4 tygodnie do godziny „0”

4 tygodnie do godziny „0”

Śpię, zaczynają docierać do mnie dźwięki świata rzeczywistego – samochód przejeżdżający pod oknami, jakieś krzyki. Nasłuchuję, czy te dźwięki przez przypadek nie dochodzą z naszego domu. Nie, w domu cisza. Uff, można jeszcze na chwilę zamknąć oczy. Nagle słyszę tupot małych stóp na drewnianej podłodze, otwierające się w oddali drzwi i to zdanie które budzi mnie co rano:

– Mamuś, jeśće śpiś?
– Tak.
– Ja chcę wyjść! – dziękuje w myślach sobie i Michałowi, za to, że w drzwiach dziecięcego pokoju do tej pory zamontowana jest bramka, której Lila nie potrafi otwierać.
Jeszcze śpię, połóż się do łóżka. – Następuje chwila ciszy, nie słyszę kroków na podłodze, więc wiem, że do łóżka nie wróci. Szykuje koronny argument, który wywabi mnie z sypialni…
– Mamuś! Ja chcę siusiu.

Zachciało się odpieluchować dziecko. Nie powiem, że ma sikać w pieluchę, bo całe wakacyjne starania przepadną. Wstaję, idę z nią do toalety, prowadzę ją z powrotem do pokoju, co w ogóle jej się nie podoba, ale nie protestuje. Kiedy uda mi się znowu położyć w łóżku i przykryć kołdrą, słyszę jak Lila próbuje obudzić brata. Ja wiem, że już nie zasnę, więc otwieram książkę albo komputer – mam 15 minut żeby coś przeczytać albo napisać. Po kwadransie Lila osiąga sukces, Franek wstaje otwiera bramkę i lecą do nas. Mam ochotę ich udusić, bo to już jakiś 1700 dzień z rzędu, w którym nie mogłam obudzić się o tej godzinie, o której sama chciałam, ale ponieważ ta dwójka potworów wpada do naszego łóżka z dziobami złożonymi do pocałunku, poddaję się. W końcu za niecałe 20 lat wyjadą na studia i wtedy będę mogła spać tak długo, jak będę chciała.

Potem zaczyna się istne szaleństwo – Franek nie może spóźnić się do przedszkola, Lila musi zdążyć na żłobkowe śniadanie, bo inaczej zagryzie którąś ciocię. Michał nie chce wstawać, bo jeszcze “tylko 10 minut” i tak co 10 minut. Ja staram się umyć, ubrać i nie urodzić, w międzyczasie walczę z dziećmi o ich garderobę – wiecie, że latem najlepiej założyć kalesony pod spodnie? Próba ściągnięcia kalesonów z Franka kończy się awanturą, bo “on nigdy o niczym nie może dedycować!”. Lila zakłada tylko różowe majtki, ale akurat różowe są w praniu, więc próbuję ją przekonać, że szare majtki z różową kokardką są tak jakby różowe. Super, jesteśmy gotowi do wyjścia tylko 10 minut później niż powinniśmy. Kolejny dzień, kolejny sukces. Kiedy odwieziemy dzieciarnię w końcu możemy zjeść śniadanie. Po śniadaniu czeka na mnie mnóstwo atrakcji, które normalnie zrobiłabym w godzinę, ale przy tempie ciężarnej słonicy zajmują mi cały dzień – przeglądanie przepastnych kartonów z rzeczami po starszych dzieciach, bo tam gdzieś muszą być ubranka dla noworodka – przerzucanie tony ubrań, zabawek i innych dziecięcych rzeczy ma kojący wpływ na mój kręgosłup i puchnące stopy. Po dwóch godzinach ląduję w łóżku napawając się tą absolutną ciszą, której rano nie mogłam wyłapać, bo zagłuszały ją krzyki dzieci. Trzymając nogi w górze kontempluję pojawiający się znowu delikatny zarys kostek, które jednak jeszcze posiadam. Po godzinie leżenia wpadam w panikę, bo przecież nic dzisiaj nie zrobiłam, a rodzę za 4 tygodnie. Brak spakowanej torby do szpitala to pikuś w porównaniu do tego, że nie mam wózka, pieluch, wypranych ubrań i przewijaka. Szczęście, że w sypialni pojawiła się już kołyska, przynajmniej dziecko będzie miało gdzie leżeć. Wstaję, nastawiam pranie numer 37 i jadę kupić coś z długiej listy rzeczy potrzebnych w celu uzyskania świętego spokoju.

Ni stąd ni zowąd robi się 16, więc trzeba powoli zacząć zgarniać dzieci ze żłobka i przedszkola. W międzyczasie obmyślamy plan na popołudnie. Dokonując wyboru między wyjściem na plac zabaw, na rowery lub na basen zaczynam się zastanawiać ile kilometrów będę mogła pokonać zanim zniknął mi kostki, albo pęknie kręgosłup. Okazuje się, że wystarczy do wczesnego wieczoru :) Wracamy do domu – ja ledwo żywa szukam najkrótszej drogi do kanapy lub krzesła, Michał ogarnia dzieci – najedzone i wykąpane przez mniej więcej pół godziny awanturują się o to, że spać nie pójdą, bo jeszcze jest wcześnie, a one znowu nie mogą o niczym decydować. Ja w tym czasie zajmuję się blogiem. Jedyny czas, kiedy tak naprawdę mogę w 100% skupić się nad klawiaturą – fizycznie jestem już tak zmęczona, że nie targają mną żadne wyrzuty sumienia, w mojej głowie nawet na chwilę nie pojawia się myśl w stylu: “może coś wypiorę, ułożę, skręcę, kupię, coś zrobię”.

Dzieci zasnęły! W końcu następuje ten długo oczekiwany moment :D Możemy obejrzeć kolejne odcinki “Gry o Tron” (tak, oglądamy to jako ostatni Europejczycy) – w zupełnej ciszy, dokładnie tak, jak to było, zanim w naszym życiu pojawiły się dzieci. Jest jak na randce, z tą jedyną różnicą, że trzeba nasłuchiwać czy z pokoju dzieci nie dochodzą nas jakieś wołania :) Oczywiście marzy nam się, żeby tak jak za dawnych lat obejrzeć cały sezon jednym ciągiem, ale następnego dnia pobudka znowu będzie dużo wcześniej niż powinna, więc koło północy grzecznie wędrujemy do sypialni. I znowu ta rzadko słyszana cisza, której wkrótce w tym pokoju zabraknie. Wsłuchuję się w nią przez kolejną godzinę, bo i tak nie mogę zasnąć – nie ma już żadnej pozycji, która mi odpowiada. Już za 4 tygodnie, znowu będę mogła wygodnie położyć się na brzuchu, ale z całą pewnością będę mogła zapomnieć o błogiej ciszy :)

Za ciążą na pewno jeszcze zatęsknie, bo nic bardziej niesamowitego niż ruszający się w moim brzuchu człowiek mnie nie spotkało. I w sumie trochę mi smutno, że tak szybko zleciało ostatnie 8 miesięcy. Tym bardziej cieszy mnie fantastyczna pamiątka, którą postanowiła mi sprezentować IKEA. Moja pierwsza w życiu ciążowa sesja zrobiona została na okładkę nowego katalogu – tego, na który czeka pół Polski obgryzając paznokcie co roku przez cały sierpień. Mam swój katalog z moją buzią i moim brzuchem (a właściwie jego połową) na okładce. I ten mój katalog leży właśnie na poprzednich pięciu katalogach, których nie ośmielam się wyrzucić pomimo przeprowadzek, remontów i życiowych zmian :) Normalnie magia :)

photo 1 (3)-001

Bardzo się cieszę, że nie tylko ja jestem wybrańcem. Może być nim każdy, bo IKEA doszła do wniosku, że każdy Polak ma prawo do katalogu ze swoją twarzą na okładce. W końcu ciężko znaleźć takie mieszkanie czy dom, w którym chociaż jedna rzecz nie została kupiona w IKEA. Jeśli wy też chcecie dostać taki spersonalizowany katalog, który przez kolejne 10 lat będziecie trzymać na honorowym miejscu, to wystarczy odwiedzić mobilne studio IKEA, dać sobie zrobić ładne zdjęcie i dostać w zamian swój niepowtarzalny egzemplarz :) Gorąco zachęcam!

photo 2 (1)-001

Poniżej plan podróży mobilnego studia IKEA:

IKEA_roadshow

Oraz kilka zdjęć z sesji:

IMG_9366

IMG_9382

Wpis powstał przy współpracy z IKEA

Tagi:

Zobacz
więcej

Pierwsza podróż z niemowlakiem — mój niezbędnik

Pierwsza podróż z niemowlakiem — mój niezbędnik

Ręka do góry, kto z rodziców zastanawiał się nad tym, kiedy jest dobry moment na pierwszą podróż z niemowlakiem? Czy na pierwsze wakacje można zabrać ze sobą dwumiesięczne niemowlę, czy lepiej poczekać, aż nieco podrośnie?