Jak sprytnie spakować rodzinę na wyjazd – moich pięć sprawdzonych sposobów

Przyznaję bez bicia, że gdyby jakieś biuro podróży oferowało wyjazdy wakacyjne razem z usługą pakowania, to bez wahania zostałbym ich stałą klientką. Albowiem w podróżowaniu najbardziej nie lubię pakowania! Jak tylko na horyzoncie pojawia się opcja rodzinnego wyjazdu, to nie jestem w stanie zapanować nad swoją głową i pierwsza myśl, którą generuje mój mózg, brzmi: „O matko, znowu pakowanie. Oby ten wyjazd był tego wart!”. Być może jest to spowodowane faktem, że jest nas w domu dużo i najczęściej pakuję nie tylko własną walizkę, ale cały nasz majdan, który następnie własnoręcznie wciskam do samochodu, bo jestem znacznie lepsza od Michała w tego bagażowego Tetrisa.

Na szczęście moje doświadczenie w psioczeniu na pakowanie przynosi owoce i z roku na rok jestem w tym coraz lepsza. Prawdopodobnie za kilka lat odkryję, że receptą na moje przedwakacyjne lęki i jęki będzie samodzielne pakowanie się każdego członka rodziny, ale na to muszę jeszcze chwilę poczekać, bo na razie, na hasło „Pakujemy się!”, Hela wchodzi do walizki, co oznacza mniej więcej tyle, że mam godzinę z głowy.

Gdybyście byli zainteresowani, jak pakuję siebie i dzieciaki, równocześnie płacząc, że znowu gdzieś jedziemy i jak optymalizuję to doniosłe logistyczne wydarzenie, to proszę bardzo, służę pomocą. Dla wzrokowców mam film, a tych, którzy lubią delektować się mym słowem pisanym, zapraszam niżej, bo jest też TEKST!

Bez czego nie wyjeżdżam?

Najpiękniejszy moment rodzinnej podróży samochodem to chwila, w której wszystkie bagaże są zapakowane do samochodu, wszystko mieści się pod roletą w bagażniku, a ja mam przed sobą kilka godzin, w trakcie których nie muszę się w ogóle zastanawiać nad tym, co i gdzie schowałam. Bo potem, jak dojeżdżamy na miejsce, to zazwyczaj zaczyna się gra pamięciowa pod tytułem: „A gdzie jest…?”. Szczerze tego nie znoszę, bo w tej grze wszystkie pytania kierowane są do mnie, a na odpowiedź mam zazwyczaj kilka sekund, bo potem dostaję następne pytanie.

Dlatego prawie rok temu opatentowałam absolutnie genialny pomysł i opracowała wyjazdową TORBĘ PODRĘCZNĄ, która wbrew nazwie nie znajduje się w moim ręku, ale w bagażniku razem z całym majdanem. Cały sekret tkwi w tym, że w tej torbie znajduje się wszystko to, co jest niezbędne pierwszego wieczoru i nocy na takim wyjeździe. Są tam kosmetyczki, piżamy, a nawet komplet ubrań na następny dzień dla całej rodziny. Dzięki temu tuż po przyjeździe na miejsce kończę grę „A gdzie jest…?” wręczając pozostałym graczom torbę! Można wtedy dość szybko ogarnąć dzieciaki i siebie, położyć dzieci spać, a rozpakowywaniem reszty rzeczy zająć się nawet następnego dnia!

jak spakować rodzinę
Moja ulubiona torba podręczna <3

Jest to naprawdę bardzo wygodne i korzystamy z tego również podczas takich wyjazdów, gdy często zmieniamy miejsce noclegu. Bagażnik zawalony jest naszymi rzeczami, ale ze sobą do hotelu zabieramy w tej podręcznej torbie tylko to, co będzie nam potrzebne przez najbliższą dobę. No geniusz ze mnie i tyle!

Kolejne wyjazdowe ułatwienie logistyczne odkryłam zupełnie przez przypadek w Szanghaju. Otóż pojechaliśmy tam na targi w październiku, wzięłam ze sobą jak zwykle mój piękny, duży portfel z DesIguala, który nosił moje dokumenty, karty, pieniądze, paragony, śmieci i stare wizytówki, czyli generalnie wszystko, co jest niezbędne i co sprawia, że duży portfel wygląda na jeszcze większy. No ale już podczas drugiego dnia chodzenia po ogromnych targach i jeszcze większym mieście, doszłam do wniosku, że ten portfel jest jednak trochę za duży i bez sensu, że go noszę, bo to niewygodne. Wyjęłam więc z niego mój paszport i dwie karty, a portfel z całą resztą dokumentów, kart i śmieci schowałam do szuflady w pokoju hotelowym. Jakież było moje zaskoczenie, gdy już na lotnisku w drodze powrotnej odkryłam, że portfel został w tej szufladzie. Spędził w Chinach w sumie ponad trzy miesiące i już wkrótce trafi znowu w moje ręce, dzięki dobrym ludziom :)

Ja w międzyczasie nauczyłam się korzystać z portfela w wersji mini — pod choinkę dostałam takie cudne maleństwo, z przegródkami na 3 karty lub dokumenty i malutką kieszonkę na gotówkę. I powiem szczerze, że jestem zachwycona tą odmianą! Wiem, że w dniu, w którym mój wielki i piękny portfel trafi w końcu w moje ręce, to schowam go na dnie szuflady, bo okazuje się, że taki PORTFEL W WERSJI MINI jest sto razy bardziej praktyczny. Trzymam w nim dowód osobisty, prawo jazdy i jedną kartę, z której korzystam najczęściej, a on mieści się w każdej kieszeni, więc mogę go mieć zawsze przy sobie — nawet gdy jestem na przykład na nartach, albo na wycieczce w górach, gdzie jak wiadomo, nie będę ze sobą ciągnąć wielkiego portfeliszcza.

jak spakować rodzinę
Mam portfel mniejszy od telefonu i telefon, który jest drugim portfelem :) Wszystko mieści się w najmniejszej torebce!

Niedawno dałam się też Michałowi przekonać do korzystania z portfela elektronicznego i noszenia kart zamiast przy sobie, to w telefonie. To jest jeszcze wygodniejsze, bo jak idę do osiedlowego sklepu, to w ogóle nie biorę portfela, tylko płacę telefonem przy pomocy aplikacji Android Pay! Oczywiście to jest aplikacja, która działa tylko na Androidzie i nie jest kompatybilna ze wszystkimi bankami, ale jeśli macie tak jak my konto w BGŻ BNP Paribas to naprawdę bardzo polecam takie płatności. Przy pomocy takiego elektronicznego portfela można płacić wszędzie tam, gdzie jest terminal zbliżeniowy. Trzeba się tylko liczyć z tym, że jak nam telefon się rozładuje, to portfel elektroniczny też nie zadziała.

Dzieci pakują się same! (no prawie)

Przyznam, że jestem okropną Zosią-Samosią, której ciężko jest dzielić się obowiązkami, gdyż jak wiadomo, wszystko, co robię sama, robię lepiej niż inni, szczególnie gdy „inni” mają od trzech do ośmiu lat! Równocześnie staram się być mądrym rodzicem i rozumiem, że wyręczanie dzieci w tym, co mogą robić same, odbije się na nich i na mnie w dalekiej przyszłości, gdy moja niedoszła synowa zorientuje się, że jej niedoszły mąż nie potrafi wyjechać na wakacje bez pomocnej mamusi, która najlepiej wie, co na wakacje trzeba zabrać. No i powiem wam, że ostatnio odkryłam, że sześciolatka i ośmiolatek potrafią spakować się sami, pod warunkiem, że dostaną dokładne wskazówki, jak należy to zrobić! W sumie mogą się pakować też bez wskazówek, ale to akurat oznacza, że będę musiała ich rozpakować i zapakować jeszcze raz.

Żeby nie stać nad ich głowami i nie wkurzać się tym, że pakują zupełnie nie to, co trzeba, przygotowuje specjalne LISTY POTRZEBNYCH RZECZY. To oczywiście wymaga nieco pracy ode mnie, bo zanim zaczniemy pakowanie, to muszę zastanowić się, co mają zabrać, a potem jeszcze to spisać, ale potem już żadnej roboty przy tym nie mam. Lila i Franek dostają listę opisowo-rysunkową, z której jasno wynika co i w jakiej liczbie należy spakować, potem odhaczają to, co już zostało spakowane i gotowe. Na naszej liście jest też specjalne miejsce, w którym podczas powrotu z wakacji można sobie zaznaczać czy na pewno wszystko zostało zabrane z powrotem. To jest pomysł godny Nobla i bardzo się cieszę, że w internecie roi się od takich przykładowych list, bo człowiek może albo ściągnąć listę od kogoś, albo zrobić swoją własną! Bardzo polecam takie angażowanie dzieci, bo można nagle odzyskać swoje życie i nieco radości z faktu, że gdzieś wyjeżdżamy. Ale od razu lojalnie ostrzegam, że takie angażowanie dzieci sprawdzi się tylko wtedy, kiedy macie czas, bo dzieci zazwyczaj pakują się dość długo i jednak należy choć trochę pilnować, czy na pewno spakowały to, co miały spakować.

jak spakować rodzinę
To pierwsza lista, z której korzystaliśmy i pierwowzór mojej własnej listy :)

Jeśli pakuję na wyjazd całe stado, to jasne jest, że o czymś zapomnę. Najczęściej zapominam o tym, co w ogóle nie jest mi potrzebne, czyli o książkach i zabawkach dzieci. Oczywiście potem cierpię, bo dzieci się nudzą, nie mają co robić i w ogóle „dlaczego nie spakowałaś moich kredek”! Aby zrzucić z siebie odpowiedzialność za brak kredek, a równocześnie sprawić by te kredki za każdym razem z nami jechały, przed wyjazdem daję dzieciom zadanie spakowania zabawek na wyjazd. Jak się domyślacie, nie daję im wolnej ręki, bo wtedy musielibyśmy zabrać wszystkie zabawki, jakie znajdą, daję im nieduże PLECAKI NA ZABAWKI. Takie, które będą w stanie nieść sami. Do plecaka można zabrać dokładnie tyle, ile się w plecaku zmieści, przynajmniej do czasu aż w sprzedaży pojawią się plecaki bez dna. Nie ingeruję w to, co biorą, ale mają tego sami pilnować. Ja nie wiem, co pakują do plecaka i w ogóle nie interesuje mnie, czy będą pamiętać, żeby zabrać to z powrotem. To jest ich zadanie!

Pranie ogarniam zanim wrócę z wakacji!

Powroty są dla mnie znacznie łatwiejsze niż wyjazdy. Jakoś rozpakowywanie jest mniej stresujące niż pakowanie, bo nawet jeśli zapomnę czegoś wypakować, to przecież po kilku miesiącach będę wiedziała, gdzie powinnam tego szukać. No ale, tak czy inaczej, mnie również irytują nierozpakowane walizki na środku salonu a każda myśl o tym, że po powrocie mam do zrobienia tonę prania przyprawia mnie o ból głowy. Żeby więc jakoś w miarę dobrze sobie z tym poradzić, mam dwa sprawdzone sposoby — po pierwsze butelka wina, po drugie segregowanie rzeczy, które pakuję do domu, tak by, jak najszybciej mogły trafić do pralki (albo chociaż do pralni). Dzięki temu wszystkie rzeczy, które trzeba wyprać, trafiają do jednej lub dwóch walizek i po wejściu do domu od razu trafiają w pobliże pralki. Oczywiście nie jest to gwarantem, że ja te rzeczy jakość szybko wypiorę, ale przynajmniej mam poczucie dobrego przygotowania do tego, by w nieodległej przyszłości rozpakować te walizy.

Tak czy inaczej, najgorszą częścią każdego wyjazdu jest pakowanie i naprawdę potrafię zrobić wszystko byle tego nie robić, albo przynajmniej nie robić tego teraz. Mogę na przykład napisać taki tekst, jak ten, bo przecież, zamiast pakować, lepiej jest o tym pisać, prawda? W każdym razie skończyła mi się ostatnia wymówka do niepakowania, jedziemy na narty, muszę iść pakować walizy…