Zapraszam do naszej sypialni!

Naszą sypialnię urządzam na raty od sześciu lat! Fundamenty pod ten pokój położyła nasza projektantka, która, jak widać, jest wizjonerką, gdyż już sześć lat temu pomalowała ściany na kolor butelkowej zieleni oraz połączyła ją z mocnym, żółtym kolorem i ciemnym drewnem. Ale potem to ja przejęłam stery i przez ostatnie lata pomału dokładałam do sypialni kolejne elementy. Od tygodnia w tym pokoju jest wszystko, co powinno w nim być i jest to najładniejsza sypialnia, w jakiej byłam. Całe więc szczęście, że jest moja!

sypialnia

Ten zielony kolor to tak naprawdę zasługa Michała, bo on zawsze miał jakąś fiksację na punkcie zielonej sypialni. Faktycznie pierwsza nasza sypialnia była zielona, potem były białe ściany w wynajmowanym w Genewie domu, a po powrocie do Polski zaszaleliśmy z kolorem bordowym. Gdy sześć lat temu przeprowadzaliśmy się do obecnego domu, to Michał przede wszystkim chciał wrócić do zielonej sypialni, a projektantka namówiła nas na bardzo ciemny kolor, który tak naprawdę zmienia się w zależności od ilości padającego światła. To był strzał w dziesiątkę, bo kolor jest przepiękny, sypialnia jest bardzo przytulna, a najczęstsze pytanie, jakie słyszę, brzmi: „Jaką farbą malowaliście sypialnię?”. No i bardzo ubolewam nad tym, że nie wiem. Ale naprawdę nie spodziewałam się sześć lat temu, że to będzie tak ważne ;)

Wybór mebli nie był łatwy. Do tych ścian najbardziej pasowała nam seria Stockholm z Ikei, ale podobało nam się jedynie orzechowe łóżko i małe, żółte stoliki nocne. Bardzo długo szukaliśmy pojemnej, żółtej komody i ostatecznie stanęło na najbardziej oczywistym typie, czyli komodzie Malm, którą po prostu oddaliśmy do malowania. Farba trzyma się na niej świetnie, a dzięki temu, że na górnym blacie leży szkło, to komoda po sześciu latach jest zupełnie jak nowa – ani jednego zadrapania!

Przez długi czas w naszej sypialni cała jedna ściana należała do Heli (o tutaj można sobie zobaczyć, jak to kiedyś wyglądało). Była tam kołyska, potem łóżeczko, przewijak i wieszak na ubrania. Kiedy Hela przeniosła się do pokoju Lili, to zaczęłam się zastanawiać nad tym, co zrobić z taką dużą pustą ścianą. Już wtedy podobały mi się meble w stylu mid-century modern (czyli lata 50. i 60. XX wieku, które występują u nas najczęściej jako „meble z PRLu”), ale ponieważ mam bardzo drogi gust i głównie podobały mi się skandynawskie komody z lat 50., które kosztują zawrotne sumy, to długo nie mogłam nic znaleźć. W końcu doszłam do wniosku, że znaleziona na wyprzedaży nadstawka do komody z czasów PRL z dorobionymi czarnym nogami wygląda prawie jak te skandynawskie piękności, zwłaszcza że kosztowała (razem z nogami) 200 zł! Nad tą cudną komodą dość szybko zawisły nasze zdjęcia powkładane do wszystkich ramek, jakie udało mi się znaleźć w starych pudłach na strychu. Taki wnętrzarski upcycling!

sypialnia

Przez kilka ostatnich lat sypialnia wyglądała więc tak, że mieliśmy łóżko z piękną patchworkową narzutą, żółtą komodę, brązową komodę i ramki na jednej ścianie. Z czasem pojawiło się w niej dużo kwiatów na kupionych za grosze kwietnikach, stare głośniki Michała (które idealnie wpasowały się w tę sypialnię) i szary fotel – chierowski 366, który do niczego tutaj nie pasował. Zaczęły pojawiać się też złote dodatki – ramka, zegarek czy kinkiety. Potem z nudów zaczęłam dziergać sobie na szydełku coś z ciemnozielonego sznurka i wyszły mi z tego dwa piękne chodniczki, które zastąpiły duży biały dywan. Na początku roku doszłam do wniosku, że skoro już sześć lat śpimy w tym pokoju, to może warto byłoby jednak zakończyć urządzanie sypialni jakimś bardziej zdecydowanym ruchem.

sypialnia

Tak naprawdę zostały mi do przemyślenia pomysły na dwie ściany – na jednej znajdują się trzy okna, niezbyt wyjściowe, więc intensywnie zaczęłam myśleć o zasłonach, które miały sprawić, że zrobi się w sypialni przytulniej. Na drugiej stała tylko żółta komoda i niepasujący do niczego szary fotel. Plan był w sumie prosty – powiesić na ścianie mnóstwo dużych ram z ładnymi obrazami i sprawić by ten fotel wyglądał tak, jakby został stworzony do tego wnętrza.

Z ramami miałam spory problem – myślałam o tym, by powiesić tam nasze zdjęcia wydrukowane w dużych formatach, ale niestety nie miały odpowiednich parametrów (jakoś wcześniej nie zakładałam, że będę chciała je drukować w rozmiarze 70 × 100 cm). Poszukiwania różnych grafik i zdjęć do kupienia skończyły się tym, że tak jak przy urządzaniu biura, wybrałam wszystko (plakaty i ramy) w Desenio. Przeglądając setki ich aranżacji, znalazłam dokładnie taki układ ramek, jaki najbardziej mi odpowiadał, a potem przepadłam w plakatach! Wcale nie było łatwo wybrać tylko 7 zdjęć, ale na szczęście Michał i nasi przyjaciele pomogli z ostateczną decyzją.

sypialnia
sypialnia

Na koniec zostały same przyjemności, czyli wkładanie plakatów w ramy i wieszanie ich na ścianach. Może się to wydawać dziwne, ale ja strasznie lubię wieszać ramki, odmierzać odległości i planować wszystko tak, by było równo co do milimetra.

Kiedy galeria zawisła na ścianie, nadszedł czas na ostatni element – czyli renowację fotela oraz wybór zasłon. Swoją drogą sam fotel nie był zniszczony – kupiłam go już po renowacji jakieś 8 lat temu, w czasach kiedy nie było jeszcze takiej mody na te meble, zapłaciłam za niego w sumie nieduże pieniądze. Jedyny problem był taki, że nie bardzo pasował nam do wystroju, nie byłam też zadowolona z szarej farby na drewnianym stelażu, bardzo chciałam odsłonić naturalny kolor drewna.

sypialnia

No i z tym fotelem zgłosiłam się do Kapa Design – dziewczyny już kiedyś przerabiały dla mnie łóżko Ikea Kura i stare biurko. Od nich też kupiłam prześliczną starą kołyskę, którą przemalowały na żółto, by pasowała do naszej sypialni. Wiedziałam więc, że oddaję fotel w dobre ręce.

Marzył mi się fotel z ciemnozieloną tapicerką, na szczęście jak tylko pokazałam zdjęcia sypialni, to Kasia z Kapy od razu zaprotestowała i zaproponowała coś, co doda sypialni trochę charakteru! A ponieważ od czasu naszego ostatniego spotkania dziewczyny zaczęły się specjalizować również w wystroju okien, to poszłam za ciosem i u nich zamówiłam zasłony.

sypialnia

To znaczy, najpierw chciałam te zasłony kupić w sklepie, bo myślałam, że będzie sporo taniej, ale potem okazało się, że za niewiele większe pieniądze mam zasłony szyte na wymiar z dokładnie takiego materiału, jaki chcę. Wybór był więc prosty. Za to przy firankach stanęło na takich najtańszych z Ikei (Lill za 17 zł) – cena nie do pobicia, a można je łatwo dopasować, bo wystarczy uciąć na dole (to znaczy to wcale nie jest jakieś super łatwe, ale nie trzeba umieć szyć, wystarczą ostre nożyczki).

Dziewczyny szyły, a ja wybierałam karnisze i powiem wam, że była to naprawdę wspaniała przygoda. Karnisze dostępne w naszym kraju nie są zbyt ładne, zwłaszcza jeśli zamarzy się człowiekowi karnisz w kolorze starego złota. Trochę się naszukałam czegoś, co będzie proste, nieinspirowane barokiem i nie będzie kończyło się kiścią winogron. Plus jest taki, że jak już się znajdzie miejsce, gdzie można kupić karnisz w wersji minimalistycznej, to te najprostsze rozwiązania są najtańsze (rzeźbione kiście winogron i inne zawijasy zazwyczaj dużo kosztują). Nie mniejszą przygodą było również wieszanie karnisza. Żeby wszystko dobrze się skończyło i nikt przy tym wieszaniu nie zginął, skończyłam studia podyplomowe z tego zakresu na Pintereście!

Tydzień temu przywiozłam absolutnie przepiękny fotel i cztery ciężkie zasłony. Gdy wszystko trafiło na swoje miejsce, to poczułam, że jestem w najpiękniejszej sypialni, jaką widziałam! Byłam tak zachwycona całością, że z tego wszystkiego wyprasowałam pościel, narzutę, a nawet nasze dywaniki!

Przyznam szczerze, że tak z perspektywy czasu dużo bardziej podobają mi się te wnętrza, które urządzamy powoli. Gdzie mamy czas przemyśleć, czego my potrzebujemy w tym pokoju, co lubimy, jak chcielibyśmy się tam czuć. Bywa to czasem frustrujące, ale jak już uda nam się dokończyć jakieś pomieszczenie, to wiemy, że to jest dokładnie to, czego potrzebowaliśmy.

Jest to zapewne bardzo pocieszające dla tych, którzy nie mają takich możliwości, by wszystko mieć od razu. Ja w ogóle uważam, że na początku wystarczą podłogi (z listwami), jedna łazienka i kawałek kuchni. Reszta spokojnie może przyjść z czasem, bo dużo lepiej urządza się dom wtedy, gdy już z niego korzystamy.

Zdjęcia: Agnieszka Wanat