Dobre rodzicielstwo to delektowanie się

Posiadanie trójki dzieci daje mi możliwość przeżywania wszystkiego trzy razy. Bez względu na różnice płci czy charakterów każde dziecko przechodzi przez takie same fazy. Najpierw dostaję w szpitalu pomarszczonego kurczaka z podkulonymi pod siebie nogami i rękami, który z dnia na dzień jest gładszy i bardziej wyprostowany, uczę się go karmić i słuchać, odnajduję wspólny rytm dnia, potem dziecko zaczyna nawiązywać z nami kontakt, uśmiecha się, wkłada wszystko do buzi, zaczyna jeść coś więcej niż tylko mleko, gaworzy, siada, raczkuje, wysypuje zawartość szuflad, chodzi, mówi, żąda, tańczy, śpiewa, bawi się z innymi dziećmi, zadaje setki pytań, idzie do przedszkola a później robi wszystko to, co robią dzieci starsze niż moje. Każdy z tych momentów przeżywam trzy razy i niesamowicie fascynuje mnie to, że za każdym razem jestem w tym lepsza. I jeśli miałabym podać jeden powód do posiadania dużej liczby dzieci, to jest nim bycie lepszym rodzicem. Jestem człowiekiem, który czerpie z doświadczeń, uczy się na błędach i robiąc coś po raz drugi, robi to lepiej niż za pierwszym razem, a robiąc coś trzeci raz, jest w tym o niebo lepszy niż poprzednio.

I

Macierzyństwo po raz pierwszy to był wyścig. Każdy się mnie pytał o to, czy Franek już ząbkuje, przewraca się, gaworzy, podnosi, siada, mówi, chodzi, itd. Łatwo było ulec tej rywalizacji, bo nawet jeśli sama nie sprawdzałam, co dziecko w wieku mojego syna powinno umieć, to wyręczało mnie moje otoczenie – koleżanki, rodzice, wujkowie, ciocie, sąsiadki. Wiadomo, najłatwiejsza pogawędka nad dzieckiem w wózku, jest o tym, że Franio jeszcze nie siedzi, ale wnuczek Grażynki spod 6 jest tylko dwa tygodnie młodszy i on już zbiera się do chodzenia. To przeklęte porównywanie jest też podstawowym narzędziem domorosłych doktorów House’ów. No bo jeśli Franio jeszcze nie chodzi, to znaczy, że może mieć zespół Dupenschwarza, a w ostatniej Oliwii pisali, że to bardzo poważne schorzenie i jest taki lekarz w Ameryce, który się właśnie takimi dziećmi zajmuje, tylko leczenie strasznie drogie i ZUS nie refunduje (to ci niespodzianka!), dlatego jedna rodzina spod Opola to musiała zastawić rodowe diamenty, a my przecież nie mamy żadnych diamentów i z leczenia nici.

Za pierwszym razem czułam się jak podczas inwentaryzacji, gdzie odhaczam kolejne pozycje na kartce z listą wszystkich rzeczy, które każdy człowiek do 2 roku życia powinien umieć. Męczące, wyczerpujące i dające mało radości. Dużo było w tym zamartwiania się, najmniejszą nawet rzecz mieli badać najlepsi specjaliści, bez względu na to, czy faktycznie tak jest najlepiej dla dziecka. Bilanse u lekarza zaliczane, kolejki do specjalistów odstane a i tak dziecko okazało się być egzemplarzem nieidealnym. Zła matka, zły ojciec zaniedbali, to mają.

II

Macierzyństwo po raz drugi to było zdziwienie. Jak to możliwe, że dzieci tych samych rodziców są tak różne? Dlaczego to, co tak dobrze działało przy Franku, w ogóle nie działa na Lilę? Że niby teraz mam sobie stworzyć kolejną instrukcję obsługi do dziecka? Gdy zaakceptowałam fakt, że dzieci są różne, to nagle wszystko stało się łatwiejsze. Te rodzicielskie wyścigi obśmiała sama Lila robiąc wszystko zupełnie inaczej i kiedy indziej niż dzieci z książek i jej własny brat. Więcej było radości, ale z zamartwiania się łatwo wpadłam w bagatelizowanie. No bo w końcu ten syndrom Dupenschwarza jest niezwykle rzadką chorobą, w zasadzie mamy 0,0001% szansy żeby na to trafić, więc w ogóle sobie tym głowy zawracać nie będę. Niestety bagatelizowanie jest dobre, tylko do momentu, w którym przeradza się w ignorowanie. Wbrew pozorom ostro trzeba było się napracować, żeby znaleźć złoty środek między paniką a brakiem zainteresowania, zwłaszcza, że czasu nam nie przybyło i dzielenie siebie na pracę, dom, dzieci i męża sprawiało, że wszystko trzeba robić tak samo dobrze, ale dwa razy szybciej.

Ten drugi raz dał mi pewność, że uczę się na błędach, wyciągam wnioski i jestem coraz lepszym rodzicem. Zobaczyłam, że mając tylko jednego dziecko tak naprawdę niewiele wiedziałam, chociaż to właśnie wtedy miałam skłonność do rozgłaszania moich jedynych słusznych teorii rodzicielskich. Drugie dziecko pokazało mi, że choćbym dzieci miała tuzin, to nie będę potrafiła stworzyć żadnej słusznej teorii wychowania człowieka, bo człowieka nie da się wsadzić w żadne ramy – zawsze z którejś strony będzie wystawał.

III

Macierzyństwo po raz trzeci to delektowanie się. Patrzę na Helę i ją pożeram. Chłonę jej każdy uśmiech, każdą zabawę i sen, mając łzy w oczach myślę sobie, że to już ostatni raz, że ona już nigdy nie będzie taka, jaka była dzisiaj. Wcale nie chcę tych jej zębów, gaworzenia i siadania. Marzę o tym, żeby zatrzymać czas i trwać w tej chwili aż do końca życia. Kiedy słyszę od innych, że ona jest już taka duża, to w środku krzyczę, że przecież wcale nie chcę, żeby taka była. Gdy zasypia mi na rękach to nie potrafię jej od siebie oderwać i odłożyć do kołyski, bo przecież jak się nie napatrzę, to nie zapamiętam. Również na Franka i Lilę patrzę zupełnie inaczej niż wcześniej. Delektuję się wszystkim, co wydarza się między nami. Wszystko co się dzieje zdarza się przecież po raz ostatni, już nigdy więcej nie będę miała pięcioletniego syna, trzyletniej i półrocznej córeczki, relacje między nami wszystkimi jutro będą zupełnie inne niż dzisiaj. Uwielbiam ich marzenia o tym, co będą robić gdy będą duzi, ich pragnienie bycia dorosłym, chociaż ja chcę żeby na zawsze pozostali tacy jak dziś.

Ten trzeci raz pozwolił mi zrozumieć, że najfajniejsze w posiadaniu dzieci jest po prostu bycie mamą. Wbrew temu, co myślałam wcześniej rodzicielstwo nie ma nic wspólnego ze stresem, odhaczaniem osiągnięć czy mówieniem i słuchaniem innych rodziców. To jest po prostu radość i spędzanie czasu z małymi ludźmi, którzy odkrywają przede mną świat na nowo, a czasami potrafią mi przypomnieć o czymś, co zapomniałam ćwierć wieku temu.

Ciekawe czy rodzicielstwo po raz czwarty byłoby jeszcze lepsze?