Jak przygotować kilkulatka do pojawienia się rodzeństwa?

Każdy kto właśnie spodziewa się drugiego dziecka zastanawia się jak na pojawienie się rodzeństwa zareaguje pierworodny. Nie da się ukryć, że opcje są dwie – pozytywna i negatywna reakcja. Ku naszej radości pojawienie się na świecie Lili było dla Franka niezwykle miłym przeżyciem, co więcej z perspektywy niecałych 3 lat muszę przyznać, że mamy kochające się dzieci, które bardzo o siebie dbają. W zasadzie nigdy nie zauważyłam poważnych oznak zazdrości między nimi, chociaż oczywiście potrafią się kłócić, a w złości nawet zacząć się okładać rękami. Teraz kiedy na świecie ma się pojawić kolejne dziecko zaczęłam przypominać sobie jak przygotowaliśmy Franka do pojawienia się Lili i stosujemy dokładnie tę samą metody. Nie wiem czy sprawdzą się one wszędzie i zawsze, nie wiem czy będą skuteczna tym razem, ale ponieważ u nas świetnie zadziałały to postanowiłam się nimi podzielić.

Jak powiedzieliśmy dzieciom o tym, że nasza rodzina będzie większa?

Dzieci nie biorą się z kapusty, ani nie przynosi ich bocian. To jest chyba najważniejsza lekcja, której musieliśmy udzielić Frankowi, kiedy dowiedzieliśmy się, że nasza rodzina się powiększy. Ale cały czas mieliśmy w głowie, że nasz “starszak” to ciągle małe dziecko, dlatego nie chcieliśmy dzielić się z nim informacją o ciąży zaraz po zobaczeniu dwóch kresek na teście ciążowym. Wiadomo, że początek ciąży wygląda różnie i różnie się kończy, dlatego my za każdym razem przekazywaliśmy dzieciom informację o mającym się pojawić rodzeństwie dopiero po I trymestrze, kiedy szansa na to, że ciąża skończy się pozytywnie była już duża. Dla kilkulatka ciąża jest pojęciem bardzo abstrakcyjnym, tym bardziej poronienie, poza tym obciążanie dziecka takim ciężarem jak utrata rodzeństwa jest przesadą.

Po tym, kiedy dzieci wiedziały już, że będą miały rodzeństwo trzeba im było wytłumaczyć, że wszystko będzie się działo w brzuchu mamy – po pierwsze był to jakiś fizyczny punkt zaczepienia, a po drugie od razu zwróciliśmy uwagę na to, że mamę należy teraz traktować nieco delikatniej. Był to też moment, w którym Franek chciał się dowiedzieć, dlaczego dzidziuś jest w brzuchu mamy, czy mama go połknęła i dlaczego to zrobiła? Czterolatek był już tym tematem bardzo mocno zainteresowany, więc opowiedzieliśmy mu historię o tym, że tata wkłada mamie do brzucha nasionko i z tego nasionka rośnie dziecko. Warto podkreślić rolę taty w dziele tworzenia, szczególnie jeśli pyta się o nią syn :)

Im bardziej widoczna ciąża tym łatwiej jest mówić o dziecku, bo staje się ono bytem bardziej realnym. A jak już ruchy są wyczuwalne i przede wszystkim widoczne, to nawet dwulatek zaczyna rozumieć, że faktycznie w brzuchu mamy coś żyje, rusza się a czasami śpi :)

Jak pokazywaliśmy dzieciom co to znaczy małe dziecko i rodzeństwo?

Żeby nasze starszaki nie myślały, że posiadanie rodzeństwa oznacza jedynie posiadanie mamy z wielkim brzuchem pokazywaliśmy im dużo malutkich dzieci. Patrząc na jakiekolwiek kilkumiesięczne dziecko mówiliśmy, że już niedługo z brzucha mamy wyjdzie taka dzidzia, że tak właśnie wygląda siostrzyczka, która teraz jest w brzuchu mamy. Jeśli tylko nadarzyła się okazja żeby z takim maluchem poprzebywać dłużej to chętnie z tego korzystaliśmy – mogliśmy wtedy pokazać, że takim dzidziusiem trzeba się zajmować, że trzeba je przewijać, karmić i usypiać, i że ono czasami płacze.

Jak dzieci nawiązywały więzi z uwięzionym w brzuchu rodzeństwem?

Kiedy ciąża była już widoczna to staraliśmy się zachęcać dzieci do interakcji z brzuchem – można go głaskać, przytulać się, całować i z nim rozmawiać. Lila uwielbia się pytać, czy siostrzyczka śpi, czy się rusza. No a kiedy ruchy dziecka są widoczne i dziecko reaguje na bodźce z zewnątrz to można zacząć nawiązywać z nim kontakt, poprzez pukanie do brzucha. Najwięcej radości jest wtedy, kiedy dziecko wyraźnymi kopniakami odpowiada na głaskanie czy stukanie :)

Jak wspólnie przygotowywaliśmy się do narodzin?

Gdy zbliżał się termin narodzin Lili to zaczęliśmy Frankowi opowiadać co się będzie działo z mamą, że kiedy Lila będzie chciała wyjść z brzucha, to mama i tata będą musieli pojechać do szpitala, a Franek będzie musiał zostać z babcią. Mówiliśmy o tym bardzo często, bo nie chcieliśmy żeby to co się działo tuż przed porodem było zaskoczeniem. Poza tym nigdy nie wiadomo czy wyjazd do szpitala nie będzie nerwowy, w pośpiechu i do tego w środku nocy, kiedy obudzone nagle dziecko będzie zestresowane sytuacją. Franek wiedział, że mamy nie będzie przez kilka dni, ale kiedy wróci do szpitala, to przywiezie ze sobą Lilę.

Jak wyglądał powrót ze szpitala do domu?

To był chyba najbardziej emocjonujący moment dla nas wszystkich. Ja już zdążyłam się oswoić z faktem posiadania dwójki dzieci, bo w szpitalu spędziłam 5 dni, ale Franek widział siostrę tylko na zdjęciu. Zadbaliśmy o to, żeby Lila “przywiozła” bratu powitalny prezent. Chcieliśmy żeby to było coś dużego i coś co Franek bardzo chciał mieć. Po wejściu do domu wręczyliśmy prezent i pozwoliliśmy, żeby straszy brat był obecny przy każdej czynności wykonywanej przy Lili – pomagał ją rozebrać i włożyć do kołyski. Pozwoliliśmy im się przyglądać sobie tak długo jak chcieli, no i musieliśmy odpowiadać na tysiąc pytań Franka na temat nowego mieszkańca naszego domu.

Jak dzieci się ze sobą oswajały?

Bardzo trudny etap to pierwsze kilka tygodni, kiedy Franek był bardzo zainteresowany pomaganiem przy Lili – chciał ją przebierać i nosić na rękach. Postanowiliśmy, że pozwolimy mu na uczestnictwo w opiece nad siostrą w najszerszym możliwym zakresie. Jeśli chciał wziąć ją na ręce, to sadzałam go na kanapie i kładłam Lilę na jego kolanach. Oczywiście sto razy ugryzłam się w język kiedy widziałam, że on ją próbuje przytulić albo pogłaskać – bo przecież robił to za mocno, albo nie tak. Interweniowałam tylko wtedy, kiedy Lila reagowała płaczem. Nie chciałam przez moje zrzędzenie zniechęcać go do siostry. Uważam, że lepiej jeśli raz przytuli ją trochę za mocno, niż żeby w ogóle stracił nią zainteresowanie. Poza tym “angażowanie” Franka w zajmowanie się Lilą było dla mnie szansą na wykształcenie we Franku chęci pomagania innym, no i umówmy się, zawsze miałam pomocnika do wyrzucenia pieluchy lub przyniesienia zasypki.

Nigdy też nie używałam argumentu, że nie mogę z nim czegoś zrobić, bo muszę zająć się Lilą. Jeśli faktycznie było to coś bardzo pilnego w stylu drącego się z głodu niemowlaka, to tłumaczyłam Frankowi, że w takich warunkach nie będziemy się mogli razem dobrze bawić, więc dużo lepiej jest najpierw Lilę nakarmić, bo potem będziemy mieli spokojniejszy czas dla siebie. Oczywiście trzeba też umieć zachować równowagę – jeśli padałam z nóg, bo pół nocy nie spałam, to starałam się mimo wszystko najpierw zaspokoić moje podstawowe potrzeby życiowe, a później całą resztę. Na szczęście z tym nie było bardzo trudno, bo zanim się urodziła Lila wysłaliśmy Franka do Klubu Malucha, właśnie po to, żeby nie mieć w domu noworodka i dwulatka 24 godziny na dobę.

A potem już z górki… ;)

Po pierwszych kilku tygodniach zaczęła się już ciężka codzienna praca, bo oprócz uczenia Franka bycia bratem musieliśmy zacząć uczyć Lilę bycia siostrą. Ale jestem pewna, że dzięki tym początkowym bardzo pozytywnym doświadczeniom mamy dwójkę kochających się dzieci. I bardzo liczę na to, że pojawienie się kolejnej siostry w ich życiu też skończy się dobrze.