Rekrutacja do przedszkoli, czyli walka na śmierć i życie, z której się wypisałam

Rekrutacja do przedszkoli, czyli walka na śmierć i życie, z której się wypisałam

Bycie rodzicem w Polsce to ciągła walka. Niekoniecznie z dzieckiem (chociaż ona też się zdarza), ale głównie z naszym państwem. Żeby zapewnić dziecku opiekę lekarza, szczepienia, przedszkole i szkołę, trzeba walczyć. Dziecku nie należy się szybka wizyta u lekarza, bo są kolejki, nie należy mu się bezpłatne szczepienie, bo refundowane są tylko podstawowe, nie należy mu się miejsce w przedszkolu, bo rodzice są małżeństwem, nie należy mu się miejsce w dobrej szkole, bo w rejonie takiej szkoły nie ma. Żeby to wszystko dostać trzeba mieć dużo szczęścia, znajomości, pieniędzy, albo użyć podstępu.

Dla mnie najbardziej traumatyczna była rekrutacja do przedszkola. Miałam taki kaprys, żeby mój 3letni syn poszedł do przedszkola – niby nic dziwnego, bo w państwowych przedszkolach są grupy dla trzylatków, ale okazało się, że niestety mój trzylatek się nie nadaje. Akurat tak się składa, że mamy znajomości w odpowiednich urzędach i mogliśmy Franka zapisać bez problemu do dowolnego przedszkola w naszej dzielnicy. Nie chciałam z tego skorzystać, bo uważam, że wszyscy jesteśmy równi i znajomości nie powinny mieć absolutnego wpływu na to, kto i co od państwa dostaje. Dlatego wzięliśmy udział w rekrutacji bez wykorzystywania naszych koneksji. Wypełniliśmy wszystkie papiery, zanieśliśmy je do tego wymarzonego przedszkola. Żeby później nie żałować wpisaliśmy w sumie 10 przedszkoli, które znajdują się w najbliższej okolicy.

Niestety, ponieważ nie żyjemy w konkubinacie, nie jesteśmy po rozwodzie, Michał nie siedzi w więzieniu, policja nie założyła nam niebieskiej karty i mamy dwoje zdrowych dzieci, to miejsce w przedszkolu nam się nie należało. Punkty za to, że pracujemy i płacimy podatki w Warszawie nie były wystarczające do tego, żeby Franek mógł zostać przedszkolakiem. I pal licho gdyby kryterium decydującym był dochód. Nie miałabym problemu z „oddaniem” miejsca gorzej sytuowanej rodzinie. Ale cały czas mną trzęsie jak sobie pomyśle, że ten czynnik, który często jest decydujący to „życie w konkubinacie”. Warunek stworzony po to, żeby wspierać samotnych rodziców, którym jest trudniej – bo wychowywać dzieci kiedy nie ma się wsparcia drugiej osoby, to nie lada wyczyn. W rzeczywistości „samotność” rodziców jest trudna do sprawdzenia, więc z tego przywileju korzysta każda rodzina, która nie jest po ślubie.

Pamiętam, że we Wrocławiu już od kilku lat, każdy samotny rodzic musiał złożyć w przedszkolu wyrok sądu orzekający rozwód, separację lub akt zgonu jednego z rodziców. Tam faktycznie pierwszeństwo mieli Ci, którym się to należało (albo Ci, którzy mieli na tyle samozaparcia, żeby się rozwieść dla miejsca w przedszkolu – co osobiście uważam za skrajną głupotę :)). Warszawa opierała się na oświadczeniach rodziców, wystarczyło być stanu wolnego i napisać na kartce, że samotnie wychowuje się dziecko. To ile osób okłamało państwo pozostanie pewnie słodką tajemnicą. Naprawdę rozumiem jak bardzo musi kusić skorzystanie z tego przywileju, rozumiem tych, którzy złożyli fałszywe zaświadczenie, chociaż sama nigdy bym tego nie zrobiła. Rekrutacja do przedszkola to pierwsza poważna „walka” o nasze dziecko, każdy rodzic chce żeby dziecko poszło do przedszkola, bo na tym etapie rozwoju nic nie zastąpi stałego kontaktu z innymi dziećmi, ale dlaczego państwo zmusza nas do oszukiwania? Dlaczego nie da się stworzyć sprawiedliwych kryteriów, gdzie nie ma miejsca na nadużycia?

W tym roku ponownie przyjrzałam się rekrutacji przedszkolnej w Warszawie i ku mojemu zadowoleniu widzę, że urzędnicy zmądrzeli i ograniczyli możliwości zostania „samotnym” rodzicem. Tak jak we Wrocławiu trzeba będzie udowodnić, że samotnym rodzicem się jest. Czy to zmniejszy ilość oszustw i nadużyć? Pewnie nie. Miejsc dla 3 i 4-latków jest w przedszkolach ciągle za mało i rodzice znowu będą musieli kombinować, co zrobić żeby wysłać dziecko do państwowego przedszkola.

Ja z rekrutacji państwowej się wypisuje. Nie bawi mnie bieganie po przedszkolach i podlizywanie się dyrektorkom (tak, one też mogą osobiście zdecydować, kogo do przedszkola przyjąć). Nie interesuje mnie zaglądanie w moje dochody, żeby przedszkole mogło sobie wybrać tych, którzy z chęcią przedszkole wspomogą. Nie chcę korzystać ze znajomości, dzięki którym moje dzieci mogłyby być w tym przedszkolu, w którym zechcę. Interesuje mnie takie przedszkole, dla którego podczas rekrutacji najważniejsze będzie moje dziecko. I szczerze mówiąc każdemu rodzicowi, który właśnie będzie posyłał swoje dziecko do przedszkola radzę przyjrzeć się placówkom w okolicy, bo może się okazać, że gdzieś blisko was jest małe, zupełnie niepozorne, niezbyt drogie, ale za to fantastycznie przygotowane na przyjęcie waszego dziecka przedszkole prywatne.

Po tym, kiedy 10 przedszkoli państwowych odrzuciło podanie Franka postanowiliśmy rozejrzeć się po okolicy. Państwowe przedszkole słono kosztuje – to, które my wybraliśmy ok. 600zł miesięcznie (odbiór dziecka o 17, obiady, zajęcia dodatkowe, „rada rodziców”). Dlatego nie miałam wątpliwości, że za podobne lub niewiele większe pieniądze uda mi się znaleźć przedszkole prywatne. Okazało się, że 4 kilometry od naszego domu istnieje małe montessoriańskie przedszkole. Pierwsze moje zdziwienie to fakt, że rekrutacja, to po prostu spotkanie z kadrą przedszkola. Zostaliśmy tam zaproszeni razem z Frankiem i kiedy Franek bawił się z nauczycielką, my mieliśmy czas na dokładne obejrzenie przedszkola i porozmawianie o tym, jak wygląda edukacja przedszkolna w tej placówce. Byliśmy oczarowani nie tylko tym, jak przedszkole się prezentuje (wszystko w neutralnych kolorach, co już od wejścia wycisza i uspokaja), ale jak kadra potrafi opowiadać o przedszkolu i przedszkolakach. Dowiadując się, jakie zasady panują w przedszkolu, jak wygląda praca dzieci i jak bardzo zaangażowana jest kadra miałam automatyczne skojarzenie z gromadami zuchowymi, które są jednym z lepszych pomysłów na „zajęcia dodatkowe” dla małych dzieci.

Mieliśmy kilka dni do namysłu, w tym czasie okazało się, że jest miejsce dla Franka w przedszkolu państwowym. Było już za późno, bo wiedziałam, że w żadnym państwowym przedszkolu nikt nie zajmie się Frankiem tak, jak tam. I utwierdzam się w tym przekonaniu za każdym razem, kiedy rozmawiam z mamami przedszkolaków z innych placówek. Mamy spotkania indywidualne, na którym omawiamy postępy Franka, wspólnie szukamy drogi do zniwelowania negatywnych zachowań. Mam wrażenie, że wychowanie Franka to nasza wspólna odpowiedzialność. Kadra rozumie, że dziecko w przedszkolu spędza w ciągu dnia więcej czasu niż z rodzicami i że przedszkole nie jest tylko od organizowania dzieciom ciekawych zajęć, ale od stawiania drogowskazów w tych początkowych latach życia. Na zebraniach sprawy organizacyjne zajmują 5 minut, pozostałe 55 minut to wspólne ćwiczenia, które mają pomóc rodzicom w wychowaniu dzieci. Nigdy nie sądziłam, że na przedszkolnym zebraniu poczuje się jak na szkoleniu z rozwiązywania konfliktów czy motywowania dziecka :)

Lila rozpocznie przedszkolną przygodę już we wrześniu jako 2.5-latka (jest ze stycznia, więc do państwowego przedszkola w tym roku i tak by jej nie przyjęli) i nigdy nawet przez ułamek sekundy nie myślałam o tym, żeby wysłać ją gdzieś indziej. A mogło mnie kusić, bo w odległości kilkuset metrów od naszego domu buduje się piękne, nowe publiczne przedszkole :)

Dlatego zachęcam tych wszystkich z was, którzy właśnie podchodzą do przedszkolnej rekrutacji, żebyście nie fiksowali się na tym, że wasze dziecko MUSI się dostać do państwowego przedszkola. NIE MUSI i być może się tam nie dostanie, bo w wielu miejscach kandydatów będzie więcej niż miejsc. Rozejrzyjcie się dookoła, porozmawiajcie z rodzicami z sąsiedztwa, bo być może macie w okolicy przedszkolne perełki, do których nie trzeba ustawiać się w długich kolejkach, a które będą waszym największym sprzymierzeńcem w wychowaniu waszego przedszkolaka.

Na okładce obraz „Kindergarten” namalowany przez Alberta Samuela Ankera.

Zobacz
więcej

Pierwsza podróż z niemowlakiem — mój niezbędnik

Pierwsza podróż z niemowlakiem — mój niezbędnik

Ręka do góry, kto z rodziców zastanawiał się nad tym, kiedy jest dobry moment na pierwszą podróż z niemowlakiem? Czy na pierwsze wakacje można zabrać ze sobą dwumiesięczne niemowlę, czy lepiej poczekać, aż nieco podrośnie?