5 najbardziej irytujących zachowań rodziców

Zawsze stawałam w obronie rodziców, bo uważam, że podejmując się wyzwania, jakim jest wychowanie kolejnego pokolenia ludzi, wykonują oni niezwykle ciężką i odpowiedzialną pracę. Zawsze oburzało mnie, kiedy w mediach prowadzono kampanie wytykające ich bezmyślność, głupotę i roszczeniowość. A było tak między innymi po słynnym felietonie profesora Mikołejko na temat „wózkowych”. Niestety zbliżająca się przeprowadzka i konieczność urządzenia naszego nowego lokum zmusza mnie do częstego pojawiania się w świątyniach konsumpcjonizmu i ku mojemu przerażeniu odkrywam, że „wózkowi” (zarówno matki, jak i ojcowie) naprawdę istnieją. Są to ludzie bardziej roszczeniowi niż uczniowie prywatnego liceum, którym na czas lekcji odcinają w szkole darmowe wifi.

Ostatni tydzień codziennych wizyt w sklepach z meblami, wyposażeniem wnętrz i innymi niezbędnymi domowymi przedmiotami dostarczył mi niesamowitych możliwości obserwowania irytujących zachowań niektórych rodziców. Tych absolutnie najgorszych, które wywołują u mnie chęć podejścia do delikwenta i wyrwania mu głowy jest równe pięć :)

„Mi się należy, bo jestem rodzicem”

Miejsca parkingowe dla rodzin z małymi dziećmi i uprzywilejowane kasy przewróciły niektórym rodzicom w głowach. Zaczęło im się wydawać, że oprócz parkowania blisko wejścia i skrócenia czasu stania w kolejce mają oni też prawo do wpychania się przed innych uprzywilejowanych. Najzabawniejsza historia, której byłam świadkiem w kolejce do kasy to ta, kiedy mąż ciężarnej pani naskoczył na starszego pana, który nie chciał go wpuścić przed siebie. Przyszły Pan Tata zamiast zapytać się, czy Pan Starszy jest może uprzywilejowany, po prostu postanowił się przed niego wepchnąć, a kiedy żona Pana Starszego wyraziła oburzenie, to Przyszły Pan Tata zrobił awanturę na pół sklepu. Oczywiście okazało się, że Pan Starszy jest inwalidą i całkiem słusznie nikogo przed siebie nie wpuszcza. Warto byłoby pamiętać, że wszyscy uprzywilejowani są równi i nie licytujemy się na wielkość brzucha, ilość dzieci czy grupę inwalidzką. Jeśli ciężarna żona słabo się czuje i nie ma sił na stanie w kolejce to troskliwy Przyszły Pan Tata zamiast się awanturować powinien posadzić żoną na ławce a w kolejce czekać sam. Co więcej jestem pewna, że gdyby Przyszły Pan Tata nie postanowił zaczynać dialogu od roszczeń, to cała sytuacja mogłaby się skończyć bardzo przyjemnie. Mnie czasami bojowa atmosfera w kasach dla uprzywilejowanych odpycha na tyle, że staje w kolejce normalnej, bo wiem, że tam nikt na mnie nie naskoczy jeśli będę grzecznie stała. W kolejce dla uprzywilejowanych nigdy nie mam takiej pewności.

„Macie się zająć moim dzieckiem, bo podobno jesteście sklepem przyjaznym rodzicom”

Coraz częściej duże sklepy otwierają specjalne sale zabaw dla dzieci, żeby rodzice tych dzieci mogli w sklepie spędzić dużo czasu i wydać dużo pieniędzy. Niestety w tych salach są określone wymagania, które trzeba spełniać żeby móc zostawić w nich swoją pociechę. Roszczeniowi rodzice zasad nie lubią, bo przecież im się wszystko bezwzględnie należy. Pretensje do osób obsługujących salę mają zarówno rodzice dzieci, które są za małe żeby mogły na salę wejść, jak i Ci, którzy przychodzą tam z całkiem dużymi latoroślami. Niestety tacy rodzice nie posiadają zdolności patrzenia poza czubek własnego nosa i nie do końca rozumieją, że zasady nie zostały stworzone im na złość, tylko po to żeby zapewnić jak najlepszą opiekę i bezpieczeństwo wszystkim dzieciom. Nikt nie weźmie na salę w sklepie rocznego dziecka, które nie mówi, nie bawi się z rówieśnikami i łazi w pieluszce. Takie dziecko wymaga zupełnie innej opieki niż trzylatek czy siedmiolatek, dla których sala została stworzona. Niektórych dziwi to, że nie mogą w sali zostawić swojego dwunastoletniego malutkiego synka. Może jest po prostu za duży i za ciężki, żeby bezpiecznie bawić się w jednym pomieszczeniu z trzylatkami??? Roszczeniowi rodzice często zapominają, że dzieci są ich i to obowiązkiem rodziców jest zapewnienie im opieki. A sklep, jeśli ma taką ochotę, to może im w tym ewentualnie pomóc.

„Obrany przez nas model wychowawczy zakłada dużą swobodę dziecka”

Dzieci biegające po restauracji, zaglądające innym w talerze i wpadające na obsługę i gości to kolejny kataklizm. Jestem absolutną zwolenniczką zabierania dzieci w różne „dorosłe” miejsca, bo dzięki temu dzieci mają szansę nauczyć się jak zachowywać się w miejscach publicznych. Jest tylko jeden warunek, trzeba dzieciom powiedzieć jak się mają w tym miejscu zachować i wymagać od nich przestrzegania zasad. Nie chodzi o to, żeby siedziały bez ruchu na krześle przez dwie godziny, bo nawet siedmiolatkom sprawia to problem, ale jeśli pozwalamy dzieciom poruszać się po restauracji to upewnijmy się, że robią to w sposób bezpieczny dla siebie i innych i przy okazji nie przeszkadzają innym gościom. Warto im wspomnieć, że zaglądanie w talerze innych ludzi jest niekulturalne. Rodzice powinni pamiętać, że obarczanie kelnerów obowiązkiem dbania o bezpieczeństwo dziecka daleko wykracza poza pracę obsługi. Jeśli chcemy się wybrać do restauracji, ale nie mamy ochoty zajmować się naszym dzieckiem to najlepiej zamówić coś z dostawą do domu. Wszyscy (łącznie z dziećmi) będą szczęśliwsi.

„Moje dziecko musi się zachowywać skandalicznie, gdyż jest to pewien etap w jego rozwoju”

Bunt, który zaczyna się w wieku dwóch lat a kończy wraz z opuszczeniem przez dziecko rodzinnego gniazda bywa fantastycznym wytłumaczeniem dla złego zachowania dziecka. Owszem są takie etapy w rozwoju, kiedy dziecku nie da się nic przetłumaczyć i najlepszym rozwiązaniem jest przeczekać atak histerii, ale nie skazujmy na ten atak niewinnych ludzi. Dziecko się drze jakby obdzierano je ze skóry, a rodzice są w trakcie zakupów albo obiadu? Nic prostszego, wyciągamy małego histeryka poza przepełniony ludźmi obiekt i czekamy na koniec płaczu. Po kilku minutach wracamy do przerwanej czynności. Naprawdę nikt poza rodzicami nie musi tego słuchać, no chyba, że akurat jesteśmy w trakcie dziewięciogodzinnego lotu, wtedy wszyscy są skazani na łaskę panicza. W takich sytuacjach ratujemy się tabletem, telefonem, lizakiem. Czymkolwiek, co odwróci uwagę naszego dziecka od histerii :)

„Moje dziecko nie radzi sobie w miejscu publicznym, a ja nie radzę sobie z moim dzieckiem”

Najbardziej przykra sytuacja, której byliśmy świadkiem. Rodzina z małym chłopcem, późna pora, restauracja. Ewidentnie zmęczone dziecko, które na pewno nie ma ochoty na siedzenie w Ikei i spożywanie kolacji. W związku z tym płacze, że nie chce jeść i płacze, że płacze. Rodzice, którzy są mega głodni, ale nie są w stanie jeść, bo histeria dziecka doprowadza ich na skraj wytrzymałości. Brak możliwości zapanowania nad emocjami prowadzi do obrażania dziecka, szturchania go i straszenia. Dziecko, które ma nie więcej niż 3 lata nic nie rozumie i zaczyna wpadać w jeszcze większą histerię. Świadkowie tej sytuacji robią oczy jak 5 złotych i bez skrępowania patrzą się z niesmakiem na tę trójkę, która zaraz wybuchnie. Siedzimy najbliżej i nie wiemy jak zareagować, bo zwrócenie im uwagi mogłoby się źle dla tego dziecka skończyć (nigdy nie wiadomo, czy nie dostanie lania, jak tylko dojadą do domu). Postanawiamy świecić przykładem i głośno chwalimy nasze marudzące dzieci, jakie to one są dzielne, że mimo zmęczenia tak dzielnie siedzą i, że zaraz idziemy do domu i pójdziemy wszyscy spać. Nie robimy tego po to, żeby pokazać, jacy jesteśmy wspaniali, ale po to, żeby zwrócić uwagę na to, że dla ich dziecka jest być może zbyt późno na tysiące sklepowych bodźców. Po naszych teatralnie głośnych monologach matka chłopca się orientuje, że coś jest nie tak, bierze małego na kolana i zaczyna się z nim bawić. Tatuś w tym czasie je, cukier dochodzi do mózgu i przejmuje dziecko, żeby mama mogła zjeść. Chłopiec uspokaja się w 15 sekund, przytula się do taty i zasypia. To nie byli patologiczni rodzice, tylko normalni dorośli ludzie, którzy nie zawsze potrafią nad sobą panować. Nie pamiętali tylko o tym, że ich syn jest małym chłopcem, który wieczorem jest zmęczony i że wyjście do sklepu to dla małego dziecka niekończąca się ilość nowych wrażeń, których zmęczona głowa nie jest w stanie przyjąć. Dziecko nie było niegrzeczne i złośliwe, było po prostu dzieckiem, które nie jest w stanie powiedzieć „wiesz, co mamo, jedźcie beze mnie, ja się położę”. To nie jest tak, że bycie rodzicem polega na tym samym, co bycie singlem, tylko że teraz wszędzie zabieramy ze sobą dziecko. Dziecko nas ogranicza, oczywiście nie całkowicie, ale mimo wszystko to rodzice mają dostosować swój styl życia do możliwości dziecka, a nie na odwrót. Nie zabieramy dziecka do klubu, restauracji, sklepu, parku, kina czy teatru, jeśli nasze dziecko nie jest na to gotowe. Trzeba pogodzić się z tym, że czasy egocentryzmu minęły i na pierwszym miejscu przez kilka następnych lat będą potrzeby dzieci, a nie nasze.

Podejrzewam, że do tej krótkiej listy nauczyciele, którzy mają dość duży kontakt z rodzicami mogliby dopisać jeszcze kilkanaście kolejnych zachowań, które doprowadzają ich do kresu wytrzymałości. Nie wykluczam też, że mi samej zdarzało się być irytującym rodzicem, ale ja mam tę przewagę, że po ostatnio poczynionych obserwacjach mam świadomość, co jest irytujące ;)