Moje pierwsze kroki w chustowaniu

Gdybym miała określić moją relację z chustami, to nazwałabym ją skomplikowaną. Nigdy nie odrzucałam chust jako takich, podczas kolek Franka próbowałam go motać w chustę elastyczną, ale kto kiedykolwiek miał w domu dziecko z kolkami wie, że zrobienie przy nim czegokolwiek, kiedy ono się drze wniebogłosy jest trudne. Więc i to chustowanie było trudne. Nie miałam możliwości spotkania się z kimkolwiek kto się na tym zna i mógłby mi pomóc (w Genewie ciężko było znaleźć doradcę chustowego, który mówi w tych językach co ja :)). Wiązanie chusty było czasochłonne i mocno nadwyrężało moją cierpliwość, z ulgą pożegnałam więc chustę razem z kolkami Franka. Z kolei Lila była niemowlakiem idealnym, nie domagała się noszenia w dużych ilościach, dużo bardziej podobało jej się leżenie i obserwowanie okolicy, nie płakała, raczej cicho kwiliła kiedy czegoś potrzebowała – przy niej tak naprawdę zakochałam się w nosidłach ergonomicznych, ale zaczęliśmy ich używać kiedy Lila była już prawie rocznym dzieckiem. Hela jest gdzieś pomiędzy Lilą i Frankiem – jest wymagająca, trzeba ją nosić, przytulać, otulać i musi szumieć. Pewnie z racji tego, że to jest trzecie (a nie pierwsze dziecko), to podchodzę do jej wymagań z dużym spokojem. Ale noszenie dziecka na rękach przez pół dnia każdego może zmęczyć – fizycznie i psychicznie.

Marta – doradczyni noszenia zaproponowała mi konsultacje jeszcze zanim Hela się urodziła i wtedy podchodziłam do tego pomysłu sceptycznie – w końcu nie miałam pojęcia jaka będzie Hela i ciągle pamiętałam nasze chustowanie z Frankiem. Ale jako gadżeciara dłużej nie mogłam ignorować chust, koleżanki chustomaniaczki od dawna mówiły mi o tym, jak bardzo gadżeciarskie jest chustowanie :) Im więcej i dłużej musiałam nosić Helę, tym bardziej czekałam na spotkanie z Martą. To już nie była tylko chęć sprawdzenia o co chodzi z tymi chustami, ale poszukiwanie alternatywy dla nosidła i rąk.

Po 2 godzinach nauki pod okiem Marty mogę powiedzieć jedno – kto nigdy nie zawiązał dobrze chusty, ten nie zrozumie czym one się różnią od nosidła. To są zupełnie inne bajki – tylko funkcja jest ta sama. W chuście dziecko ma dużo stabilniejszą pozycję i jest zdecydowanie ciaśniej zawiązane, miałam wrażenie, że dziecko znowu stanowi integralną część mnie. :) Oczywiście nosidła są dużo łatwiejsze w obsłudze – dlatego póki co nie wyobrażam sobie wiązania chusty, po to żeby ponosić Helę przez 5 minut, bo więcej czasu zajmuje mi naciąganie chusty. Ale początki zawsze są trudne :)

Moim zdaniem przy nauce motania bardzo ważne jest to, żebyśmy robili to pod okiem specjalisty. Możemy przeczytać instrukcje, podglądać koleżanki czy obejrzeć milion filmów na YouTube, ale jeśli nie mamy żadnego doświadczenia z chustami, to nie naciągniemy dobrze chusty – po prostu będzie nam się wydawało, że chusta jest już za ciasno naciągnięta, zanim tak naprawdę zaczniemy ją naciągać :) Dla mnie naciąganie było naprawdę trudne, bo miałam wrażenie, że Hela na 100% się udusi, albo złamie sobie nos ;) Gdyby nie Marta, to Hela pewnie by sobie luźno dyndała w chuście :)

Poza tym warto poćwiczyć na specjalnej lalce – jest odpowiednio ciężka i duża, ale upuszczenie jej na ziemię nie wiąże się z żadnymi konsekwencjami. No i co najważniejsze – nie zamęczymy naszego dziecka – ciągłe wiązanie i odwiązywanie może być dla nas świetną rozrywką, ale dla dziecka już nie, zacznie się denerwować, płakać a kto wie, może tak będzie miało nas dość, że nie da się więcej wsadzić w chustę :)

Specjalista będzie też w stanie dobrać odpowiednie wiązanie do wieku i etapu rozwoju dziecka. Ja się na tym nie znam – to znaczy słyszałam coś o kangurku, kieszonce i plecaku, ale to tyle. Dobry doradca wie nie tylko jak wiązać, ale co będzie dla nas i dziecka najwygodniejsze i najzdrowsze.

Ale przy takich konsultacjach trzeba się uzbroić w cierpliwość – jeśli myślicie, że 2 godziny wystarczą na nauczenie się więcej niż jednego wiązania, to znaczy, że uczycie się znacznie szybciej niż ja :) No i jedne konsultacje nie wystarczą do tego, żeby zdobyć wprawę w motaniu. Ja na razie opanowałam technikę jednego wiązania, a teraz przede mną cały tydzień ćwiczeń.

Na razie porzucam więc nosidło i ćwiczę z chustą. Wszystkie zagorzałe chustomaniaczki (i chustomaniacy!) mogą teraz wpisać w komentarzu “Hura! W końcu dała się namówić!”. Natomiast Ci z was, którzy o chustach dopiero myślą powinni się rozejrzeć za jakimś dobrym doradcą, który może się z wami spotkać i was przeszkolić. Ja ze swojej strony polecam Martę z zamotani.pl, która podjęła się konsultacji ze mną – pomimo że już na początku zastrzegłam, że kocham Tulę, a z chustami mam trudną historię. Marta oprócz tego, że jest Doradcą Noszenia ClauWi® (to jedna z kilku szkół noszenia) i pasjonatką chustonoszenia, jest też bardzo dobrą nauczycielką :)

Tak właśnie wygląda Marta (ta obok, w chuście, to ja!)