Pierwsze narty z dzieckiem – poradnik dla rodziców

W końcu mamy prawdziwą zimę, więc czas się oddać białemu szaleństwu. Pewnie niektórzy z was przygotowują się do pierwszego rodzinnego wyjazdu na narty, a inni cały czas się wahają, czy to jest na pewno dobry pomysł. Dlatego przychodzę z pomocą. Mam dla was dość obszerny poradnik, który przyda się każdemu, kto szykuje się na pierwsze narty z dzieckiem. Nie wiecie, czy warto zacząć jeździć już teraz, jak wybrać sprzęt i skąd go wziąć, oraz co dla polskiej matki najważniejsze — JAK UBRAĆ DZIECKO NA STOK? W tym poradniku znajdziecie wyczerpujące odpowiedzi na wszystkie nurtujące was pytania!

Tytułem uwiarygodnienia mnie jako autorki tego poradnika nadmienię, iż narciarstwo to mój ukochany sport. Jedyny, któremu poświęciłam tak dużo czasu i jedyny, w którym odniosłam sukcesy. Miliard lat temu z powodzeniem zdałam odpowiednie egzaminy i zostałam Pomocnikiem Instruktora PZN, co oznaczało, że mogłam uczyć innych. Co prawda przeprowadzka do Warszawy i studencka bieda przerwały moją narciarsko-instruktorską karierę, ale nie przekreśliły mojej ogromnej miłości do nart.

Powrót do narciarstwa po studiach był stopniowy, przerywany kolejnymi ciążami i wysysającymi energię niemowlakami. Na szczęście dzieci rosną tak szybko, że ani się człowiek nie obejrzał, a pierworodny zapalił się do narciarstwa tak samo, jak ja, więc teraz jesteśmy już oficjalnie rodziną narciarzy z ojcem snowboardzistą :) Ten poradnik powstał nie tylko na bazie moich własnych doświadczeń jako narciarki i instruktorki, ale również jako matki, która na swoje dzieci na stoku patrzy zupełnie inaczej niż na swoich kursantów.

1. Kiedy warto zacząć naukę jazdy na nartach?

Jeśli mówimy o nauce jazdy na nartach, to najwcześniej zaczyna się z dziećmi czteroletnimi, większość szkółek narciarskich stosuje właśnie taki wiek minimalny. Wynika to zarówno z tego, że „nauka” wymaga świadomej gotowości dziecka do uczenia się, jak i z jego fizycznych możliwości. Oczywiście może zdarzyć się tak, że trzylatek będzie świetnie sobie radził albo że będziemy musieli poczekać z nartami do 6 roku życia, wszystko zależy od konkretnego dziecka, dlatego bardzo ważne jest tutaj słuchanie i obserwowanie potomka. Zmuszanie dziecka do jeżdżenia na nartach może skończyć się tym, że o nartach w ogóle nie będzie chciało słyszeć, co może być poważnym problemem dla ambitnych rodziców-narciarzy :)

Czasem widzę w ogródkach narciarskich młodsze dzieci, nawet dwuletnie, które próbują swoich sił na nartach. Oczywiście są to raczej zabawy na śniegu w lekkich nartkach najczęściej na płaskim terenie, które nie trwają dłużej niż kilkanaście minut, bo mniej więcej po takim czasie dwulatek ma ochotę na coś zupełnie innego. Takie oswajanie dzieci z nartami jest jak najbardziej w porządku. Dopóki rzecz jasna nie przyjdzie nam do głowy ubrać dwulatka w profesjonalny sprzęt i spuścić go z góry na dół krzycząc za nim „jedziesz mały!!!” :)

img_7413-001
Franek zaczął jeździć w wieku 6 lat i jest już całkiem niezłym partnerem do jazdy :)

Mówi się, że na naukę nigdy nie jest za późno, chociaż w przypadku nart warto zacząć do 10 roku życia, później dziecku będzie po prostu trudniej. W takim wieku dziecko zaczyna być samokrytyczne i próbuje się oceniać, co prowadzi do tego, że bardzo często stawia sobie zbyt wysokie wymagania i frustruje się tym, że uczy się wolniej, niż (w jego mniemaniu) powinien. O tym mechanizmie dowiedziałam się dawno, dawno temu, kiedy jako instruktor zaczynałam uczyć dzieci jeździć na nartach. Pewnie nie zapadłoby mi to w pamięć, gdyby nie fakt, że to jest dokładnie moja narciarska historia. Zaczęłam naukę kilka miesięcy po 10. urodzinach i byłam niesamowicie krytycznie nastawiona do siebie, ciągle uważałam, że jestem za słaba, że za wolno się uczę, co naprawdę zabierało mi większość frajdy z jazdy, bo zamiast podczas jazdy myśleć „ale ekstra!”, to zastanawiałam się, czy ten łuk płużny dwa skręty temu, to na pewno dobrze wyszedł. Ostatecznie niecałe 10 lat później udało mi się zdać egzamin instruktorski, ale myślę, że gdybym mogła zacząć naukę wcześniej, to byłoby mi znacznie łatwiej.

Młodsze dzieci podczas jazdy na nartach nie oceniają siebie, nie rozmyślają o tym, czy na pewno dobrze weszły w skręt, tylko po prostu cieszą się tym, że jadą i naprawdę piorunująco szybko się uczą. Pamiętam moją pierwszą uczennicę, miała 6 lat, przez tydzień miałam ją uczyć, żeby tata mógł z nią na koniec sam zjechać ze stoku. W zasadzie po jednym dniu świetnie sobie radziła. Byłam w szoku, bo pamiętałam mój pierwszy tydzień na nartach i wyglądał on znacznie gorzej :)

Jeśli więc macie w domu 4 – 6-latka i chcecie, żeby jeździł, to jest to świetny moment, by spróbować. Gdy połknie bakcyla, to w następnym sezonie nie da wam bez nart żyć, jak nie, to spróbujecie za rok.

2. Jak wybrać sprzęt sportowy dla dziecka?

Skoro decyzja o wyjeździe zapadła, to czas pomyśleć o tym, na czym dziecko ma jeździć. W tym przypadku im mniej wiecie o sprzęcie, tym łatwiej, im więcej, tym trudniej.

Buty

Moim zdaniem najważniejsze są buty, bo jeśli buty będą złe, to najlepsze narty nam nie pomogą. Problem z butami jest taki, że są one cholernie niewygodne podczas mierzenia — ciasne i wymuszające jakieś nienaturalne zgięcie nóg. Jest to zdecydowanie najbardziej problematyczny element sprzętu dla dziecka i naprawdę trzeba poświęcić sporo czasu, żeby dobrze go wybrać. Dorośli mają tendencję do kupowania sobie za dużych butów narciarskich, więc bardzo łatwo jest to przenieść na dziecko, a to poważny błąd! Zasadniczo buty narciarskie nie mogą być ani za duże, ani za małe, mają być w sam raz (czego dzieci przyzwyczajone do wygodnych, luźnych butów mogą nie rozumieć). Dlatego nieźle się przy wybieraniu buta nagimnastykujecie, bo będziecie musieli znaleźć złoty środek pomiędzy butem za dużym (który nie zapewnia stopom bezpieczeństwa i utrudnia jazdę) a za małym :)

Po pierwsze należy najpierw zmierzyć stopy dziecka, a następnie przymierzyć same wkładki (czyli te miękkie kapcie, które są w skorupie buta) i sprawdzić w każdy możliwy sposób, czy wielkość jest dobra. Dopiero potem należy przymierzyć cały but. Jeśli kupujemy dziecku nowe buty, to spokojnie możemy je mierzyć na cienką skarpetkę — środek buta będzie się ubijać pod ciężarem małego narciarza, więc po kilku dniach będzie mu tam nieco luźniej. Jeśli kupujemy but używany lub wypożyczamy, to zakładamy takie skarpetki, w których dziecko będzie jeździć. Oczywiście nie mówimy tutaj o grubych skarpetkach robionych na drutach, czy trzech parach nałożonych na siebie, tylko o normalnej narciarskiej skarpetce, która jest nieco grubsza od zwykłych skarpet. Warto w butach trochę pochodzić, zanim je kupimy, więc jeśli mamy szansę na dłuższe przymiarki, to wykorzystajmy je do maksimum :)

Czy buty dziecięce się czymś między sobą różnią? Tak! Buty dla małych, początkujących narciarzy, bardzo często są butami tylnowejściowymi z jedną klamrą — są bardzo łatwe i wygodne w zakładaniu i ściąganiu, co przy małych dzieciach ma duże znaczenie (takie buty gorąco polecam szczególnie na pierwszy sezon!). Są też buty przedniowejściowe z 2-4 klamrami, które wyglądem przypominają zwykłe buty narciarskie dla dorosłych — trudniej się je zakłada i zapina, ale znacznie lepiej trzymają nogę, co jest ważne dla dzieci już jeżdżących.

5

Zdecydowanie najbardziej istotna przy wybieraniu butów narciarskich jest ich twardość, którą określa się poprzez Flex Index. Buty miękkie (Flex Index od 10 do 40), to buty dla dzieci początkujących. W takich butach jest wygodniej, wstrząsy są lepiej amortyzowane i można nieco wyprostować w nich nogi, które mogą wtedy trochę odpocząć — łatwiej i przyjemniej się w nich jeździ, co jest ważne na początku przygody z nartami.

Twardsze buty (Flex Index 50 – 70) przeznaczone są dla zaawansowanych małych narciarzy. Buty są sztywniejsze, mniej wygodne, ale lepiej przenoszą ruchy ciała na narty, czyli skuteczniej się w nich jeździ. Mali zawodnicy mają jeszcze twardsze buty (Flex Index 80 i więcej), dzięki czemu jeszcze lepiej kontrolują narty, ale nie wytrzymują w tych butach zbyt długo, za względu na ich sztywność i niewygodę.

Jeśli wasze dziecko jest zawodnikiem, to doskonale będzie wiedziało, jakie buty musi mieć, ale jeśli dopiero zaczynacie, to musicie zwrócić uwagę, żeby nie kupować butów zbyt twardych, bo to może zniechęcić dziecko do narciarstwa. Zacznijcie w tych butach, których Flex Index nie przekracza 40, a potem w miarę doskonalenia umiejętności będziecie zmieniać je na twardsze. I absolutnie nie sugerujcie się tymi wskaźnikami przy kupowaniu butów dla siebie — Flex Index w butach dla kobiet i mężczyzn dobiera się nieco inaczej (tzn. jest wyższy niż w butach dziecięcych).

Narty i wiązania

Na szczęście dobór nart dla dzieci nie jest tak skomplikowany, jak przy dorosłych. Nie trzeba określać tutaj ulubionego stylu jazdy, stopnia zaawansowania czy tras, po których najczęściej jeździcie. Ogólnie rzecz biorąc, takie narty można podzielić na narty dla początkujących i średniozaawansowanych oraz dla zaawansowanych i zawodników. Jeśli dopiero zaczynacie, to wybieracie narty z pierwszej grupy, które są znacznie tańsze od nart z drugiej grupy, co powinno was ucieszyć :) Zdecydowanie ważniejsza jest długość nart, bo może ona zarówno ułatwić, jak i utrudnić naukę jazdy na nartach — na krótkich nartach łatwiej się jeździ i szybciej robi postępy, długie utrudniają początkującym życie :)

Wybierając narty na pierwszy sezon dziecka, powinniśmy szukać czegoś, co sięga dziecku mniej więcej od pach do ramion, pamiętając o tym, że pachy będą zdecydowanie lepszym wyborem :) Kolejnym etapem mogą być narty sięgające od ramion do czubka nosa, a najbardziej zaawansowane dzieciaki mogą mieć narty sięgające od czubka nosa do czubka głowy :)

6

Razem z nartami kupujemy wiązania, które są bardzo ważne, bo w razie upadku to właśnie wiązania wypinają narty i ratują nogi i głowy :) Przy wyborze wiązań dla dzieci nie ma większej filozofii — muszą być one dostosowane do wagi dziecka, ale za to odpowiednie ustawienie wiązań to już wyższa szkoła jazdy, która wymaga wizyty w serwisie :) Na wiązaniach dla małych dzieci skala siły wypięcia powinna zawierać się w zakresie 0,5-2,5 DIN lub 0,7-4,5 DIN. Dzieci ważące więcej niż 40 kg mogą jeździć z wiązaniami w zakresie 2-7,5 DIN.

Warto pamiętać, że wiązania powinny być ustawiane przed każdym sezonem, bo dziecko rośnie i robi postępy na nartach. Jeśli zacznie jeździć bardziej agresywnie, a my nie dostosujemy wiązań do umiejętności i wagi, to może się to skończyć dla dziecka bardzo źle! Pamiętajcie też, że wiązania ustawianie są do konkretnej pary butów, co oznacza, że każda zmiana butów wymaga dopasowania wiązań.

Kijki

Kijki tak naprawdę to jest zbędny ekwipunek początkującego narciarza. Ogarnięcie poruszania się na ślizgających się nartach w sztywnych butach jest wystarczająco trudne, więc dokładanie dziecku jeszcze kijków może skończyć się źle i narazić na niebezpieczeństwo zarówno nasze dziecko, jak i innych narciarzy. Oczywiście są dzieci, które o kijkach marzą, bo wydaje im się, że dzięki temu ich wszystkie narciarskie problemy znikną, ale to nie jest prawda :)

Jeśli dziecko jest już trochę zaawansowane, to można pokusić się o kupno kijków — dobór odpowiedniej długości jest bardzo prosty. Stojąc w butach narciarskich, należy odwrócić kijek rączką do dołu, oprzeć go o podłogę i jedną ręką złapać go pod talerzykiem. Jeśli ręka dziecka jest zgięta w łokciu pod kątem 90°, to znaczy, że kijek jest dobry :)

Obecnie można kupić kijki teleskopowe z regulowaną wysokością, które mogą być dobrym wyborem dla ciągle rosnących dzieci :)

Kask i gogle

Kask to obowiązkowe wyposażenie małych narciarzy. Nie wyobrażam sobie, żeby moje dzieci jeździły bez kasków i cieszy mnie to, że w wielu krajach jest to obowiązkowe. W Polsce w kaskach muszą jeździć dzieci do ukończenia 16 lat. Jeśli kusi was puszczenie dziecka na narty bez kasku, bo przecież ono dopiero zaczyna i wolno jeździ i nic mu się nie stanie, to jest to błąd. Trzeba pamiętać o tym, że narciarstwo jest sportem urazowym i nawet jeśli dziecko będzie stało w miejscu, to nigdy nie wiadomo, czy nie wpadnie w niego rozpędzony narciarz, lub czy nie zacznie się niekontrolowanie ześlizgiwać na nartach.

Czasami dzieci nie chcą nosić kasku, bo mówią, że jest im niewygodnie, gorąco, ciasno itd. Jeśli kask jest dobrze dobrany (musi dobrze przylegać do głowy, nie ograniczać widoczności i nigdzie nie uwierać) to nie ma dyskusji. Na nartach jeździ się w kasku, jeśli dziecko nie chce kasku, to znaczy, że nie będzie jeździć na nartach. Najważniejsza jest wasza konsekwencja połączona z dobrym przykładem — rodzice jeżdżący w kaskach to argument ostateczny i świetnie działający na dzieci.

Pamiętajcie, że pod kask nie wkłada się czapki. Jeśli jest zimno, to można założyć najpierw kominiarkę uszytą z materiałów termoaktywnych, a na nią kask. U nas wyglądało to najczęściej tak, że przy niezbyt dużym mrozie dzieciaki zaczynały jeździć w kominiarkach pod kaskiem, a jak już się rozgrzały, to wołały, że jest im za gorąco i zostawały w samym kasku. Jeśli planujecie wypożyczyć kask, to moim zdaniem kominiarka jest obowiązkowa, bo nigdy nie wiadomo, kto miał go na głowie przed naszym dzieckiem.

Gogle nie są obowiązkowe, ale bez nich naprawdę trudno się obyć, zwłaszcza jeśli zależy nam na nauce jazdy, a nie zabawach ze śniegiem. Gogle chronią oczy przed słońcem odbijającym się od śniegu, przed śniegiem, który w trakcie jazdy leci do oczu, a nawet przed zimnym wiatrem. Dwie istotne cechy gogli to dobra wentylacja (nie ma nic bardziej denerwującego niż wiecznie parujące gogle) oraz kategoria filtra, którą należy dobrać do warunków atmosferycznych. Kategoria filtra oznaczona jest literą S i cyfrą od 0 do 4 i oznacza % przepuszczanego światła – im wyższa cyfra, tym mniej światła jest przepuszczane. Jeśli macie zamiar jeździć w Polsce (gdzie ostrego słońca zbyt często nie uświadczymy), to najlepiej kupić coś z kategorii S1, S2 (kolor soczewki: złoty, bursztynowy, żółty, pomarańczowy). Lecz gdybyście mieli to szczęście, że szusować będziecie po mocno słonecznych alpejskich lodowcach, to wtedy znacznie lepszy będzie filtr S3 (kolor soczewki: szary, niebieski, brązowy).

Kupując gogle, powinniśmy mierzyć je razem z kaskiem, bo po pierwsze na kask będą zakładane, a po drugie muszą się pod kaskiem mieścić, dokładnie przylegając do twarzy narciarza. Jeśli będziecie kupować kask, to sprawdźcie, czy ma on z tyłu uchwyt na gumkę gogli, dzięki której dziecko ich nie zgubi, a wy nie będziecie płakać, że tyle za nie zapłaciliście :)

Czy sprzęt narciarski lepiej kupić czy wypożyczyć?

Narciarstwo to drogi sport, a jeśli ma się dużą rodzinę to w cholerę drogi. Jeśli chcemy, żeby dziecko było na nartach bezpieczne i jeździło z przyjemnością, to musimy liczyć się z tym, że buty i narty będziemy wymieniać co sezon, góra dwa. Nowe narty dla dziecka, które trochę już jeździ to wydatek około 500-900 zł, buty ze średniej półki to 300-500 zł. I gdyby chodziło tylko o sprzęt, to pewnie nie byłoby problemu, ale na narty trzeba jeszcze gdzieś pojechać, zapłacić za hotel i kupić karnety. Dlatego znacznie popularniejsze jest wypożyczanie sprzętu dla dzieci — jest znacznie taniej, płacimy tylko za te kilkanaście dni w roku i możemy bez problemu sprzęt co wyjazd wymienić. Jedyny problem, jaki widzę to jakość sprzętu w wypożyczalniach, bo z tym naprawdę bardzo różnie bywa, a jeśli nasze dziecko dostanie zdeformowane buty i nienasmarowane narty bez krawędzi, to pewnie szybko nam podziękuje za taką rozrywkę.

Spotkałam się z poglądem, że im dalej od gór, tym lepsze są wypożyczalnie i serwisy narciarskie :) Nie wiem, czy to prawda, ale od kiedy serwisuję narty w Warszawie, to mam wrażenie, że znacznie lepiej mi się jeździ :) Wypożyczalnie, które nie są położone przy ośrodkach narciarskich, mają często więcej czasu na serwis, bo nie muszą w nocy po zakończeniu jednego turnusu serwisować kilkuset par nart na następny poranek. Poza tym wypożyczając narty w rodzinnym mieście macie czas, żeby zanieść je do świetnego serwisu, który nie tylko przygotuje narty do jazdy i dopasuje wiązania do małego narciarza, ale podpowie, czy na tym sprzęcie na pewno da się jeździć. Z drugiej strony wypożyczając narty przy stoku, możecie w każdej chwili poprosić o sprawdzenie, czy na pewno narty są dobrze nasmarowane a krawędzie ostre.

Ja przy pierwszym wyjeździe wypożyczałam dzieciom narty, bo szkoda mi było inwestować w sprzęt bez sprawdzenia, czy w ogóle będą chciały jeździć dłużej niż jeden dzień. Skończyło się tak, że Lila zrezygnowała drugiego dnia, więc wtedy oddaliśmy sprzęt i pożegnaliśmy się z nartami na cały rok, a Frankowi po powrocie z pierwszego wyjazdu kupiliśmy sprzęt używany, bo za chwilę jechał na kolejny narciarski wyjazd.

W tym roku Lila dostała swoje narty i buty, bo widzę, że jest to dla niej niezwykle motywujące do nauki jazdy na nartach. Z butami narciarskimi spała przez pierwszą noc po zakupie, więc jak na razie świetnie nam idzie :) Udało mi się kupić jej nowe buty (modele z poprzednich sezonów kosztują teraz jakieś śmieszne pieniądze) i narty, które były wyprzedawane w Intersporcie po likwidowanym systemie wymiany nart dziecięcych. Narty niby używane jeden sezon, ale szczerze mówiąc, poprzedni właściciel raczej nie jeździł w nich dłużej niż 4 godziny. W sumie za komplet zapłaciłam 350 zł, oczywiście z myślą, że będzie w nich później jeździła również Hela.

Jeśli nie chcemy nart wypożyczać i nie planujemy kupować nowego sprzętu, to warto pomyśleć o używanym. Dziecięce narty i buty z drugiej ręki najczęściej są na nogach przez jakieś 30 godzin na sezon, więc to naprawdę tyle, co nic. Oczywiście, jeśli na sprzęcie się nie znamy, to może być nam trudno, ale czasem wystarczy spędzić kilka godzin w Internecie i zaczynamy mieć pojęcie o tym, na co zwrócić uwagę kupując używany sprzęt narciarski dla dzieci. Najważniejsze, żeby narty były taliowane (szersze piętki i dzioby, węższy środek), miały niezbyt zniszczone ślizgi i krawędzie, które nie są poszczerbione czy zardzewiałe. Resztę zrobi dobry serwis. W przypadku butów sprawdzamy, czy wkładka (kapeć wewnętrzny) nie jest zniszczona lub zdeformowana i czy wszystkie klamry na skorupie dobrze trzymają, czy da się je pozapinać, czy nie są połamane etc.

Świetną opcją jest system wymiany nart dziecięcych, który istnieje w niektórych sklepach narciarskich. W tym systemie kupuje się używany dziecięcy zestaw narciarski za określoną sumę, a potem można wymieniać narty, buty i kijki według potrzeb płacąc ułamek tej pierwszej kwoty. W Warszawie taki system funkcjonuje np. w sklepie Active-Sport. Za pierwszy komplet płacimy 600 zł, a kolejne wymiany kosztują 200 zł. Plusem takiego programu jest to, że przy corocznej wymianie nie musimy płacić za serwis nart, bo wymieniając sprzęt, dostajemy taki, który jest już przygotowany (oszczędność ok. 50 zł rocznie) no i mamy pewność, że jest to sprzęt sprawny i nowoczesny :). W takim układzie przez 6 lat korzystania z tego systemu (od 6 do 12 roku życia dziecka) płacimy ok. 260 zł rocznie przy wymianie sprzętu raz w roku. Moim zdaniem jest to bardzo dobra cena dla dzieci, które dużo jeżdżą.

Pamiętajcie, że po zakupie sprzętu trzeba jeszcze go odpowiednio ustawić i przygotować do sezonu. Jeśli używany sprzęt kupujecie na giełdzie, czy od prywatnej osoby, a nie w wyspecjalizowanych sklepach, czy wypożyczalniach, to koniecznie zanieście narty do serwisu, który ustawi odpowiednio wiązania, przygotuje narty do sezonu i sprawdzi, czy wszystko jest z nimi w porządku. Jeśli sprzęt kupujecie w wyspecjalizowanym sklepie, to serwis najczęściej jest na miejscu.

3. Jak ubrać dziecko na stok?

Mamy już dziecko odpowiednio zainteresowane narciarstwem i sprzęt, to teraz czas na największą zmorę rodziców, czyli ubieranie. Wiadomo, że mamy tendencję do przegrzewania dzieci, bo wydaje nam się, że zimą marzną, więc muszą mieć kalesony, spodnie, ocieplacze, polary, 8 par skarpet i grubą czapkę. Tymczasem jazda na nartach to aktywność fizyczna, a aktywność fizyczna nas rozgrzewa, więc jeśli nie ma trzaskających mrozów, to nie ma sensu ubierać się na narty zbyt ciepło.

Jeśli naukę jazdy na nartach zaczyna dziecko kumate (4+), to ono będzie nam komunikować, czy jest mu ciepło, czy zimno, więc nawet jeśli popełnimy jakieś błędy, to szybko będziemy mogli je skorygować.

Ile dziecko ma mieć na sobie warstw ubrań?

Ja ubieram dzieci na stok, dokładnie tak, jak siebie. Czyli bielizna termoaktywna (spodnie i koszulka z długim rękawem), bluza polarowa oraz ocieplany kombinezon narciarski. Taki zestaw sprawdzał się przy temperaturze do -10°C. Kiedy jeździliśmy przy -15°C to dołożyłam dzieciom jeszcze dodatkową warstwę na nogi. Gdy jeździliśmy w temperaturze bliskiej 0°C, to zazwyczaj polar był ściągany po kilkunastu minutach, bo robiło się zbyt ciepło.

Nie zakładam dzieciom żadnych bawełnianych koszulek, swetrów czy rajstop, bo jak się dziecko spoci, to wtedy zacznie mu być zimno. Koszt bielizny termoaktywnej nie jest duży, a można z niej korzystać przez całą zimę. Do tego koniecznie trzeba kupić narciarskie skarpetki — muszą być długie i ciepłe (ale nie jakieś mega grube!). Na wyjazd najlepiej zabrać 2-3 pary takich skarpet, żeby móc je na bieżąco suszyć i prać.

Pamiętajcie też, że na nartach najszybciej marzną palce u stóp, dlatego warto przypominać dzieciom, żeby często nimi ruszały podczas przerw w jeżdżeniu (w kolejce do wyciągu i na wyciągu).

Lepszy będzie kombinezon jedno czy dwuczęściowy?

Osobiście wolę, gdy moje dzieci bawią się na śniegu w jednoczęściowym kombinezonie, bo w ten sposób zmniejszam ilość dziur, przez które może wpaść śnieg i dłużej pozostają suche. Jest to niestety mniej wygodne w trakcie przerw na jedzenie, czy przerwy na siku, bo trzeba się rozbierać z całości. Do tego dzieci i tak muszą mieć zimową kurtkę, więc wychodzi nieco drogo. Ale biorąc pod uwagę fakt, że przy wyższych temperaturach śnieg się topi, a kombinezony stają się mokre, to przy dłuższych wyjazdach i tak najlepiej jest mieć dwa komplety.

img_1756
Jeśli będziecie kupować dzieciom kombinezony, to polecam jaskrawe kolory (jak ten różowy!), bo mają +100 do widoczności :)

Ja, co roku w kwietniu, kupuję dzieciom kombinezony jednoczęściowe marki Reima w fantastycznych cenach, które świetnie sprawdzają się podczas zimowych wycieczek, czy na nartach. Równocześnie moje dzieci mają zimowe kurtki, do których dokupuję tanie spodnie narciarskie, z których korzystają na co dzień (np. w przedszkolu czy szkole). Na narty zabieramy zarówno kombinezon, jak i kurtkę ze spodniami, bo wtedy nie ma problemu, jeśli cokolwiek się przemoczy i nie zdąży wyschnąć.

Jeśli więc planujecie częste i dłuższe wyjazdy zimowe, to moim zdaniem warto mieć taki zestaw, jak ja. Bo może jednoczęściowy kombinezon wam się w mieście nie przyda, ale w górach świetnie się sprawdzi.

Ostatni element – rękawice narciarskie

Na narty zabieramy rękawice narciarskie, bo tylko takie zabezpieczą ręce przed przemoczeniem, zimnem czy otarciem. I pamiętajcie, że jedna para to za mało, bo jest to najczęściej ściągany element stroju narciarskiego, w związku z czym potrafi się w nim zebrać sporo śniegu. Jeśli śnieg na stoku był mokry, to często zmienialiśmy rękawice w połowie dnia, a wieczorem i w nocy suszyliśmy obie pary. Najmłodszym narciarzom możemy spokojnie kupić rękawice dwupalcowe, bo jest w nich cieplej. Przy dziecięcych rękawicach bardzo ważne jest to, żeby miały gumkę, którą zakłada się na rękawy kurtki lub kombinezonu. Dzięki temu mamy bardzo duże szanse, że rękawice nam się nie zgubią do końca wyjazdu :) Jeśli rękawiczki gumek nie mają, to mamy całkowitą pewność, że pierwsza sztuka zaginie już na samym początku! Podczas większych mrozów u młodszych narciarzy świetnie sprawdzą się zwykłe, cienkie rękawiczki zakładane pod rękawice narciarskie.

4. Gdzie jechać z dzieckiem na narty?

Jechać możecie dokładnie tam, gdzie chcecie. Nawet do Aspen, jeśli was stać ;) Wszystko zależy od tego, jakim budżetem dysponujecie i co na nartach chcecie robić. W Alpach w zasadzie każde miejsce ma mnóstwo świetnych szkółek narciarskich, przedszkoli, ogródków narciarskich ze specjalnymi wyciągami i pomocami do nauki. U nas tak naprawdę też jest bardzo dobrze, bo każdy większy ośrodek narciarski przygotowany jest również pod kątem rodzin z małymi dziećmi. Na Słowacji czy w Czechach jest jeszcze lepiej niż u nas. Wybierając miejsce, spędźcie trochę czasu na czytaniu o tym ośrodku narciarskim — bez problemu dowiecie się, ile tam jest wyciągów, czy są szkoły narciarskie, czy są organizowane kursy dziecięce, czy jest narciarski ogródek i czy jest przedszkole, gdyby wasze dziecko odmówiło jeżdżenia. Do tego oszacujecie koszty karnetów, bo pewnie będzie to istotna część waszego budżetu.

Zachęcam do przemyślenia wszystkich opcji i przygotowania się na różne scenariusze, również te, w których wasze dzieci nie chcą jeździć, w związku z czym wy też nie pojeździcie, jeśli przy stoku nie będzie przedszkola. My drugi rok z rzędu rezygnujemy z wyjazdu w Alpy, bo za każdym razem, kiedy przeliczam koszt wyjazdu, a potem oczami wyobraźni widzę, że Lila odmawia zarówno jazdy na nartach, jak i pobytu w przedszkolu, to jest mi smutno. Byłabym bardzo rozczarowana, gdybym sama nie mogła wykorzystać takiego wyjazdu na sportową jazdę ;) Ale wiem, że są rodzice, którzy nie mają takich dylematów, jak ja i jadą w Alpy z nastawieniem, że być może sami za bardzo nie pojeżdżą. Grunt to być otwartym na różne opcje.

Jeśli z dużym wyprzedzeniem planujecie urlop w polskich górach, to może się okazać, że warunki narciarskie nie będą rewelacyjne, dlatego warto też sprawdzić dodatkowe atrakcje w okolicy, żeby mieć jakiś plan awaryjny.

5. Jak uczyć dziecko jazdy na nartach?

Moje zdanie jest takie, że uczyć się jeździć należy z instruktorem, ale rodzic może, a wręcz powinien jakoś wprowadzić dziecko w ten narciarski świat. Jeśli planujemy odstawić czterolatka do szkoły narciarskiej bez słowa wstępu, to prawdopodobnie się to nie uda. Po pierwsze warto dziecku pokazać, co to jest jazda na nartach — wystarczy z nim usiąść przed telewizorem i pokazać parę zjazdów zawodników. Świetnie się sprawdzają również transmisje z zawodów w skokach narciarskich, chociaż w naszym przypadku doprowadziło to do małego nieporozumienia. Franek był pewien, że będzie mógł skoczyć ze skoczni mamuciej w Harrachovie i był nieco rozczarowany, kiedy okazało się, że jednak nie :D

Warto też zabrać dziecko z nartami na śnieg, zanim oddamy je w ręce instruktora. Niech sobie pobiega w butach narciarskich, spróbuje się poślizgać na nartach po płaskim terenie, najlepiej jakby ze dwa razy upadło, bo wtedy będziemy w stanie powiedzieć, że to jest absolutnie normalna rzecz na nartach. Po prostu dobrze by było, żeby na lekcję z instruktorem szedł przekonany do śniegu i narciarstwa. Chyba najlepiej pierwszy dzień na wyjeździe poświęcić właśnie na taką wspólną zabawę i obserwowanie dzieci, które już się uczą jeździć.

Lepiej wybrać naukę indywidualną czy kurs grupowy?

Wiem, że są rodzice, którzy próbują sami uczyć jeździć swoje dzieci, ale wydaję mi się, że w większości przypadków jest to zły pomysł. Instruktorzy znają się na nauczaniu znacznie lepiej niż my. Jeżdżą lepiej technicznie, mają doświadczenie pedagogiczne i wiedzą, w jaki sposób nauczyć dziecko konkretnych elementów. Rodzice bez dobrze opanowanej techniki jazdy, wiedzy o tym, jak uczyć i znajomości praktycznych ćwiczeń, po prostu zrobią to źle. Do tego rodzice są często dużej bardziej krytyczni w stosunku do swoich dzieci, niż instruktorzy, co zniechęca dzieci do narciarstwa. A dodatkowo oduczenie złych nawyków będzie dużo trudniejsze niż nauczenie dobrych :)

Oczywiście instruktorzy bywają różni. Są tacy, którzy świetnie radzą sobie z maluchami i tacy, którzy nie lubią uczyć małych dzieci, zdolności pedagogiczne i cierpliwość też mają na różnym poziomie. Dlatego moim zdaniem ważne jest, żeby w szkole narciarskiej opowiedzieć o dziecku — czy jest nieśmiałe w stosunku do obcych, czy jest wrażliwe, czy jest przyzwyczajone do nieobecności rodziców itp. Dobra szkoła powinna umieć dobrać instruktora nie tylko do stopnia zaawansowania, ale również do potrzeb psychologicznych. Warto też przemyśleć, czy dla naszego dziecka lepsze będą lekcje indywidualne, czy kurs grupowy.

narty-4
Pierwsze zawody Franka po ukończeniu pierwszego kursu narciarskiego w lutym 2016 roku :)

Lekcje indywidualne pozwalają na 100% skupienie instruktora na naszym dziecku, w związku z czym szybciej osiągniemy zamierzone efekty. Instruktor może też wtedy złapać dużo lepszy kontakt z dzieckiem, więc jest szansa, że chętniej będzie ono chciało się uczyć, a wszelkie problemy (zarówno narciarskie, jak i osobiste) będą rozwiązywane od razu. Również rodzice mają wtedy lepszy kontakt z instruktorem, bo mają czas na indywidualną rozmowę przed i po zajęciach, żeby móc omówić zarówno postępy, jak i pojawiające się problemy.

Kurs grupowy jest z kolei tańszy i zdecydowanie bardziej towarzyski. Jeśli więc nasze dziecko do szczęścia potrzebuje kolegów i współzawodnictwa, to prawdopodobnie lepiej odnajdzie się w grupie. W takim wypadku nauka idzie wolniej, bo instruktor uczy równolegle kilka osób, ale spokojnie, tak też można się nauczyć jeździć :)

Nie nastawiajcie się też na to, że instruktor zabierze wam dzieci na cały dzień i zobaczycie je dopiero, jak będziecie jechać do hotelu. Dzieci nie wytrzymają tak długo na nartach. Na początku mogą być to na przykład 2 godziny dziennie — najlepiej z przerwą pomiędzy. A potem, jak już się spodoba, to można się skusić na 2+2, a przy starszych dzieciach nawet 3+3. Wszystko zależy od wieku, kondycji i zaangażowania :)

6. A co jeśli moje dziecko odmówi współpracy?

To się zdarza i najważniejsze, żeby to zaakceptować. Ja znam moje dzieci na tyle, żeby wiedzieć, że one często na początku marudzą, ale potem są zachwycone, dlatego każdemu dałam dwa dni na przekonanie się do nart. Frankowi zajęło to 15 minut, Lila w połowie drugiego dnia kursu ostatecznie odmówiła jazdy na nartach. Ostatnią rzeczą, którą chciałam osiągnąć, to zniechęcenie jej do nart na kolejne lata, więc po prostu się z tym pogodziłam, choć nie było łatwo, bo przecież sama planowałam jeździć wtedy, kiedy dzieci mają swoje zajęcia. Jeśli u was zdarzy się to samo, to najpierw głęboko oddychajcie, a potem się z tym pogódźcie :) Poza tym jeśli podczas planowania wyjazdu przemyśleliście wszystkie możliwe scenariusze, to nie ma powodu do paniki, po prostu uruchomcie plan B  – ten który zakłada, że dzieci na nartach jeździć nie będą.

Istotne jest też to żeby zrozumieć dlaczego dziecko jeździć nie chce, bo dzięki temu następnym razem będziemy mogli lepiej się przygotować. Ja na początku myślałam, że Lila nie chce jeździć, bo słabo jej idzie i ciągle się wywraca. A jeśli narciarstwo jest ciągiem porażek, to oczywiste, że nie chce się w to pakować. Ale po kilku miesiącach, okazało się, że problem tkwił zupełnie gdzie indziej. Pani instruktorka mówiła do niej po czesku, a ona nic nie rozumiała, co doprowadzało ją do rozpaczy. Lila starała się jej słuchać i wykonywać polecenia, ale nie wiedziała, o co instruktorce chodzi. Co ciekawe starszy o dwa lata Franek nie miał z tym takiego problemu, czasem się wkurzał, ale nie było w stanie go to zniechęcić. Kiedy w końcu Lila nazwała to, co przeszkadzało jej w jeździe na nartach, to odetchnęłam, bo jeśli to jest dla niej problem, to da się go bardzo prosto rozwiązać :)

narty
Lila i Franek przed pierwszą w życiu lekcją narciarstwa. Wtedy jeszcze wierzyłam, że pójdzie gładko :D

W tym roku próbujemy znowu. Lila jest bardzo entuzjastycznie nastawiona, kiedy wybieraliśmy dla niej buty i narty, to wręcz skakała z radości. Bardzo chce jeździć, tylko cały czas się pyta, czy instruktor będzie mówił po polsku :D Ja wierzę, że jako pięciolatka będzie sobie nie tylko lepiej radziła fizycznie, ale również intelektualnie i psychicznie. Marzyła mi się co prawda śmigająca na nartach czterolatka, ale jakoś sobie dałam radę z tym, że jednak nic z tego nie wyjdzie (cała nadzieja w Heli ;)).

Moim celem jest to, żebyśmy za kilka lat mogli wszyscy jeździć razem na narty, najlepiej w Alpy, więc najważniejsze jest to, czy dzieci będą umiały i chciały jeździć. Zeszłoroczne i tegoroczne wyjazdy narciarskie traktuję jako drogę do celu, więc liczę się z tym, że nie zawsze musi iść po mojej myśli. Próbuję też wzbudzić we Franku szacunek do doskonalenia techniki, bo obecnie jest na etapie „umiem skręcić, więc już nie muszę się uczyć”. Dlatego staram się mu cały czas pokazywać zawody narciarskie, tłumacząc, że aby tak jeździć, to trzeba się wiele lat UCZYĆ :) Robimy postępy, bo Franek po ostatnim dniu na nartach orzekł, że w ferie chce jeździć wyłącznie z instruktorem, a dopiero po zajęciach ze mną :)

Pamiętajcie drodzy rodzice — wasze entuzjastyczne nastawienia do narciarstwa to dopiero początek. Praca nad zaangażowaniem waszych dzieci w ten sport może potrwać kilka sezonów. Rozumiem, że może być to frustrujące. Zaledwie wczoraj mama pięciolatki skarżyła mi się na stoku, że córka nie chce jeździć i ciągle wyje, a ona by chciała, żeby jednak nie wyła, ale jeździła. I ja to doskonale rozumiem, ale z wyjącego dziecka żadnego narciarza nie będzie i być może to wyjące dziecko potrzebuje czasu, musi dojrzeć psychicznie, poprawić swoją koordynację i ZECHCIEĆ jeździć na nartach. I może potrzebować do tego nie kilku dni, ale roku, lub dwóch. My czekaliśmy rok, żeby móc od Lili wczoraj (po pierwszej w tym sezonie lekcji z instruktorem) usłyszeć, że ona uwielbia narty i mogłaby zrezygnować i z basenu, i z baletu, tylko żeby codziennie móc jeździć na nartach. Doprawdy warto było cierpliwie czekać!

 

PS. Wiem, że bardzo dużo rodziców szuka informacji o najlepszych miejscach na narty z dziećmi. Sama nie bardzo mogę się w tym temacie mądrzyć, bo z dziećmi jeżdżę od niedawna, ale jeśli macie jakieś sprawdzone przez was miejsca, to koniecznie piszcie w komentarzach. Najlepiej ze szczegółami (miejsce, hotele, infrastruktura dla rodzin z dziećmi, polecane szkoły narciarskie, a nawet konkretni instruktorzy). Takie informacje przydadzą się wszystkim czytelnikom!