Po co karmię piersią dziecko, które je kotlety?

Miałam pisać o tym, jakie reakcje spotykają mamy, które karmią dzieci niewyglądające jak noworodki, ale ponieważ dostałam dużo pytań o to, po co w ogóle karmić takie „duże” dzieci, to doszłam do wniosku, że lepiej zdradzić wam tę moją tajemnicę i napisać o tym, dlaczego karmię Helę piersią pomimo tego, że ona już skończyła rok.

Na wstępie zaznaczę, że każde z moich dzieci planowałam karmić piersią. Z Frankiem było najtrudniej, początki były fatalne (brak pokarmu, a potem mało pokarmu, duży spadek masy ciała plus ciągły płacz noworodka, który absolutnie niczego nie ułatwiał na początku macierzyństwa), ale dzięki wsparciu położnej, która była u nas w domu najpierw co kilka dni, a później raz w tygodniu, Franek odżywiał się wyłącznie moim mlekiem przez pierwsze 3 miesiące życia (nie licząc jednego karmienia mlekiem modyfikowanym w szpitalu). Później się poddałam i zaczęłam go dokarmiać, ale zawsze pilnowałam tego, żeby mieszanka była podawana dopiero po karmieniu piersią. Tak wytrwaliśmy do końca 8 miesiąca. Z Lilą była bajka, bardzo łatwe karmienie, produkcja pokarmu jak dla wieloraczków, dziecko przybierające na wadze, wiecznie uśmiechnięte, karmione piersią przez niecałe 14 miesięcy (odstawiła się sama 5 miesięcy po moim powrocie do pracy). Z Helą podobnie — żadnych problemów z laktacją, dużo mleka, dziecko ideał, karmione piersią już ponad 12 miesięcy.

Od początku mój plan minimum wynosił 12 miesięcy — 6 miesięcy wyłącznego karmienia piersią plus kolejne 6 karmienia piersią podczas rozszerzania diety. To, czy będziemy tę przygodę kontynuować po roku, miało wyjść samo w praktyce. Na razie zarówno ja, jak i Hela jesteśmy na tak. Robimy to wbrew temu, że żyjemy w kraju, w którym karmienie mocno owłosionego, uzębionego i (nie daj Boże!) chodzącego dziecka nie jest rzeczą pospolitą. Nie wiem, z jakich pobudek robi to Hela, ale ja karmię nadal, bo MOGĘ :)

MOGĘ dać mojej córce najlepszą ochronę przed infekcjami, które w przyszłym tygodniu z przedszkola przyniesie Lila i Franek, ale też przed przyszłymi chorobami, tak poważnymi, jak cukrzyca (sprawdzałam w aptekach, nie mają nic o podobnej skuteczności).

MOGĘ dać mojej córce mleko, które jest stworzone specjalnie dla niej, nad którym pracuje najlepszy światowy ekspert, czyli natura. Moje mleko ma optymalny skład, zawsze dostosowuje się do potrzeb rosnącego dziecka (sprawdzałam u producentów mleka — mogą dostarczyć ich kilka rodzajów, ale nie są w stanie zmieniać jego składu specjalnie dla Heli).

MOGĘ dać mojej córce najlepszy środek uspokajający i uśmierzający ból, który równocześnie jest najbezpieczniejszym takim środkiem na rynku (wszystko, co sprzedają w aptece ma mnóstwo przeciwwskazań i skutków ubocznych).

MOGĘ być leniwa i nie zrywać się o 6.30, żeby przygotować śniadanie, bo mogę przystawić dziecko do piersi i spać nadal (do tej pory nie mogę uwierzyć, jak dawaliśmy radę zrywać się rano i szykować butlę dla Franka).

MOGĘ ochronić moje dzieci, przed utratą mamy. Bo karmiąc długo piersią, zmniejszam prawdopodobieństwo, że zachoruję na raka piersi i jajnika. Zmniejszam też ryzyko zachorowania w przyszłości na osteoporozę i inne choroby, które byłyby dla mnie (i moich dzieci) sporym obciążeniem na starość.

Same plusy. Wad nie zauważam, ani razu nie zatęskniłam za butelką i mieszaniem wody z proszkiem o drugiej nad ranem. Oczywiście zdarza się, że ktoś się zdziwi, że jeszcze karmię, ktoś zauważy, że to nie ma sensu, ktoś się zapyta, jak długo jeszcze. Przyzwyczajam się, bo skoro takie pytania pojawiają się już przy rocznym dziecku, to później będzie jeszcze dziwniej.

Nie ustawiam sobie życia pod dziecko, dlatego że karmię. To nie jest noworodek, nie potrzebuje jeść mojego mleka co 3 godziny. Głód zaspokoi zupą i kotletem, a mleka mamy potrzebuje 3-4 na dobę, wtedy kiedy jestem przy niej. Jeśli mnie nie ma (a ostatnio nie było mnie przez 4 długie dni) to radzi sobie beze mnie i nadrabia, kiedy już wrócę.

Stosunek Heli do mojego mleka jest już zupełnie inny niż na początku. Wtedy to było „masz być zawsze przy mnie”, teraz to jest raczej „dobrze, że jesteś”. Pierś jest teraz takim wspomagaczem — wspomaga zdrowie, wpływa na komfort i poczucie bezpieczeństwa, pomaga sobie radzić z emocjami. I mam nadzieję, że tak zostanie, aż do momentu, w którym któraś z naszego duetu nie powie STOP. Mnie się nie spieszy :)

 

Zdjęcie na samej górze niestety nie moje (Hela w rzeczywistości wygląda bardziej na Szwedkę niż Hiszpankę), tylko kupione, ale chyba czas pomyśleć o jakiejś mlecznej sesji, bo skończę karmić i mi żadna pamiątka nie zostanie :(