Nasza nowa kuchnia, czyli serce naszego domu

Nasza nowa kuchnia, czyli serce naszego domu

Kojarzycie syndrom wicia gniazda? Kobiety pod koniec ciąży, pomimo wielkiego brzucha i miliona dolegliwości, dostają jakąś niewiarygodną energię, którą skupiają najczęściej na urządzaniu miejsca dla mającego pojawić się w domu dziecka. Skręcanie łóżeczka, kupowanie mebli, malowanie ścian, prasowanie małych ubranek i inne tego typu aktywności. No więc mnie w czwartej ciąży też trafił ten syndrom, ale centrum mojej aktywności remontowej nie była sypialni, tylko kuchnia. Zaczęło się od tego, że chciałam pomalować jedną ścianę, skończyło się na totalnym remoncie i zupełnie nowej kuchni. Przyznaję, trochę mnie poniosło, ale prawie niczego nie żałuję!

Na początku muszę zaznaczyć, że nasza kuchnia to absolutne serce tego domu od samego początku jego istnienia. Mieszkamy w domu rodzinnym Michała, więc doskonale znamy jego historię i wiemy, że w sumie poza wyglądem niewiele się ta kuchnia zmienia, bo zawsze jest pełna gości i nigdy się chyba jeszcze nie zdarzyło, żeby goście siedzieli w salonie – naturalnym miejscem spotkań, pogaduch czy imprez jest kuchnia!

Moim zdaniem jest to zasługa dużego stołu, który od ponad 40 lat stoi dokładnie w tym samym miejscu i ławy narożnej, która od zawsze mieściła znacznie więcej osób, niżby to wynikało z jej długości. Dlatego nawet jak się z remontem rozpędzałam, to i tak było wiadomo, że kącik jadalniany pozostanie prawie nienaruszony! Nie chcę zanudzać was historycznymi zdjęciami kuchni czy szczegółowym opisem zmian, jeśli bardzo was to interesuje, to zachęcam do przeczytania wpisu Michała na temat kuchni. Z rzeczy historycznych zostawiam jedynie to zdjęcie mojego małżonka przy kuchennym stole.

Kiedy wprowadziliśmy się do rodzinnego domu Michała (już 7 lat temu!), to nie bardzo mogliśmy sobie pozwolić na jakieś kosztowne zmiany wystroju, a że kuchnia akurat była porządna i funkcjonalnie urządzona, to postanowiliśmy prawie w nią nie inwestować. Jedynie wymieniliśmy brązowe fronty w szafkach na białe i zmieniliśmy obicie ławy z brązowego na czerwony, no i na jedną ścianę nakleiliśmy tapetę. W międzyczasie wyburzyliśmy ścianę między kuchnią a spiżarnią, powiększając nieco samą kuchnię i zmniejszając spiżarnię, planowaliśmy również wymianę blatu i zlewu, ale ceny blatu trochę nas przerażały i zamiast odkładać na ten wymarzony blat, wydawaliśmy oszczędności na podróże :D

Jeszcze na początku grudnia nasza kuchnia prezentowała się tak:

Remont zaczął się od tego, że w moje ręce trafiły przecudne krzesła z domu mojej babci – tak zwane bumerangi z lat 60. wyprodukowane w Gościcińskiej Fabryce Mebli. Oddałam je do renowacji i wymarzyłam sobie na nich niebieską tapicerkę. Po głowie mi już jakiś czas chodziła też nowa niebieska ława, no i tak sobie pomyślałam, że aby to wszystko spiąć, to warto by było przemalować ze 2 ściany. Zaprosiłam więc kolegę Grzesia, który ma super ekipę budowlaną, żeby mu pokazać te ściany do przemalowania. I jak już pokazałam ściany, to okazało się, że warto wycyklinować podłogę, przesunąć kaloryfer i gniazdka, położyć beton architektoniczny tam, gdzie miał być już 7 lat temu, zdemontować jedną półkę, zrobić włącznik, pomalować całość i w sumie tyle. A potem, jak Grzesiek wyszedł, to sobie przypomniałam o tym blacie i zlewie, a skoro już będziemy wymieniać blat, to może po prostu w końcu zrobimy nową kuchnię? Kilka dni później miałam już gotowy projekt kuchni z Ikei i nadzieję, że uda nam się ogarnąć całość przed Bożym Narodzeniem.

Te zdjęcia wyżej zrobiłam 1 grudnia wieczorem, a 2 grudnia kuchni już nie było i zaczęło się kucie, prucie, gipsowanie i malowanie. Zamówiłam kuchnię z montażem na 16 grudnia, a 14 grudnia skończona kuchnia czekała już czysta i pachnąca na nowe meble. Byłam w szoku, ale w 9 dni ekipa uwinęła się ze wszystkim! W międzyczasie przeprowadziliśmy też małe śledztwo – w kuchni za lodówką od jakiegoś czasu coś kapało i w trakcie remontu kuchni udało nam się ustalić, że kapie z łazienki na górze ze źle zrobionego prysznica i ten remont kuchni to pikuś, bo czeka nas remont i kucie połowy łazienki! Ekipa przeniosła się więc z kuciem na górę, a ja czekałam na montaż kuchni :)

Jeśli zastanawiacie się nad kupnem kuchni w Ikei, to polecam, bo chyba nigdzie indziej nie byłabym w stanie zamówić i zamontować kuchni tak szybko (i niedrogo!). Zresztą nawet na infolinii w Ikei usłyszałam, że tak szybko to się nie uda. A tymczasem kuchnię zamówiłam 10 grudnia, a odebrałam 14 grudnia. Musiałam tylko podzielić zamówienie tak, by część odebrać osobiście, bo kilka małych produktów blokowało mi dostawę całości. Dwa dni później o godzinie 9.00 w drzwiach stanęła ekipa montująca (zamówiona spoza Ikei) gotowa do pracy. Nie tylko zamontowali mi kuchnię, ale trochę zmienili projekt (serio, dzięki nim mam dwie 20 cm szafki w kuchni), zrobili obudowę lodówki, przerobili szafkę nad lodówką tak, by pasowała do reszty frontów, przycięli półki przy oknie i zrobili obudowę parapetu z kuchennego blatu z Ikei. Generalnie majstersztyk! A najwspanialsze w tym było to, że punkt o 17.00 odbierałam od nich skończoną kuchnię gotową do użycia!

No, a potem już czekaliśmy na wszystko to, czego fizycznie nie da się zrobić w kilka dni. Tak w 100% kuchnia była gotowa 2 kwietnia, kiedy ponad czterdziestoletni stół wrócił z renowacji. Gdyby nie to, że mam w ciągu dnia ręce zajęte niemowlakiem, to pokazałbym kuchnię kilka tygodni temu, ale jest, jak jest, więc dopiero dzisiaj mogę was zaprosić do oglądania całości!

kuchnia

Kiedy robiłam projekt kuchni w Ikei, to wiedziałam, że chcemy białe, matowe, w miarę proste fronty. Biel sprawdza nam się w kuchni od lat i pomimo tego, że teraz modne są ciemniejsze, kolorowe fronty, to my nie braliśmy ich pod uwagę. Raczej nie planujemy remontu w kuchni przez kolejnych naście lat, więc bezpiecznie było wybrać biały kolor, który zawsze będzie dobrze wyglądał. Spodobały nam się fronty bez gałek, bo są dużo łatwiejsze do czyszczenia (a jak w domu ma się mnóstwo małych, brudnych rączek, to naprawdę jest co czyścić) i okazały się super wyborem! Wiadomo, nie ma opcji, żeby fronty były nieskazitelnie czyste, ale wystarczy przejechać mokrą szmatką i nie ma śladu po dzieciach!

kuchnia

Bardzo długo wybieraliśmy blat. Marzył nam się blat z jakiegoś kamienia, ale oczywiście na takie blaty trzeba czekać. Potem doszliśmy do wniosku, że laminat też jest ok (poprzedni miał z 20 lat i nie było tego widać), ale nasz blat ma 3,6 m długości i gdybyśmy chcieli go w jednym kawałku, to też trzeba czekać. Jak się 10 grudnia zamawia kuchnię, która ma być montowana 6 dni później, to jednak trzeba iść na jakieś kompromisy. Stanęło na laminacie w 2 kawałkach, który miał być połączony przy płycie, bo tak podobno łączenie jest najmniej widoczne. I tak też się stało i łączenia faktycznie nie widać.

A blat chcieliśmy czarny, zakochaliśmy się w matowych blatach, ale po szybkim zasięgnięciu opinii na Facebooku okazało się, że on matowy jest tylko w sklepie, bo w kuchni jest już wyłącznie brudny. Stanęło na nie tak ładnym, ale bardziej praktycznym blacie, który ma udawać ciemny beton. I to był genialny wybór, bo naprawdę większości zabrudzeń w ogóle na nim nie widać.

Wizualnie kuchnia bardzo nam się podoba, a ponieważ jest to kuchnia z Ikei, to jest mega praktycznie. Mamy masę szuflad, w których mieści się wszystko (łącznie ze składaną krajalnicą, której w końcu, po 15 latach pozbyłam się z blatu!). Szafki mamy do samego sufitu (w poprzedniej kuchni traciliśmy kilkadziesiąt centymetrów nad szafkami!), a pod szafkami jest wspaniałe oświetlenie blatu, które jest warte każdych pieniędzy! Nie powiększyliśmy kuchni ani o milimetr a mamy tyle miejsca, że część szafek jest jeszcze pusta.

kuchnia

Myślę, że nie udałoby się to bez skorzystania z pomocy projektantów z Ikei. Polecam ich z całego serca, bo znają wszystkie te systemy, dodatki, ułatwienia, o których normalnie nie ma się zielonego pojęcia. Ja korzystałam wyłącznie z tych usług, które są darmowe – sama wymierzyłam kuchnię, sama zrobiłam pierwszy projekt, a potem zgłosiłam się na konsultację projektu i sympatyczna pani ze mną porozmawiała i poprawiła projekt, tak żeby było bardziej funkcjonalnie i spójnie! Nie kosztowało mnie to nawet złotówki!

To, co jest już spoza Ikei, to te półki po prawej stronie przy oknie. W ogóle pierwotnie też chciałam tam szafkę, ale zasłaniałaby ona trochę okno, więc pochodziłam po Pintereście w poszukiwaniu inspiracji i spodobały mi się takie odkryte wstawki w zabudowie kuchennej. Doszłam do wniosku, że dobrze będą tam wyglądały półki z jasnego drewna. Ostatecznie bardzo się cieszę, że nie udało mi się tam wcisnąć szafki!

Pomiędzy blatem a górnymi szafkami zamarzyłam sobie niebieską ścianę i długo myślałam jak ją zrobić. Nie chciałam płytek, chciałam szybę, bo szyby od lat bardzo dobrze nam się sprawdzają. A ponieważ szyby podobają mi się wyłącznie przezroczyste albo białe, to stanęło na ścianie pomalowanej farbą i przykrytej przezroczystą szybą. I ta szyba to najtrudniejszy w zamontowaniu oraz użytkowaniu element kuchni. Montaż trwał dwa dni, bo najpierw trzeba było przymierzyć, zaznaczyć miejsce na otwory w ścianie, wywiercić otwory, pomalować ścianę, poczekać aż wyschnie, przykręcić szybę do ściany, a potem założyć gniazdka. A przy montażu gniazdek co chwilę za szybę wpadały białe paprochy nie wiadomo skąd i trzeba było ściągać i poprawiać. Zresztą Grześ, który szybę montował, powiedział, że nigdy więcej się na takie rzeczy nie zgodzi, bo mu się nie spina trzymanie dwóch osób przez dwa dni do montażu niecałych 4 metrów szyby :D Ja się na nią uparłam pomimo tego, że wiedziałam, że za szybę coś może wpadać (nie bardzo można ją zabezpieczyć od góry). Póki co wpadła nam tam para wodna i się skropliła – taka nauczka za gotowanie nie pod wyciągiem.

kuchnia

Jedyny nietknięty remontem fragment kuchni, to krótsza ściana naprzeciwko lodówki i zlewu. Ta zabudowa była zrobiona 5 lat temu, a że stare fronty zgrywały się z nowymi, to postanowiliśmy ich nie ruszać. Wymieniłam tylko uchwyty na mniej kanciaste i pomalowaliśmy czarną ścianę farbą magnetyczną jeszcze raz. Za to ściana betonowo-ceglana zyskała nowy blask, gdyż w końcu w dolnej części oraz na listwie na środku położyliśmy farbę strukturalną imitującą beton (wcześniej mieliśmy tam klej do glazury, który nieco gorzej imitował beton). A w górnej części wymieniliśmy tapetę na bardzo podobną do poprzedniej (wcześniej też były białe cegły, tylko trochę większe i dużo droższe!).

Ale chyba największa zmiana wydarzyła się w kąciku jadalnianym, i jest to zaskakujące, bo tak naprawdę układ i rodzaj mebli jest dokładnie taki sam. Przyznam szczerze, że bardzo doceniałam funkcjonalność tej ławy z lat 90., bo mieściło się na niej pewnie kilkanaście osób podczas niektórych naszych imprez. Jednak nie była ona najwygodniejsza, o walorach wizualnych nie wspominając. Poszukiwania ławy narożnej do kuchni, która będzie nam się podobać to były miesiące, jak nie lata przeglądania internetu. Pierwszy raz zaczęłam myśleć o wymianie ławy 5 lat temu i od tego czasu przeglądałam sobie kuchenne narożniki, ale wszystkie były tak samo brzydkie. Nie wiem jakim cudem znalazłam Meble Sedia z Żegociny, które w swojej ofercie mają ławę Peperoni, ale to była miłość od pierwszego wejrzenia. To znaczy, to nie był narożnik idealny, ale był ładny i podobał mi się jako jedyny z miliona. Ponieważ nie należy do najtańszych, a w takich wymiarach, jakich potrzebowaliśmy, był raczej drogi (droższy od naszej kanapy w salonie!), to bardzo długo się wahałam czy go zamawiać, zwłaszcza że nie miałam szansy zobaczyć go na żywo.

Ale zamówiłam, wpłaciłam zaliczkę i czekałam 50 dni roboczych. Przyjechał pod sam koniec lutego i jak udało zedrzeć mi się z niego wszystkie folie i kartony, to oczom mym ukazał się absolutnie najpiękniejszy narożnik kuchenny, jaki świat stworzył! Serio, pięknie wykonany, świetna tkanina w pięknym kolorze, mega wygodny! No idealny po prostu!

Oprócz ławy mamy w kuchni nowe-stare krzesła po mojej babci. Bumerangi przeszły wspaniałą renowację w Retrospekcji i teraz wyglądają tak dobrze, jak nie wyglądały od lat. Oryginalnie miały bordową tapicerkę, ale ja marzyłam o niebieskiej. Poza renowacją drewna i nową tkaniną wymieniona została też gąbka tapicerska i okazało się, że te krzesła są miękkie (serio już w latach 80. te siedziska były twarde, a po gąbce nie było śladu). Tkanina, którą wybrałam, nie jest niestety jakoś super plamoodporna, ale najbardziej mi się podobała, więc doszłam do wniosku, że jak nie da rady jej doczyścić, to wymienimy tkaninę na bardziej odpowiednią do domu z dziećmi. Plamy już są, ale wściekałam się tylko o pierwszą, teraz już lepiej sobie z nimi radzę ;)

kuchnia

No i na koniec absolutny król naszej kuchni – stół! Historia tego stołu jest naprawdę wspaniała, jest to bardzo porządny stół ze Swarzędza, oryginalnie pokryty czarną farbą. Przez ponad 40 lat był stołem dębowym, ale już w trakcie prac renowacyjnych w Retrospekcji okazało się, że nogi oraz część blatu to faktycznie lity dąb, a środkowy fragment blatu to płyta pokryta fornirem! Mamy więc częściowo dębowy stół. Przyznam szczerze, że to, co chłopaki i dziewczyny z Retrospekcji zrobili z tym stołem, to dla mnie dzieło sztuki. Po czarnej farbie został co prawda ślad, ale wygląda super, a my mamy teraz stół z pięknym drewnianym blatem pokrytym olejem.

kuchnia

A i kiedy oddawałam stół do renowacji, to planowaliśmy wymienić nogi na inne. Jeśli ma się w kuchni ławę narożną, to stół powinien mieć nogi na środku, a nie z boku, bo inaczej ciężko jest przy takim stole usiąść, a osoby siedzące na szczycie stołu cały czas obijają się o niego kolanami. Pierwotnie blat miał zostać przymocowany do metalowych nóg w kształcie „pająka”, ale nasi fantastyczni renowatorzy podjęli się zadania przerobienia oryginalnych nóg, na takie, które spełnią nasze wymagania co do kształtu. Co prawda nie mamy zdjęć nóg sprzed tej mega zmiany, więc musicie uwierzyć mi na słowo, ale ta przeróbka jest absolutnie wspaniała i bardzo się cieszę, że nie wyrzuciliśmy dębowych nóg, tylko udało nam się je zachować!

Nasz nowy kącik jadalniany prezentuje się tak, że nawet dzieci były pod wrażeniem (a na nich takie rzeczy rzadko robią wrażenie). Mnie bardzo podoba się to połączenie domu rodzinnego Michała z domem mojego dzieciństwa i ławą zrobioną specjalnie dla nas. Całość całkiem dobrze się więc komponuje zarówno wizualnie, jak i metafizycznie ;)

Po tym, gdy stół wrócił na swoje miejsce, postanowiłam dokończyć dzieło remontowe i na ścianie nad ławą zawisły nasze zdjęcia z kuchni (polecam ramki z Jyska), a na stole pojawiły się podkładki (też z Jyska). Poza tym kupiłam nowy, bardziej praktyczny i pasujący wizualnie chlebak, a całość uzupełniły dodatki z Bolesławca (maselniczka, cukiernica i wazon!). Powiem szczerze, że chyba nigdy w życiu nie miałam takiej przyjemności z przychodzenia do kuchni, jak teraz. To rzecz jasna nie oznacza, że zacznę gotować, bo to nadal działka Michała, ale może od tego przesiadywania w kuchni częściej będę piec!

Zobacz
więcej

Kącik dla noworodka w naszej sypialni

Kącik dla noworodka w naszej sypialni

Dawno, dawno temu, kiedy spodziewałam się pierwszego dziecka, to urządziłam mu cały pokój – Franek miał swoje łóżko, swoje meble, swoją przestrzeń, swój pokój.