Manifest ch***wej pani domu

Macie takie czynności domowe, których nie znosicie? Po prostu wykonywanie ich nie sprawia wam przyjemności, nie robicie tego, unikacie, udajecie, że ta czynność nie istnieje? Ja mam. Jest nią gotowanie. Nie lubię, nie umiem, nie robię. I nie ma takiej siły, która zmusiłaby mnie do tego, żeby coś ugotować. No może przemogłabym się gdyby moje dzieci błagałyby mnie o coś ciepłego na obiad, wszystkie okoliczne restauracje byłyby zamknięte, koleżanki byłyby w pracy, mąż w delegacji, a babcie wyjechałyby za granicę na kilka tygodni. Co nie znaczy, że polubiłabym gotowanie i od tego dnia robiłabym z przyjemnością zupki. NIE LUBIĘ znaczy NIE LUBIĘ. I nie wiem czemu jakaś część ludzkości próbuje mnie przekonać do tego, że mi się tylko tak wydaje, że nie lubię. Że skoro jestem mamą to powinnam gotować, bo jest to wyznacznikiem bycia dobrą mamą i miłości do dzieci własnych. Że skoro jestem żoną, to powinnam gotować, bo przecież bycie dobrą żoną polega na tym, że podstawia się mężowi pod nos talerz ciepłej zupy. Że jak tylko zobaczę, jak łatwo jest ugotować rosół, to nie będę chciała wyjść z kuchni. Ja mam 30 lat i wiem, co w życiu sprawia mi przyjemność a co nie. Nie wykluczam, że na starość zacznę robić weki i peklować szynkę, ale na dzień dzisiejszy moje stanowisko brzmi NIE dla kuchni. Z kuchni korzystam jak jem posiłki, albo jak po posiłkach sprzątam (no i czasami jak coś piekę). Lubię smaczne jedzenie i dobrych kucharzy. Nie bez powodu wyszłam za mąż za kogoś, kto lubi gotować i dobrze gotuje. Co nie zmienia faktu, że sama NIE GOTUJĘ.

Nie wiem czemu nikt z naszego otoczenia nie próbuje przekonać mojego męża do tego, że nie ma większej rozrywki niż rozwieszanie mokrego prania, albo składanie suchych ubrań, albo układanie ich na półkach. On nie lubi więc nie musi, ja nie lubię więc jestem złą matką, śmierdzącym leniem i chujową panią domu. Tak, jestem i jest mi z tym fantastycznie. Bo w sumie nie ma w życiu nic lepszego od robienia tego, co się lubi i nie robienia tego, czego się nie lubi. I bardzo się cieszę z tego powodu, że mogę w spokoju robić pranie, składać je i wkładać do szafy, bo lubię to robić. I, że mój mąż od 7 lat nie wpadł na pomysł, żeby zapytać się mnie “Co jest dzisiaj na obiad?” oraz, że nie wyszedł z założenia, że fakt urodzenia dziecka jest równoznaczny z wykonywaniem czynności związanych z gotowaniem. I na tym właśnie polega nasz cudowny związek partnerski – każdy robi to, co lubi i wszyscy są szczęśliwi. Nigdy nie czułam też większej więzi z feministkami niż w chwilach, kiedy ktoś określa to jaką jestem kobietą (czyt. złą) przez pryzmat mojego stosunku do gotowania.

Jeśli więc masz ochotę porozmawiać ze mną na temat tego, że gotowanie jest super, że jak tylko spróbuję to się przekonam, że ugotowanie zupy jest takie proste, a ona jest taka smaczna, że dzieci na pewno będą zachwycone, że znasz nowy sposób na puree ziemniaczane i żebym nie dała się dłużej przekonywać to porozmawiaj o tym z kimś innym. Dla mnie ten temat jest tak samo interesujący jak wymiana popychaczy hydraulicznych.

AMENT.