Kryzys Matki Polki

Mam taki zwyczaj, że na początku roku siadam przed czystą kartką i spisuję wszystko to, co udało mi się zrobić w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Brzmi banalnie, ale szczerze mówiąc, to zawsze była najważniejsza kartka w roku, taki super motywator, dzięki któremu czarno na białym było widać, jak wiele udało mi się osiągnąć, jak się rozwinęłam i ile rzeczy udało mi się zrobić. I powiem szczerze, że w tym roku po raz pierwszy ta biała kartka leżała niezapisana przez tydzień, chociaż kręciłam się wokół niej non-stop. Gdy już miałam coś napisać, to okazywało się, że pilnie muszę zrobić coś ważniejszego. Zwalałam to na brak weny i niechęć do pisania w ogóle (bo w sumie na blogu też w tym czasie nic się przecież nie pojawiło), ale w końcu doszło do mnie, że problem leży zupełnie gdzie indziej.

Otóż rok 2015 to był pierwszy rok od wielu lat, który w całości spędziłam w domu. Co prawda pracowałam dużo nad blogiem, sporo podróżowałam i zajmowałam się małą Heleną, ale mimo wszystko w rubryce „osiągnięcia zawodowe” nie mogłabym wpisać nic. Jestem człowiekiem, który potrzebuje dużo aktywności, który musi czuć, że idzie do przodu i który jest doceniany za ciężką pracę. Tymczasem okazało się, że zamknięta w domu, w miejscu gdzie nie ma szefa, planu do wykonania, wyników do dowiezienia i kuchni, w której można poplotkować z kolegami z pracy, czuję się słabo. Zaczęłam mieć wrażenie, że wszystkie dni 2015 roku były bliźniaczo do siebie podobne, a rozróżniałam je głównie po zajęciach dodatkowych moich dzieci. W poniedziałki judo i balet, we wtorki terapia SI, w środy judo, w czwartek Zuchy, a piątek to początek weekendu, czyli tych dwóch dni w tygodniu, kiedy przedszkole jest zamknięte. Doszłam do momentu, w którym miałam pewność, że w moim życiu nic wielkiego już się nie wydarzy, a każdy następny dzień, będzie taki sam, jak poprzedni. Może to jest jakiś kryzys kobiety trzydziestoletniej albo kryzys kobiety, która wyszła już za mąż za wszystkich swoich mężów, urodziła wszystkie swoje dzieci i zawiesiła karierę zawodową, bo dzieci. Męczy mnie to bardzo i nie mam pojęcia co z tym zrobić.

Mogłabym oczywiście od jutra wrócić do pracy, bo wiem, że praca mnie pochłonie i będę czuła, że mam jakiś cel w życiu (na przykład roczny plan do wykonania), ale to nie o to chodzi. Mogłabym się zafiksować na tym, że osiągnięcia moich dzieci, to też moje osiągnięcia i z nich czerpać energię do życia, ale wolę cieszyć się osiągnięciami dzieci, niż nimi żyć. Kurcze, jak daję słowo, te wszystkie hormony ciążowe i okołoporodowe już zniknęły i zostałam z moim życiem, w którym nie jestem w ciąży, nie mam w domu noworodka, ani dziecka, które jest do mnie przyczepione na stałe. Łapię się nawet na tym, że na pytanie „Co słychać?” nie potrafię odpowiedzieć. Bo wcześniej wiadomo było, że takie pytanie wymaga udzielenia szczegółowej informacji o tym, jak się czuję w ciąży, albo co słychać u mojego niemowlaczka. Jeszcze wcześniej było wiadomo, że jest to pytanie o pracę (bo w sumie na nic innego czasu nie było), ale teraz? Ktoś pyta się „Co słychać?”, żeby dowiedzieć się, jak mi się wozi syna na judo, czy o to, w jakiej temperaturze piorę ręczniki? Mam chyba Kryzys Matki Polki Na Za Długim Urlopie Od Pracy.

Wiele bym dała, żeby móc czerpać energię do życia z gotowania zupy, prania brudnych skarpetek czy chodzenia na wywiadówki, ale nie potrafię. Mój pracoholizm połączony z koniecznością osiągania widocznych efektów nie postrzega prania jako czynnika sukcesu, bo jedynym widocznym efektem wyprania skarpetek jest konieczność ich ponownego prania następnego dnia. Podobnie z gotowaniem — jeśli nakarmi się rodzinę zupą, to będzie trzeba tę czynność powtarzać aż do śmierci, i jedynym efektem zaspokojenia głodu, będzie konieczność ponownego zaspokojenia głodu kilka godzin później. Czyli jednym słowem syzyfowe prace. Nikt mnie nie awansuje, nikt nie da premii, nikt w nagrodę za wyniki nie wyśle mnie na kilka lat do pracy w oddziale w Nowym Jorku. I lekarstwa na raka też przy pralce nie wymyślę. Czyli kryzys.

Im dłużej sobie myślałam o tym 2015 i 2016 roku, tym jaśniejsze dla mnie było, że gdy odłączy się mnie od hormonów Matki Polki i pracy zawodowej, tym chętniej się uczę i angażuję społecznie. Pewnie to było powodem, dla którego wybrałam się na warsztaty fotograficzne i ukończyłam Kurs Doradców Noszenia Clauwi. Śmiem też podejrzewać, że moje zakusy na zostanie Instruktorem Masażu Shantala, a nawet zainteresowanie kursem Promotorów Karmienia Piersią również wynikają z tego niedosytu rozwojowego. Pewnie, gdybym mieszkała w górach, to zechciałabym odświeżyć narciarskie papiery instruktorskie i nie wiem, dlaczego jeszcze nie zaczęłam się interesować kursami szycia na maszynie :) Bardzo zabawne jest to, że jeśli tylko trafi mi się coś nietypowego do zrobienia, to angażuję się w to, co najmniej tak, jakby to była misja na Marsa. Dokładnie tak jest na przykład z projektem nowych pokojów dziecięcych, które wkrótce pokażę na blogu. Zobaczycie, jak zwykłe przemeblowanie może urosnąć do rangi wydarzenia istotnego dla całej ludzkości ;)

Jedyne, co mnie w tym moim obecnym kryzysie intryguje, to fakt, że mimo braku zajęć zawodowych, nie potrafię traktować bloga jako mojej pracy, co jest o tyle dziwne, że zajmuje mi to dużo czasu, podchodzę do tego bardzo poważnie i mogę się z tego utrzymać. Być może jest to związane z tym, że prowadzenie bloga to w gruncie rzeczy bycie sterem, żeglarzem i okrętem. Nikt mi niczego nie narzuca, nikt z niczego nie rozlicza, a kiedy tylko będę miała ochotę, mogę to wszystko po prostu skasować i zająć się czymś zupełnie innym. Prawda, że brzmi jak wymarzona praca? A jednak nie do końca mi z tym po drodze.

Naprawdę słabo mi z tą moją kartką z numerem 2015 i mam obawy, czy kolejna kartka będzie lepsza. Może po prostu powinnam korporacyjnym wzorem rozpisać sobie „Plan rozwoju na rok 2016”, w którym ujmę wszystkie kluczowe dla mojego rozwoju umiejętności i będę co kwartał robiła ewaluację przed lustrem, a na koniec roku zrobię ocenę roczną, przyznam sobie premię i awansuję się na Starszego Kierownika Domu i Prezesa Bloga? W sumie będę mogła nawet poprosić męża i dzieci o przygotowanie opinii na temat moich osiągnięć, które będą podstawą do decyzji o premii i awansie. A awans będę mogła uczcić własnoręcznie wykonanym tortem!

Oj, naprawdę ciężki jest nasz los, drogie Matki Polki w Kryzysie.