Magazyn dla dzieci „Świerszczyk”

Tak się wczoraj podekscytowałam obecnością „Świerszczyka” w naszym biedasklepie osiedlowym, że odtrąbiłam na Facebooku jego wielki powrót po latach. Prawda jest jednak taka, że „Świerszczyk” wydawany jest nieprzerwanie od 1945 roku, tylko przez ostatnie 20 lat nie było mi dane go ujrzeć w żadnym kiosku, sklepie czy Empiku. Na szczęście nikt z moich złośliwych znajomych nie wpadł na pomysł wykorzystania mojej wielkiej pomyłki i publicznego obśmiania mojej nieznajomości rynku magazynów dla dzieci, za co ogromnie im dziękuje. Jedno jest pewne, jeśli „Świerszczyk” trafił do naszego sklepu na warszawskim Zaciszu, to znaczy, że wydawnictwo „Nowa Era” zatrudniła jakiegoś niezłego fachowca od dystrybucji. Albowiem od roku za sprawą syna pierworodnego jesteśmy stałymi konsumentami wszelkich „gazetek” dla dzieci, więc widziałam ich naprawdę sporo (większość z jakimiś tandetnymi plastikowymi zabawkami dodawanymi w gratisie), ale „Świerszczyka” widziałam wczoraj po raz pierwszy od jakiegoś 1993 roku, kiedy to kupowałam go w kiosku na rogu Górnickiego i Sienkiewicza w moim ukochanym Wrocławiu.

Skoro już wydałam całe 5,20 zł na zakup tego dwutygodnika (nr 1/2014) to nie omieszkam zrecenzować na blogu jego zawartość. Wydany jest pięknie, lepiej niż te numery z lat 90. i lepiej niż wszelkie tandetne gazetki dla dzieci, papier jest dość gruby, dzięki czemu magazyn ma szansę przeżyć dłużej niż 3 dni (bo tyle u nas zazwyczaj „żyją” gazetki na cieniutkim papierze).

Bardzo podoba mi się układ „Świerszczyka”, jest bardzo czytelny, każda strona to jeden komunikat (wiersz, opowiadanie, krzyżówka, komiks), co być może jest bardzo niedzisiejsze, ale z drugiej strony pozwala się dziecku skupić na tym, co czyta i co widzi.

 

Każdy numer „Świerszczyka” ma jeden główny temat i wszystkie czytanki, wiersze, zagadki czy nawet dowcipy są skupione wokół tego tematu. Na pewno pozwala to dziecku dowiedzieć się znacznie więcej o danym zagadnieniu, ale z drugiej strony może być nieco nużące dla dzieci, które żyją w bardzo dynamicznym świecie pełnym różnych, często zmieniających się komunikatów.

W „Świerszczyku” jest kilkanaście różnych rubryk, ale ja wymienię tylko te, które najbardziej mi się spodobały:

  • „Litery znam, więc czytam sam”, to krótkie opowiadania do samodzielnego czytania przez dzieci w trakcie nauki. Do pisania tych tekstów wykorzystuje się tylko 23 litery, a słowa, które zawierają trudniejsze litery, czy głoski takie, jak „sz” i „cz” zastąpione są przez obrazki.
  • „Z pamiętnika pewnego Świerszczyka”, to opowiadania o przygodach Bajetana Hopsa, które uczą jak być dobrym człowiekiem poprzez skupienie się na małych dziecięcych problemach, w stylu „powiedziałem coś niemiłego koledze i teraz może być mu przykro”.
  • „Wielkie czytanie” to czytanka dla zaawansowanych, czyli kilkustronicowe opowiadanie, na koniec którego jest krótki i prosty test z czytania ze zrozumieniem, czyli 3 proste pytania, na które odpowiada się prawda lub fałsz.
  • „Uśmiech numeru” to trening poczucia humoru. Dziecięce dowcipy, które z całą pewnością można powtórzyć w szkole, ale wy ich nie powtarzajcie swoim znajomym, bo raczej ich to nie rozbawi.

Dla kogo jest ten magazyn? Moim zdaniem dla dzieci, które są w wieku podstawówkowym, czyli 6-12 lat, oczywiście te młodsze dzieci będą czytały „Świerszczyka” z rodzicami, starsze samodzielnie. Z mojej perspektywy największym wyzwaniem jest zachęcenie dziecka do czytania tak wartościowego czasopisma – w końcu nie ma tam ani Superbohaterów, ani Gwiezdnych Wojen, ani kucyków Pony, ani Monster High. Sama wiem jak ciężko było mi przekonać Franka do oglądania „Pszczółki Mai”, w której „nic się nie dzieje”.

Co ciekawe na stronie www.swierszczyk.pl oprócz oprócz informacji o czasopiśmie można znaleźć też „Magazyn dla Rodziców”, w którym omawiane są dokładnie te same tematy co w „Świerszczyku”, ale z punktu widzenia rodzica. Można tam znaleźć bardzo dużo porad na temat wychowywania dzieci, co każdemu z nas się kiedyś przyda :)

Poziom tego dwutygodnika jest naprawdę wysoki, szczególnie jeśli porówna się go do całej reszty magazynów dla dzieci. Z tego wszystkiego zapragnęłam kupić Frankowi coś równie ambitnego, ale bardziej odpowiedniego dla 4 latka, tylko że „Miś” zniknął z rynku w 2010 roku :(

Na koniec wybrany przeze mnie dowcip z „Uśmiechu numeru”:

Jaś poszedł do lekarza, żeby zrobić prześwietlenie.
– Czy wiesz – zwraca się do niego zdumiony lekarz – że masz w brzuchu zegarek?!
– Wiem.
– I co, nie masz z nim kłopotów?
– Tylko z nakręcaniem…