Co zrobić z dzieckiem, gdy wracasz do pracy?

Moment, kiedy rodzice muszą oddać swoje ukochane i wychuchane dziecko pod opiekę jakiejś innej osoby prędzej czy później nadejdzie. W Polsce, kraju słynącym z polityki prorodzinnej i wysokich zarobków, pozwalających na utrzymanie całej rodziny z jednej pensji, nadchodzi raczej prędzej, co większość mam przyjmuje nie najlepiej, stresując się tym, czy oddanie dziecka pod opiekę obcych osób jest na pewno dobrym rozwiązaniem. W moim przypadku okres urlopu macierzyńskiego wydłuża się z każdym kolejnym dzieckiem, co mnie osobiście bardzo cieszy, bo chwile spędzone z takim maluchem są wyjątkowe. Niestety czas, w którym mój ukochany kraj płaci mi za opiekę nad dzieckiem, powoli dobiega końca i muszę się jakoś zacząć organizować zawodowo. Dzielę się więc moim doświadczeniem i przemyśleniami w tej materii.

Franek, opuszczony przez mamę w wieku 20 tygodni

To było z jednej strony przerażające, a z drugiej wyzwalające. Niespełna 5-miesięczne niemowlę to maleństwo. Rozpoznaje mamę, zaczyna się podnosić, może przewraca się z brzucha na plecy, pojawiają się pierwsze zęby. W tym samym czasie ja zrywam się rano do pracy, spędzam tam cały dzień i późnym popołudniem wracam wyczerpana do tego malucha, który nie kuma, co się stało, że mama znika. Z drugiej strony, po 3 miesiącach kolek, ustawicznego ryku, który doprowadzał mnie do skraju wytrzymałości, mogę wyjść z domu na cały dzień, rozmawiać z dorosłymi ludźmi o rzeczach tak bardzo niezwiązanych z ząbkowaniem, szczepieniami i rozszerzaniem diety. Mam w pracy ciszę i beztroskę, o których istnieniu już dawno zapomniałam. Jako mama staje się bardzo asertywnym pracownikiem, co przynosi mi duży spokój w stresującej pracy. Już teraz rozumiem, że na pierwszym miejscu jest mój syn – jego zdrowie i szczęście, cała reszta jest w tle.

Gdy planowałam ten pierwszy powrót do pracy, w głowie mi się nie mieściło, że dziecko miałoby trafić do żłobka, czy klubu malucha. Mój powrót do pracy zbiegł się z naszym powrotem do Polski, więc przeprowadzka do nowego domu połączona z odwożeniem go na cały dzień do kolejnego nowego miejsca, to moim zdaniem nie był dobry pomysł. Zdecydowaliśmy się na opiekunkę, choć tak naprawdę były ich trzy, ale nie po kolei, tylko na raz :)

Wpuszczenie do domu obcej osoby, której nie znam i której nie ufam, nie wchodziło w grę. Żadna koleżanka nie miała zaufanej opiekunki na wydaniu, więc postawiłam, na niedoświadczoną, ale zaufaną. Tak się składa, że wiele lat spędziliśmy z Michałem w harcerstwie, a harcerki z drużyny, którą przez jakiś czas prowadziliśmy, właśnie kończyły liceum. Znaliśmy je długo, mieliśmy do nich pełne zaufanie. Wiedzieliśmy, że fantastycznie radzą sobie z dziećmi. Brakowało jedynie doświadczenia w opiece nad niemowlakiem, ale uświadomiłam sobie, że ja sama kilka miesięcy wcześniej byłam kompletnie zielona w kwestii małych dzieci i dałam radę, więc one też na pewno sobie poradzą. Dopasowanie grafików zajęć zaowocowało zatrudnieniem dwóch dziewczyn od poniedziałku do czwartku, piątek przejęła babcia.

Świetnie nam się ten system sprawdzał i był mniej kosztowny od zatrudnienia niani z referencjami i doświadczeniem. Ja nie miałam żadnej obawy, że ktoś mnie oszuka i nie miałam problemu z powiedzeniem, że coś mi w opiece nad Frankiem nie odpowiada, bo zarówno opiekunki, jak i teściową znałam już długo :) Całość działała jak w zegarku i została przerwana dopiero przed drugimi urodzinami Franka, kiedy zaczął się bardzo garnąć do innych dzieci. Doszłam do wniosku, że zanim urodzę Lilę (a był to już 3 trymestr) warto zaaklimatyzować Franka w jakimś klubie malucha, w którym będzie miał dobrą opiekę i towarzystwo innych dzieci, a ja dzięki temu będę mogła zostać w domu z noworodkiem.

Niespełna 2-letni Franek opuszcza dom i trafia do placówki

Publiczne żłobki odpadły w przedbiegach, bo po pierwsze tam była rekrutacja raz w roku, po drugie żadnego nie mieliśmy w pobliżu domu, po trzecie publiczne żłobki były wtedy niewiele tańsze od tych prywatnych. Za to kluby malucha mnożyły się jak grzyby po deszczu. Wstępną selekcję robiłam w zasadzie przez internet, wykluczając te miejsca, które znajdują się w prywatnych domach (chciałam, żeby miejsce, w którym jest klub, było w całości dostosowane do dzieci), które nie mają własnego podwórka, oglądałam zdjęcia z sali zabaw. Później przyszedł czas na tournée. Zwracałam głównie w pierwszej kolejności na czystość (bo to jestem w stanie ocenić od razu!), wypytywałam się o kwalifikację opiekunek, o sposób żywienia (catering czy gotowanie), o elastyczność w podejściu do dzieci (jeśli chodzi np. o dietę), oglądałam łazienki, sale zabaw, omawiałam plan dnia, podejście do wychodzenia na dwór (chciałam, żeby Franek jak najwięcej czasu spędzał na dworze), wielkość grupy. Jednym słowem pytałam o wszystko, co tylko przyszło mi do głowy. Starałam się dowiedzieć czegokolwiek od rodziców dzieci, które tam chodzą, chociaż było to naprawdę ciężkie, bo nikogo nie znałam osobiście, a pytanie się obcych ludzi czasami jest kompletnie bez sensu, bo okazuje się, że ktoś, kto zachwala placówkę, ma zupełnie inne podejście do wychowania dzieci niż my.

Wybrałam klub, który wydawał mi się najbardziej przyjazny, chociaż bardzo trudno było mi podjąć decyzję o tym, że wysyłam dziecko w zupełnie obce miejsce. Pamiętam, że przez pierwsze miesiące bardzo uważnie obserwowałam Franka, starałam się wychwycić wszelkie niepokojące sygnały, co może było słuszne, ale bardzo wykańczające psychicznie. Kiedy płakał, że nie chce iść do dzieci (a oczywiście zdarzało mu się to, co jakiś czas), to od razu w mojej głowie pojawiały się myśli, że ktoś go tam bije, albo przywiązuje do łóżeczka. Ale kiedy odbierałam go stamtąd to, bez względu na porę dnia, zawsze był szczęśliwy i nie bardzo chciał wracać do domu, co brałam za dobrą monetę. Miał tam ukochaną ciocię Paulinę i ulubionego kolegę Maksa, było mu smutno, kiedy po roku opuszczał klub, żeby zacząć karierę przedszkolaka.

Lila, opuszczona przez mamę w wieku niespełna 9 miesięcy

Po urodzeniu Lili załapałam się na przedłużony urlop macierzyński, który w tamtym czasie wynosił całe 24 tygodnie. Na szczęście miałam bardzo dużo niewykorzystanego urlopu wypoczynkowego, więc w sumie uzbierało się prawie 9 miesięcy razem. Lila, która była raczej mało wymagającym niemowlakiem naprawdę dała mi przez ten czas odpocząć. W zasadzie większość rzeczy mogłyśmy robić razem. Mimo to dosyć szybko zaczęłam planować jak zorganizować opiekę Lilę po moim powrocie do pracy. Kiedy Lila miała 2 miesiące, zaczęła się rekrutacja do przedszkoli, w której brał udział Franek, więc pomyślałam, że spróbuję też załapać się na publiczny żłobek dla Lili, kto wie, może się sprawdzi. Niestety żadne z moich dzieci nie dostało się do publicznych placówek, więc musiałam rozważyć inne opcje.

Gdy okazało się, że Franek musi iść do przedszkola prywatnego, to wiedziałam, że Lila na pewno nie trafi w ręce opiekunki. Byłoby to zbyt obciążające finansowo. Publiczny żłobek również odpadł, więc zdecydowałam, że w tej sytuacji najlepszym rozwiązaniem będzie wysłanie Lili do tego samego klubu malucha, do którego chodził Franek. Ponieważ nie do końca wiedziałam, jak to jest, kiedy niemowlak trafia do takiej placówki, to postanowiłam zacząć długi proces adaptacji. Prywatne żłobki mają to do siebie, że można tam wykupić opiekę godzinową i nikt na Ciebie krzywo nie patrzy, jeśli przyprowadzasz dziecko przed południem, tylko na 2 godziny. W ten oto sposób 6 miesięczna Lila pierwszy raz pojawiła się w klubie malucha. To było prawie 3 miesiące przed moim powrotem do pracy. Oczywiście na początku były to krótkie (2-3 godzinne) wizyty 2 – 3 razy w tygodniu. Zawoziłam ją tam wtedy, kiedy musiałam gdzieś pojechać, albo potrzebowałam w domu trochę spokoju. W ten sposób wszyscy bardzo powoli przygotowywali się do mojego powrotu do pracy. Dzięki temu pierwsze „pełnoetatowe” dni Lili poza domem nie były dla nikogo szokiem. Dużym plusem było również to, że pierwsze miesiące w klubie malucha Lila była z Frankiem. Oczywiście nie cały czas, bo jednak maluchy i straszaki miały inne atrakcje w ciągu dnia, ale na przykład na podwórku byli razem, co na pewno dla Lili było nie bez znaczenia.

Podejrzewam, że dzięki wczesnemu wysłaniu Lili do klubu malucha nie miała ona żadnych problemów z adaptacją. W trakcie 2-letniego pobytu raz miała tygodniowy kryzys i bardzo nie chciała tam chodzić, poza tym nie mogła się oderwać od cioci Kamili i przyjaciółki Lulu. W zasadzie wszyscy bardzo przeżyli jej odejście do przedszkola. Nawet mi było ciężko rozstać się z tak dobrym miejscem.

Hela, przygotowuje się do opuszczenia przez mamę od 6 miesiąca życia

Hela, jedyna, która ma możliwość spędzenia z mamą całych 12 miesięcy, już od kwietnia zaprzyjaźnia się z klubem malucha – tym samym, w którym był Franek i Lila. Tym razem nawet nie rozważałam zatrudniania opiekunki, skoro mamy w pobliżu domu tak dobre miejsce dla dzieci. Zależało mi na tym, żeby Hela miała czas się zaaklimatyzować w nowym miejscu i przyzwyczaiła się do niego bez drastycznego rozstawania się na kilka godzin. Zanim zdecydowałam się na podpisanie umowy po raz kolejny, dokładnie przyjrzałam się placówce – niby ją znam, ale przecież niemowlaka oddawałam tam dawno temu. Tym razem bardziej interesowała mnie organizacja dnia, żywienie maluchów czy podejście do pieluch wielorazowych, bo warunki lokalowe i opiekunki już znałam :)

W trakcie pierwszych miesięcy (czyli od kwietnia dotąd) Hela spędza tam kilka godzin (od 2 do 5) przez kilka dni w tygodniu. Zawożę ją wtedy, kiedy sama mam dużo do zrobienia i wiem, że nie będę mogła poświęcić jej dużo czasu. Ponieważ zależy mi na karmieniu piersią przez minimum rok, to wszystko organizuję tak, żeby nie zmniejszać jej ilości karmień. W żłobku najczęściej je obiadek, a przed i po karmiona jest moim mlekiem. Kiedy miała pół roku, to do żłobka zdarzało mi się zawieźć moje odciągnięte mleko, żeby w trakcie sytuacji kryzysowej opiekunki mogły nakarmić ją butelką.

Od samego początku nie mieliśmy ani jednej sytuacji, w której Hela by płakała za mną. Myślę, że to dzięki tak długiej adaptacji. Podejrzewam, że gdybym miała ją w dwa tygodnie przestawić z bycia z mamą non-stop na spędzanie poza domem 9 godzin dziennie, to byłoby to dla wszystkich znacznie trudniejsze. Dla mnie to jest jeden z większych plusów placówek prywatnych, które potrafią dostosować się do oczekiwań rodzica.

Czy rozważałabym teraz zatrudnienie opiekunki? Z powodów finansowych byłoby to trudne, bo jednak niania w Warszawie to spory wydatek (zwłaszcza, jeśli w domu dzieci jest troje, a nie jedno). Chociaż jest to na pewno znacznie wygodniejsze rozwiązanie – niania zajmuje się dzieckiem w naszym domu i zazwyczaj może zostać dłużej, jeśli coś nam nagle wypadnie. A jak się nudzi, to jest szansa, że w domu trochę ogarnie ;)

Czy zdecydowałabym się na żłobek publiczny? Pewnie, że tak. Gdybym tylko miała miejsce w takim żłobku i byłby on blisko domu. Niestety ani jedno, ani drugie się nie wydarzy. Mam sporo znajomych, których dzieci są w publicznych żłobkach i są zadowoleni. Wiadomo warunki współpracy z rodzicami, są nieco inne niż w placówkach prywatnych, ale najważniejsze i tak są opiekunki, jeśli one są ciepłe, dobre i cierpliwe, to dziecku będzie tam dobrze. Dla mnie bardzo dużym plusem żłobków jest fakt, że są tam inne dzieci. Kontakt z innymi dziećmi jest bardzo cenny i łatwiej o niego w żłobku, niż na placu zabaw.

Z perspektywy czasu widzę, że najtrudniej było mi „rozstać się” z pierwszym dzieckiem. Wtedy nie wyobrażałam sobie, że w trakcie mojej nieobecności miałby być w „obcym” miejscu, z opiekunkami, które nie będą poświęcać mu 100% czasu. Dzisiaj widzę, że najważniejsze jest to, kto się dzieckiem opiekuje. To, czy robi to w naszym domu, czy poza nim nie ma żadnego znaczenia. Dlatego polecam skupić się bardziej na szukaniu odpowiednich ludzi, a miejsce sprawdzać w drugiej kolejności :)