Wyjazd na narty – 6 rzeczy, o których nie można zapomnieć!

Co roku spędzamy na nartach kilka tygodni i w zasadzie tradycją jest to, że o wielu rzeczach przypominamy sobie w ostatniej chwili, co wzmaga przedwyjazdową gorączkę, a to sprawia, iż atmosfera jest u nas iście wybuchowa. Po naszym ostatnim narciarskim wyjeździe na przełomie października i listopada postanowiłam, że powinniśmy zacząć się uczyć na własnych błędach. W ten oto sposób nie tylko przygotowałam listę 6 rzeczy, o których zbyt często zapominamy, ale postanowiłam się również do niej zastosować. Dzięki temu w tym roku jesteśmy gotowi na wyjazd jak nigdy wcześniej!

A ponieważ duma mnie rozpiera, bo udało nam się po raz pierwszy (prawie) wszystko ogarnąć PRZED wyjazdem, to chętnie się moją listą podzielę, gdyż z rozmów z przyjaciółmi wywnioskowałam, że oni zapominają dokładnie o tym samym!

1. Przygotowanie sprzętu

Serwisy narciarskie na chwilę przed zimowymi feriami przypominają dyskont, w którym rzucili tanie Crocsy. Dzieje się tak dlatego, że każdy z nas o tym, iż narty przydałoby się nasmarować, a wiązania przestawić zgodnie z najnowszym wskazaniem wagi, przypomina sobie chwilę przed wyjazdem. Stoimy potem razem w tych kilometrowych kolejkach, próbując ustalić, kto pierwszy wyjeżdża, a kto może na narty zaczekać dzień dłużej. Są też tacy, którzy sprzęt serwisują tuż przed wejściem na stok, naiwnie wierząc, że w kwadrans można się fachowo nartami zająć. O ile ustawienie wiązania to faktycznie chwila, o tyle z nartami jest już nieco trudniej.

Dlatego warto zaplanować wizytę w serwisie narciarskim na tydzień, a najlepiej dwa przed wyjazdem, żeby na spokojnie narty zawieźć i odebrać. Ja od zeszłego roku praktykuję również serwisowanie nart po sezonie — dzięki temu nie muszę odwiedzać serwisu przed kolejnym sezonem! Jest to rewelacyjne rozwiązanie i polecam je każdemu, kto zazwyczaj przypomina sobie o sprzęcie narciarskim tuż przed wyjazdem!

2. Dokumenty!

Rzeczą, o której najczęściej zapominamy i po którą zdarzało nam się zawracać do domu, są dokumenty dzieci. Nasze dowody mamy zawsze w portfelu, więc nawet nie zastanawiamy się nad tym, by je zabrać. Dowody osobiste czy paszporty dzieci leżą w domu, a strefa Schengen skutecznie ułatwia zapominanie o dokumentach. Jednakże warto pamiętać, iż za granicą dzieci powinny mieć ze sobą dokumenty, a na nartach to nawet nie za granicą! Po pierwsze często by dostać zniżki na karnety, należy okazać dokument potwierdzający wiek dziecka, po drugie w razie jakiegokolwiek wypadku na stoku każdy powinien mieć przy sobie dokument, no i najlepiej by oprócz dowodu czy paszportu w kieszeni była też kartka z numerem telefonu do najbliższej osoby (ICE).

To o czym jeszcze nigdy nie udało nam się pamiętać i co trafia na listę zadań po powrocie z ferii, to karty EKUZ, które warto sobie wyrobić przed zagranicznym wyjazdem. Ta karta potwierdza prawo do korzystania ze świadczeń zdrowotnych w czasie pobytu w krajach UE oraz krajach EFTA. Jeśli ma się wykupione ubezpieczenie na wyjazd, to ta karta nie jest konieczna, ale, tak czy inaczej, warto ją mieć, gdyż zdecydowanie ułatwia korzystanie z pomocy medycznej poza Polską. Nie wiem, od kiedy obiecuję sobie, że ją wyrobie, ale ze 3 lata już na pewno zmarnowałam na te obietnice. Jeśli wy też nie macie jeszcze kart EKUZ, a na narty jedziecie poza Polskę, to bądźcie mądrzejsi ode mnie i lećcie je wyrobić!

3. Ubezpieczenie

Czy wy też ubezpieczenie wyjazdowe kupujecie przez telefon w momencie, w którym w drodze na urlop przypomnieliście sobie o tym, że nie jesteście ubezpieczeni? No u nas to już jest wyjazdowa tradycja, z którą postanowiłam zerwać! Oczywiście nie musi być niczego złego w kupowaniu ubezpieczenia na ostatnią chwilę, ale niestety często ta ostatnia chwila oznacza, że nawet nie wiemy, jakie mamy ubezpieczenie (poza tym, że obejmuje ono ten wyjazd, na którym właśnie jesteśmy). O tym, czy nasz wybór był dobry, dowiemy się wtedy, gdy będziemy z ubezpieczenia korzystać, a wtedy będzie już raczej za późno na przemyślenia.

W tym roku za wybór ubezpieczenia zabrałam się dwa tygodnie przed wyjazdem do Włoch (taki ze mnie prymus). W międzyczasie skontaktowało się ze mną Nationale-Nederlanden i zapytało, czy ja przez przypadek w tym roku nie wyjeżdżam z dziećmi na narty, gdyż oni mają takie specjalne narciarskie ubezpieczenie. Postanowiłam sprawdzić co to za zimowa oferta i przekonała mnie ona na tyle, że w tym roku ubezpieczenie na narty kupujemy właśnie w Nationale-Nederlanden :)

To, co w ubezpieczeniu turystycznym jest najważniejsze, to koszty leczenia. Wypadki na stoku bywają bardzo poważne, często wymagają pobytu w szpitalu i skomplikowanego leczenia, za które z pewnością nikt z nas nie chce płacić z własnej kieszeni. A jeśli jedziemy z dziećmi, to nie potrzebujemy wypadku, by trafić do lekarza — wystarczy nagła choroba.

Druga istotna dla mnie kwestia to ubezpieczenie OC całej rodziny, gdyż nigdy nie mamy pewności, czy to nie my, albo nasze dzieci będą sprawcami jakiegoś wypadku, zniszczą komuś drogi sprzęt narciarski, czy spuszczą narty na cudzy samochód (to akurat widziałam na własne oczy). W takiej sytuacji też nie chcemy stresować się wysokością odszkodowania, które będziemy musieli zapłacić. Lepiej zrzucić to na ubezpieczyciela!

To, co się przydaje, jeśli na narty lecimy samolotem, to ubezpieczenie bagażu — tak by jego zagubienie czy zniszczenie nie było dla nas ogromną tragedią, a jedynie nieszczęściem do przeżycia. A jeśli, jak my, jedziecie samochodem, to można też zdecydować się na dodatkowe ubezpieczenie gwarantujące pomoc w przypadku, gdy zepsuje się samochód. Odpukać!

Oczywiście te trzy elementy można znaleźć w każdym ubezpieczeniu podróżnym i to nie one przekonały mnie do Nationale-Nederlanden. To Pakiet ZIMA powalił mnie na łopatki, gdyż obejmuje wszystkie nieszczęścia, które przydarzyły się nam na nartach, ale jakoś nie pomyślałam, że da się od tego ubezpieczyć.

Trzy lata temu podczas wyjazdu narciarskiego przypałętała się do nas ospa wietrzna, dwa lata temu angina, rok temu szczęśliwie nic. Takie uroki wyjazdów z dziećmi. Oczywiście w takiej sytuacji trzeba było zrobić wycieczkę do lekarza/apteki i zorganizować opiekę dla dziecka. O tym, że tracimy duże pieniądze, nie korzystając z wykupionego karnetu, sprzętu i instruktora nawet nie myśleliśmy, bo nie to było przecież najważniejsze. Ale jeśli w tym roku zdarzy się taka sytuacja (oby nie), to dzięki Pakietowi ZIMA zostanie nam zwrócony koszt karnetu, sprzętu i instruktora (oczywiście w proporcjonalnej części).

Kto przejeździł na nartach wiele sezonów, ten wie, że brak śniegu na stokach i zamknięcie tras może się zdarzyć. Podobnie istnieje szansa na zamknięcie tras z powodu zbyt dużych opadów śniegu. Nie do końca jesteśmy w stanie to przewidzieć, zanim zaplanujemy ferie, bo wyjazdy często rezerwujemy jeszcze jesienią, kiedy nie mamy zielonego pojęcia, czy zima będzie śnieżna, czy nie. Oczywiście porządny rodzic powinien mieć plan B na wypadek każdego kataklizmu, ale może się też dodatkowo ubezpieczyć! Jeśli zdecydujemy się na ubezpieczenie z Pakietem ZIMA to mamy zagwarantowany zwrot 100 zł za każdy dzień albo refundację kosztów podróży i karnetów narciarskich do 700 zł.

No i jeszcze jeden smaczek, który rok temu wydałby mi się dziwny. Zakwaterowanie na wypadek zejścia lawiny! Jeśli z powodu zagrożenia lawinowego nie będziecie mogli dojechać do ośrodka, w którym jesteście zakwaterowani, to ubezpieczenie pokryje koszty dodatkowego zakwaterowania. Brzmi nieprawdopodobnie? Dokładnie rok temu dowiedziałam się, że w Alpach to się zdarza i bywało tak, że ludzie przez kilka dni nie mogli ani wyjechać, ani wjechać do ośrodków narciarskich! Nigdy nie wiadomo czy w tym roku nie trafi na nas.

Ile to wszystko kosztuje? To już zależy od tego na jak długo i w ile osób jedziecie, jak wysokie będą sumy, na jakie będziecie się ubezpieczać i czy zdecydujecie się na jakieś dodatkowe ubezpieczenie (TUTAJ możecie zrobić sobie kalkulację). U nas podstawowy pakiet ZIMA to ułamek całej kwoty, którą wydajemy na wyjazd w Alpy — zdecydowanie więcej płacimy za apartament, karnet czy szkołę narciarską. Nie zobaczymy więc tego za bardzo w rozliczeniu wyjazdu, a głowę będziemy mieć spokojną!

4. Rezerwacja zajęć z instruktorami

Tego nauczyłam się bardzo szybko! Jeśli na narty jedziemy w polskie góry w trakcie zimowych ferii, to naprawdę nie ma co liczyć na to, że na ostatnią chwilę uda nam się zarezerwować zajęcia codzienne z tym samym instruktorem i o stałych godzinach. No nie i już! Jeśli do szkoły narciarskiej dzwonicie tydzień przed wyjazdem, to jest to możliwe, ale jeśli przyjeżdżacie w sobotę i od poniedziałku do piątku chcecie mieć tego samego instruktora codziennie o 10.00, to nic z tego nie będzie. Dlatego gorąco polecam rezerwować zajęcia w szkole narciarskiej wtedy, kiedy decydujecie się na wyjazd i rezerwujecie nocleg, najpóźniej na kilka tygodni przed wyjazdem, bo potem może być krucho. A bądź co bądź, na narty jedziecie po to, żeby dzieci uczyły się jeździć i by mieć, chociaż chwilę na stoku bez dzieciaków — bez instruktora raczej się to nie uda.

Ja w tym roku instruktorów zaczęłam organizować 2 tygodnie przed feriami i o ile z miejscem w polskiej szkółce w Alpach nie było żadnych problemów, o tyle instruktorzy w Polsce mieli już pozajmowane grafiki w godzinach, które interesowały mnie najbardziej. Musiałam więc zmienić swoje plany, co jakoś nie bardzo mnie uszczęśliwiło. Za rok będę dzwonić jeszcze przed świętami ;)

5. Lista rzeczy na wyjazd

Na narty zazwyczaj pakujemy zupełnie inne rzeczy niż na pozostałe wyjazdy. To sprawia, że łatwo jest o czymś zapomnieć. Najlepiej przygotować sobie listę rzeczy w wersji elektronicznej i co roku z niej korzystać, wtedy mamy pewność, że nic nie umknie naszej uwadze. Ja oczywiście jestem super zorganizowana, jeśli chodzi o listy rzeczy do pakowania, ale i tak na każdym wyjeździe zapominam dokładnie o tych samych rzeczach!

Po pierwsze zawsze jest problem ze strojami kąpielowymi i czepkami! Pewnie dlatego, że jazda na nartach nie kojarzy się z pływaniem, ale w zasadzie bardzo często po nartach relaksujemy się na basenie czy w termach, zresztą dużo ośrodków narciarskich oferuje wodne atrakcje. Po tym, kiedy dwa lata z rzędu trzeba było kupić stroje kąpielowe i czepki (niestety na wielu basenach obowiązują) powiedziałam dość i dopisałam wszystkie te wodne akcesoria do naszej listy. W tym roku baseny nam niestraszne!

Po drugie zawsze zapominam o ogrzewaczach na ręce, stopy i plecy. Nie wiem, czy wiecie, co to są te ogrzewacze, ale jeśli nie, to warto się z nimi zapoznać. To są takie małe jednorazowe woreczki zw sproszkowanym żelazem, które po otwarciu robią się bardzo ciepłe i trzymają temperaturę przez wiele godzin! Ocieplacze świetnie się sprawdzają przy zmarzluchach i w bardzo niskich temperaturach (rok temu dzięki nim bez problemów jeździliśmy przy -33°C). Jedyny kłopot z nimi jest taki, że przy stokach kosztują znacznie więcej niż w takim Decathlonie (gdzie można je kupić na kartony). Dlatego ocieplacze również trafiły na moją listę narciarską i przed wyjazdem w Alpy mam ich pół plecaka.

Po trzecie i najdroższe — ZAWSZE zapominam o soczewkach kontaktowych! Co roku odkrywam na nowo, że nie ma opcji, by okulary korekcyjne schowane pod goglami nie parowały. Ja wiem, że są super technologie, ale jakoś kurde u mnie nie działają. Nauczyłam się więc już, że na nartach używam jednodniowych soczewek, jedyny problem jest taki, że nie używam ich na co dzień, więc zapominam je kupić również na narty. Potem nie dość, że pół dnia spędzam na wycieczce do optyka, to jeszcze płacę za te soczewki w EURO! W tym roku również soczewki trafiły na narciarską listę i kupiłam ich tyle, że wystarczy do końca sezonu!

6. Kondycja

Na koniec rzecz najważniejsza i chyba najczęściej niedoceniana. Narciarstwo to sport, który wymaga bardzo dużego wysiłku, a kiepskie przygotowanie nie tylko zwiększa ryzyko kontuzji naszej, ale i innych narciarzy! Jeśli prowadzimy siedzący tryb życia, mało się ruszamy i nie uprawiamy żadnych sportów, to intensywne tygodniowe zjazdy na nartach mogą być dla naszego organizmu zbyt dużym obciążeniem. Warto oczywiście być aktywnym przez cały rok, wtedy wyjazd na narty nie będzie dla nas żadnym wysiłkiem, ale jeśli nie uprawiamy żadnego sportu, to na 1-2 miesiące przed wyjazdem powinniśmy zwiększyć swoją aktywność. Są specjalne zajęcia na siłowniach, które mają przygotować nasze mięśnie na zjazdy, można też znaleźć przykłady takich ćwiczeń w internecie i poświęcić kilkanaście minut dziennie na przygotowania.

U mnie szczerze mówiąc, różnie z tym było. Dzieci oczywiście są przygotowane, gdyż są bardzo aktywne fizycznie, codziennie mają wf, plus do tego dochodzą dodatkowe zajęcia sportowe. O nie się nie martwię. Ja w tym sezonie jestem chyba przygotowana bardziej niż zwykle, bo od trzech miesięcy regularnie chodzę na jogę i widzę, że jestem bardziej gibka i mam silniejsze nogi. Oczywiście mogłoby być lepiej, no ale od czegoś trzeba zacząć! Mam nadzieję, że na stoku nie zrobię krzywdy ani sobie, ani innym, bo ubezpieczenie mam fajne, ale nie koniecznie muszę z niego korzystać!

Wpis powstał przy współpracy z Nationale-Nederlanden.