne, ale zawsze prawdziwe!

WYNIKI KONKURSU

Bardzo dziękuję za te grubo ponad 100 zgłoszeń konkursowych! Przeczytanie tych wszystkich porodowych historii było naprawdę niezwykłym przeżyciem – myślę, że to dobry pomysł, by poznać tak wiele różnych porodowych opowieści – łatwych i trudnych porodów, śmiesznych i mrożących krew w żyłach historii, dzięki którym można zobaczyć, jak wiele mamy punktów widzenia i jak różnie możemy odbierać to, co dzieje się z nami podczas porodu. To w sumie niesamowite, że nie ma dwóch dokładnie takich samych porodowych wspomnień! Wybranie 3 historii, które zostaną nagrodzone, było arcytrudne! Jest mi przykro, że nie mogę nagrodzić 10, a nawet 15 autorek!

Ale nagrody są tylko 3 i musiałam wybrać 3 komentarze. Laureatkami konkursu zostają:

Monika S – za bardzo plastyczne opisanie tego, co dzieje się z naszą głową i ciałem podczas porodu. Myślę, że tekst Moniki powinna przeczytać każda dziewczyna przed porodem, bo z jednej strony jest niezwykle pozytywny, ale z drugiej nie mami nas brakiem bólu i lekkością porodu. Wyróżniłam ten komentarz, więc teraz jest tuż pod tekstem!

Małgorzata Bieniek – za historię porodową, z której jasno wynika, że przy porodzie powinni być sami specjaliści, czyli mąż i ewentualnie położna ;)

Aga – za historyjkę, która ubawiła mnie do łez, w sumie prawie się utopiłam w wannie ze śmiechu!

Gratuluję wybranej trójce i proszę o kontakt mailowy (marysia@mamygadzety.pl) w celu odebrania wygranej!


O moich porodach opowiedziałam już trochę na blogu, jakiś czas temu miałam też możliwość spotkać się z dwiema zaprzyjaźnionymi blogerkami Sarą i Natalią w ramach kampanii marki WaterWipes #rodzicielstwobezfiltra i podczas godzinnej rozmowy miałyśmy okazję porozmawiać o naszym rodzicielstwie – o ciążach, porodach, połogach, opiece nad niemowlakami, nieprzespanych nocach i wszystkim tym, co wiąże się z byciem młodą mamą.

Jeśli nie mieliście jeszcze szansy zobaczyć naszej rozmowy, to bardzo was zachęcam! Nam się jak zawsze bardzo dobrze rozmawiało, a ci, którzy film już widzieli, twierdzą, że bawili się na nim lepiej niż na niejednej polskiej komedii. Czyli warto!

A na stronie rodzicielstwobezfiltra.pl oprócz naszego filmu znajdziecie też teksty o rodzicielstwie innych blogerek, w każdym znajdziecie kawałek prawdziwej, niepolukrowanej macierzyńskiej rzeczywistości!

Wpis powstał przy współpracy z marką WaterWipes.

Zobacz
więcej

Co dobrego przyniosła nam pandemia?

Co dobrego przyniosła nam pandemia?

Dziewięć tygodni temu zostałam mamą po raz czwarty i od dziewięciu tygodni nie mogę się nadziwić, że czwarte dziecko może tak bardzo zaskoczyć doświadczoną matkę. Do momentu porodu wydawało mi się, że jestem gotowa na wszystko.