Niezbędnik rodzica-kierowcy, czyli dziecko w samochodzie to nie koniec świata

Każdy, kto ma kilka lat doświadczenia w zawodzie rodzica, wie, że dziecko w samochodzie to niezapomniana przygoda. Jak tak sobie pomyślę o naszych samochodowych wyprawach to ciężko powiedzieć, czy największą atrakcją każdego wyjazdu jest odpowiadanie co dwie minuty na pytanie „Daleko jeszcze?” zachowując zimną krew, czy może próba rozdzielenia bijących się dzieci bez odrywania rąk od kierownicy. Jakby tego było mało, to gdy podróż się kończy i dzieci wybiegają z samochodu, drąc się tak, jakby ktoś im właśnie po kilku latach ściągnął knebel z buzi, rodzic nie może nawet odetchnąć, bo wystarczy rzut oka na tylne fotele samochodu, żeby nerwowo zacząć szukać namiaru na Herkulesa, który podjąłby się wyczyszczenia tej stajni Augiasza. Podróże z naszymi milusińskimi to doprawdy wyborne chwile!

Oczywiście zawsze możemy odłożyć wszelkie samochodowe eskapady na czas, kiedy nasze dzieci już się wyedukują i wyprowadzą na swoje, ale w ten sposób skazalibyśmy się na minimum 18 lat pod jednym dachem, a to brzmi dość przerażająco. Dlatego nie ma to tamto i trzeba jakoś sobie radzić! My z dziećmi przejechaliśmy dziesiątki tysięcy kilometrów, kosztowało nas to na pewno jakiś ubytek na słuchu i zdrowiu psychicznym (ciężko określić co ucierpiało bardziej), ale nauczyliśmy się przy tym tyle, że można by książki pisać! Zacznę jednak od zdecydowanie krótszego poradnika przetrwania dla rodziców, którzy porywają się na podróżowanie samochodem z potomstwem!

Fani mojego głosu mogą sobie posłuchać tego, co mam do powiedzenia w filmie, a Ci którzy reagują na mnie alergicznie mogą przewinąć w dół do tekstu!

Cel Pierwszy: Ocalić samochód!

Nie ma się co oszukiwać, najważniejsze w każdej podróży jest to, by samochód wrócił z niej w stanie jak najbardziej zbliżonym do początkowego. Nie jest to łatwe, bo prawdopodobnie zostaną wsmarowane w niego jakieś frytki, a jeśli jeść w samochodzie nie można, to oberwie jakimś słodkim napojem, a jeśli pić nie można, to dzieci na pewno znajdą coś, co można wetrzeć w tapicerkę na zawsze. W ostateczności zostawią w środku mnóstwo błota, które postarają się wsmarować wszędzie tam, gdzie sięgnie ich noga!

Oczywiście najlepszym rozwiązaniem w tej sytuacji, jest przewożenie dzieci w samochodzie po uprzednim szczelnym, owinięciu ich folią stretchową (jeśli zależy nam na tym, by mieć jak najwięcej wolnej przestrzeni), bądź folią bąbelkową (jeśli zależy nam na tym, by podróżować bezpiecznie). Gdybyście jednak z jakiegoś względu nie chcieli zastosować tej niezwykle skutecznej techniki, to mam też inne rozwiązania!

Pokrowiec na fotel

Człowiek, który wymyślił, że dzieci powinny jeździć tyłem, był prawie tak samo mądry, jak człowiek, który wymyślił, co zrobić, by dzieci jeżdżące tyłem do kierunku jazdy nie wcierały błota z butów w tapicerkę samochodu! I o ile przy niemowlakach w ogóle nie wiemy, że istnieje jakikolwiek problem z czystą tapicerką, to wystarczy, że latorośl zacznie chodzić, a okazuje się, że jesienią i wiosną w naszym samochodzie na oparciu fotela, na którym zamontowany jest fotelik naszego potomka, pojawia się pionowe bagno.

Dlatego bez pokrowca na fotel ani rusz! Jest to cudowny wynalazek i warto go kupić, jeśli lubimy od czasu do czasu wyciągnąć foteliki i przewieźć na tylnym siedzeniu jakichś miłych, dorosłych i czystych ludzi. Moje tegoroczne odkrycie to pokrowiec SMIKI, który jest jednym z najfajniejszych pokrowców, jaki kiedykolwiek miałam, w jednej z najniższych cen, jakie widziałam.

Serio!

Pokrowce dzielą się na te, które są odrobinę grubsze, sztywniejsze, wygodniejsze w użyciu, trwalsze i drogie, oraz na te, które są cienkie, wkurzające, niewygodne w użyciu, nietrwałe i tanie. Jest też SMIKI, który jest grubszy, sztywniejszy, wygodny w użyciu, trwały, z dwoma kieszonkami na drobiazgi i kosztuje 55,99 zł! Byłam w dużym szoku, kiedy zobaczyłam jego cenę, bo parę lat temu podobny pokrowiec znanej marki kosztował mnie trzy razy więcej. Dlatego, jeśli jeszcze nie macie pokrowca na fotel, a wiecie, że wam się przyda, to BARDZO polecam właśnie ten! Możecie go kupić zarówno w SMYKU internetowym (o TUTAJ), jak i stacjonarnym.

Organizer samochodowy i ochraniacz w jednym

Jeśli wasi potomkowie są już nieco starsi i jeżdżą przodem do kierunku jazdy, to może się wam wydawać, że nie uświadczycie w samochodzie pionowego bagna. Nic bardziej mylnego! Zabłocone buty z radością znajdą oparcie na fotelu kierowcy oraz pasażera, a przy długiej i nudnej podróży błoto zostanie rozprowadzone równomiernie od góry do dołu. Dlatego również w tym wypadku proponuję zabezpieczenie fotela z równoczesną ochroną samochodu przed zaśmieceniem.

Organizer samochodowy to wynalazek niezbyt nowy, ale wciąż zdarzają się tacy rodzice, którzy na jego widok zachowują się tak, jakby właśnie odkryli drugą Ziemię. Ale nie ma się co dziwić, jeśli do tej pory ich głównym zajęciem było wycieranie mokrymi chusteczkami fotelu kierowcy oraz szukanie tych mokrych chusteczek wśród miliona ważnych i potrzebnych rzeczy leżących gdzieś z tyłu samochodu.

My jesteśmy już kilka lat po tym odkryciu i wiemy, że taki gadżet to skarb. Idealny organizer powinien w sobie pomieścić wszystko, co zazwyczaj nasze dzieci mają w samochodzie, czyli zapasowe pieluchy, mokre chusteczki, bidon z piciem, nieduże zabawki i oczywiście tablet! Bardzo ciekawe rozwiązanie ma organizer SMIKI, który oprócz tego, że chroni siedzenie, ma mnóstwo kieszonek i dużą kieszeń na tablet, to jeszcze ta część na tablet jest odpinana. Więc jeśli chcemy zamaskować tablet przed wścibskimi przechodniami to, zamiast go wyciągać i ukrywać, możemy odpiąć tę kieszeń i zabrać ją ze sobą czy schować w samochodzie. Bardzo fajny patent! A do tego organizer z odpinaną kieszenią na tablet kosztuje 47,99 zł i można go kupić TUTAJ!

Cel drugi: Mieć święty spokój!

Jeśli samochód jest już zabezpieczony, to powinniśmy skupić się na zabezpieczeniu siebie! Chodzi o to, żeby nie trzeba było co chwilę się zatrzymywać, zwalniać, zaglądać, poprawiać i sprawdzać, czy wszystko jest z dziećmi w porządku. Oczywiście najlepszym sposobem na podróżowanie w świętym spokoju jest pozbycie się zawczasu dzieci, no ale rozumiem, że nie zawsze jest to możliwe i nawet jeśli mamy deklarację dziadków, że zabiorą nasze dzieci na weekend, to najczęściej najpierw musimy im te dzieci zawieźć, a to oznacza podróż samochodem. Dlatego prawdopodobnie zainteresuje was poniższa lista!

Lusterko do obserwacji dziecka

Foteliki tyłem do kierunku jazdy mają tę cechę, że są obrócone tyłem, w związku z czym kierowca oraz pasażer po obróceniu się w stronę dziecka w ogóle go nie widzą i vice versa. Ciężko wyrokować, czy jest to wada, czy zaleta, to pewnie w dużym stopniu zależy od dziecka i rodziców. Jakby nie było to od czasu do czasu na dziecko trzeba popatrzeć – sprawdzić, czy śpi, czy się obudziło, nawiązać kontakt wzrokowy w celu zapewnienia go, że z przodu nadal siedzą jego rodzice, zorientować się jak bardzo wścieka się o to, że nie chcemy go wypuścić itp. Gdybyśmy w każdej takiej sytuacji mieli się zatrzymać i zajrzeć do tyłu, to z całą pewnością nigdzie byśmy nie dojechali. Dlatego mądrzy ludzie wymyślili lusterka do obserwacji dziecka. Montuje się je na zagłówku znajdującym się mniej więcej na wprost twarzy dziecka, na które chcemy popatrzeć i dzięki temu wystarczy rzut oka kierowcy, by zorientować się w sytuacji panującej na drugiej linii.

Miałam w swej karierze z dziesięć różnych lusterek i gdybym miała powiedzieć, co jest najważniejsze, to zdecydowanie rzekłabym, iż jest to możliwość ustawienia lusterka pod każdym kątem, odpowiednia wielkość lusterka i łatwość montażu. Po przeanalizowaniu wszystkich posiadanych przeze mnie modeli śmiem twierdzić, że takie fajne lusterka, jak to marki SMIKI, miałam dwa, a w takiej cenie to żadnego. Dlatego, jeśli szukacie dużego lusterka, które bez problemu zamontujecie na zagłówku i, które będziecie mogli sobie dowolnie ustawić, a do tego zapłacicie za nie tylko 34,99 zł, to bardzo polecam wam lusterko SMIKI. Serio – to zdecydowanie najlepszy wybór!

Roleta przeciwsłoneczna

Kolejna rzecz, która może zakłócić święty spokój rodziców, zwłaszcza w dni słoneczne jest narzekanie dzieci na to, że gdzie nie spojrzą, tam słońce świeci im prosto w oczy, w związku z czym je to drażni i one będą drażnić was tak długo, jak długo nie rozwiążecie tej kwestii. My rozwiązaliśmy ten problem, zanim tak naprawdę się pojawił, gdyż nasz samochód uzbrojony jest w rolety przeciwsłoneczne i przed wyruszeniem w podróż w słoneczny dzień profilaktycznie zasłaniamy wszystkie okna, jakie mamy.

No ale zdaję sobie sprawę z tego, że taki gadżet nie jest w standardzie wielu samochodów, w związku z czym trzeba sobie radzić inaczej. Świetnym rozwiązaniem są zwijane rolety przeciwsłoneczne, które można sobie przyczepić na przyssawki do wszystkich szyb, jakie mamy w planie zasłonić. Roleta SMIKI po rozwinięciu ma szerokość 36 cm, a maksymalna długość to 44 cm, rozwija się je banalnie prosto, bo wystarczy ciągnąć za roletę tak długo, aż będą one pożądanej przez nas długości. Zwijanie jest jeszcze prostsze, bo wystarczy wcisnąć jeden przycisk i roleta zwija się automatycznie.

Jedynym minusem tych rolet jest to, że podczas otwierania szyb w samochodzie trzeba pamiętać, że przyczepiliśmy do nich rolety, w przeciwnym razie możemy rolety uszkodzić, bo szybie raczej nic się nie stanie. Ale, jak to ogarniemy, to rolety będą nam służyć długo, a dzieci będą nas mniej męczyć w trakcie podróży. Warto wspomnieć, że w internetowym SMYKU jedna roleta kosztuje tylko 19,99 zł!

Uwaga! Dodaję roletkowy komunikat! Warszawskie Osiem Gwiazdek (czyli specjaliści od bezpieczeństwa dzieci w samochodzie) zwróciło uwagę na to, że takie rolety mogą być potencjalnym zagrożeniem dla dziecka w trakcie wypadku samochodowego i oni osobiście radzą, żeby nic, co może zwiększyć ryzyko obrażeń podczas zderzenia, nie znajdowało się w pobliżu głowy dziecka. Decyzja oczywiście należy do was, ale warto rozważyć tę kwestię przed zakupem!

Cel trzeci: Jechać w ciszy!

Cisza w samochodzie to taki Święty Graal rodziców — każdy o tym marzy, każdy do tego dąży, ale nikt tego nie doświadczył. Oczywiście są sposoby, które sprawiają, że na jakiś czas w samochodzie robi się cicho, no ale to nie jest tak, że istnieje jedna metoda o stuprocentowej skuteczności. Przyznam szczerze, że my cały czas czekamy na pierwszy rodzinny samochód, który na wzór limuzyn będzie miał szybę (najlepiej dźwiękoszczelną) za siedzeniem kierowcy. Takie małe okienko, przez które zaglądałabym, by sprawdzić, w jakim stanie znajduje się drugi rząd siedzeń, byłoby spełnieniem moich marzeń.

Jako że takiego samochodu nikt jeszcze nie wyprodukował, to musimy sobie radzić inaczej. Mając starsze dzieci mamy całkiem sporo możliwości uciszenia ich na dłuższy czas, wymyślając gry na spostrzegawczość („Kto pierwszy zauważy różowy samochód?”) czy wspólnie słuchając audiobooków. Warto mieć świadomość, że te metody nie są niezawodne, gdyż zły wybór audiobooka może być powodem do bójki, a pomyłka w grze może być źródłem wrzasków, no ale, tak czy inaczej, jest łatwiej niż z młodszymi dziećmi.

Młodsze dzieci nie dadzą się tak łatwo uciszyć, bo nie po to nauczyły się chodzić/siedzieć/rozglądać, żeby teraz przez dwie godziny być przykutym do fotelika samochodowego. Dlatego warto zapewnić im rozrywkę, która najczęściej oznacza wniesienie na pokład ulubionych zabawek. No i z tymi zabawkami to może być nieco problematycznie, bo każdy, kto uważał na fizyce w szkole, kojarzy, że podczas hamowania bądź zderzenia przedmioty znajdujące się w samochodzie nie tylko latają po nim dość swobodnie, ale i ważą znacznie więcej niż na co dzień. Dlatego zabawki do samochodu należy wybierać z głową – czyli niech będą raczej miękkie, lekkie i najlepiej przyczepiane w taki sposób, by podczas nie do końca planowanego gwałtownego hamowania nie wybiły dziecku zębów.

Warto sprawdzić je również pod kątem wydawanych dźwięków, gdyż może się okazać, że przez przypadek skazaliście się na dwugodzinną audycję dość irytującej dziecięcej piosenki, która co prawda sama w sobie brzmi niewinnie, ale jej trzydziestominutowa kompilacja to tortury dla waszego mózgu.

Ja, do samochodu dla młodszych dzieci zawsze wybierałam albo miękkie zabawki, które można przyczepić, albo materiałowe książeczki, którymi potrafią się bawić nawet starszaki. Hela pomimo swojego poważnego wieku na nowo odkryła materiałową książeczkę SMIKI, która została jej wiernym towarzyszem podróży!

Ku mojemu zaskoczeniu pozytywnie zaopiniowała również obecność zawieszek dla niemowląt, które zostały w samochodzie po moim nagraniu. Ku naszej rozpaczy szybko zorientowała się, że jedna z zawieszek gra i, że najfajniej jest wtedy, gdy gra ona podczas całej podróży. Dlatego bardzo polecam sprawdzenie zabawek przed zamontowaniem ich w samochodzie. Ja zgarnęłam w SMYKU dwie zawieszki, które wyglądały niewinnie i kosztowały tyle samo, ale nie doczytałam, że jedna z nich to „wibrująca zawieszka z gryzakiem i grzechotką” (ta jest do samochodu bardzo w porządku), a druga to „zawieszka z dźwiękiem” (ta jest bardzo w porządku poza samochodem). No i teraz staramy się, żeby ta zawieszka z dźwiękiem zagubiła się gdzieś na zawsze :D

Natomiast jeśli podróżujecie z dzieckiem nieco starszym, które na żadne maskotki nabrać się nie chce i musi mieć przy sobie zupełnie niemiękką zabawkę, to warto wybierać coś, co jest niedużych rozmiarów, małej wagi i raczej obłych kształtów. U nas hitem jest mały znikopis marki SMIKI, który sprzedawany jest w zestawie z dużym i ten duży służy do zabawy w domu, a ten mały jeździ sobie w samochodzie. Jest to zabawka, która świetnie sprawdza się w tych momentach, w których dzieci są ze sobą pokłócone i nie mają ochoty bawić się w nic razem. Franek zazwyczaj czyta wtedy jakąś książkę, a Lila rysuje!


Na koniec mam bonus dla wszystkich tych, którzy nie mają pojęcia, o czym piszę, bo dopiero zostaną rodzicami. Zazdroszczę wam tego cudownego czasu, kiedy jeszcze się ma złudzenia, że podróże samochodem z dzieckiem mogą być sielanką, wystarczy po prostu być dobrym rodzicem. Oczywiście, że u nas w samochodzie będzie czysto i cicho! Ha! Ha! Ha! Nie mam wątpliwości, że właśnie wam się uda.

Gdyby jednak było inaczej, to będziecie wiedzieli, gdzie szukać porad na temat tego, jak będąc rodzicem chronić swój samochód, swoje uszy i swój święty spokój. A tymczasem warto pamiętać o tym, że podróże samochodem w okresie ciąży też są wyjątkowe i niepowtarzalne, gdyż zgodnie z prawem ciężarne nie muszą zapinać pasów! Tak, to jest ten wyjątkowy okres w życiu, prawdziwie błogosławiony, kiedy prawa fizyki nas nie dotyczą, a w trakcie wypadku działa antygrawitacja. Naukowcy jednak jeszcze nie odkryli, co się dzieje podczas porodu, że świeżo upieczona matka traci zdolność do nieulegania wypadkom samochodowym. A tak całkiem poważnie, to pomimo tego, że prawo nie wymaga zapinania pasów, to powinniśmy kierować się rozsądkiem i jednak pasy zapinać. Jeśli mamy obawy, czy pas przebiega prawidłowo i czy na pewno brzuch nie ucierpi podczas hamowania, czy zderzenia, to warto używać adapterów do pasów samochodowych.

dziecko w samochodzie

Marka SMIKI ma taki niedrogi i prosty w użyciu adapter, który można zamontować na każdym fotelu samochodowym (nie na kanapie). Jest to taka podkładka, którą przyczepia się do fotela i na której się siada, a następnie zapina się pasy i część biodrową pasa wpina się w tę podkładkę tak, by pas przebiegał po udach przyszłej matki, a nie po jej brzuchu. Jeśli myślicie, że ten gadżet kosztuje majątek, to muszę was rozczarować, gdyż adapter SMIKI kosztuje niecałe 50 zł i może służyć przy każdej ciąży, bo zniszczyć go nie jest łatwo. Polecam więc taką inwestycję, gdyście nie dawały wiary w tę antygrawitację! Po resztę niezbędnych gadżetów samochodowych wrócicie, jak tylko zauważycie pierwsze oznaki pionowego bagna ;)

dziecko w samochodziedziecko w samochodzie

Tymczasem wracam szykować się na wyjazd na majówkę! Dzieci się przecież same folią nie owiną ;)

zdjęcia: Agnieszka Wanat

 

Wpis powstał przy współpracy z marką SMYK.