O porodzie subiektywnie

Nie wiem jakim cudem daję radę coś napisać, bo jestem trochę człowiekiem-zombie. I nie chodzi tylko o to, że noworodek jest złodziejem snu, ale bardziej o to, że akurat te dwa najbliższe tygodnie to jest czas kiedy oprócz Heli, w domu jest jeszcze Lila. Czekamy na operację uszu, więc mała pacjentka musi być całkowicie zdrowa, a zdążyła już przywlec katar z przedszkola. Po operacji przez tydzień nie może chodzić do przedszkola, więc podejrzewam, że za dwa tygodnie będę trupem. Co prawda do pomocy jest babcia, ale zgadnijcie z kim Lila chce się bawić, na kim się non-stop wiesza i kogo cały czas woła? Wiadomo, matka jest tylko jedna.

Tę notkę pisałam przez 4 dni (!), kradnąc co chwilę kilka minut dla siebie i dokonując dramatycznych wyborów między jedzeniem, piciem, prysznicem i pisaniem ;) W tym tempie następnym razem uda mi się coś skrobnąć jak dzieci osiągnął pełnoletność, więc korzystajcie ;) Ponieważ jako matka trójki wiem już prawie najwięcej na świecie, chciałam podzielić się moimi okołoporodowymi spostrzeżeniami, żebyście mogły się ustrzec przed moimi błędami, albo powtórzyć je z pełną premedytacją :)

Najważniejsza jest położna

Jak się człowiek naogląda za dużo seriali o lekarzach, to zaczyna żyć w przeświadczeniu, że podczas porodu najważniejszy jest lekarz i maszyna, która robi ping. I podczas mojego pierwszego porodu tak właśnie było – anestezjolog, ginekolog, dwie położne do pomocy, a do tego KTG i USG. Pełen medyczny wypas przy porodzie, który wymagał medycznej interwencji.

Drugi poród nieco mnie zestresował, bo nie uświadczyłam ani anestezjologa, ani ginekologa. Na sali była tylko położna. Pamiętając jak niewiele pomogły mi dwie położne przy pierwszym porodzie, byłam mocno zdezorientowana. Początkowo nawet odmówiłam rodzenia, ale kolejny skurcz przekonał mnie do tego, żeby jednak zacząć współpracować. Okazało się, że tak naprawdę to położna jest najważniejsza, że jeśli ma się z nią dobry kontakt i robi się dokładnie to, co ona mówi to poród jest całkiem znośnym doświadczeniem.

Kiedy przekroczyłam próg sali porodowej po raz trzeci, od razu oświadczyłam położnej, że mam zamiar robić dokładnie to, co ona mi każe i, że liczę na udaną współpracę. Współpraca była bardzo owocna i niezwykle krótka :)

Znieczulenie może przeszkodzić

Znieczulenie zewnątrzoponowe to cudowny wynalazek, dzięki któremu poród to po prostu pobyt w SPA. Tak właśnie myślałam przed pierwszym porodem. Ponieważ od początku wiedziałam, że będę rodzić ze znieczuleniem to w ogóle nie stresowałam się porodem. Kiedy już ze skurczami dotarłam do szpitala od razu zażyczyłam sobie znieczulenie, które dostałam. Wszystko było świetnie póki znieczulenie działało, ale poród się przeciągał w nieskończoność i w końcu trzeba było stawić czoło bólowi. Niestety w zupełności nie byłam na to gotowa, bo w końcu miało być jak w SPA! Moje 100% nastawienie na to, że będę miała znieczulenie i że ono będzie działać od początku do końca było bardzo zgubne – psychicznie nie byłam w stanie sobie z tym poradzić i zamiast skupić się na porodzie, skupiałam się na tym, że zaraz umrę z bólu, w pewnym momencie w ogóle przestałam współpracować z lekarzem i oddałam się powolnemu umieraniu ;)

Plan na drugi poród był nieco inny – miał być krótki i ze znieczuleniem. Na moje nieszczęście przyjechaliśmy do szpitala za późno, więc na wstępie odmówiono mi znieczulenia. Oczywiście nie dałam za wygraną i powiedziałam, że bez znieczulenia nie rodzę (taka harda ze mnie położnica!). Na szczęście położna była na tyle ogarnięta, że zamiast kłócić się ze mną obiecała mi znieczulenie, ale pod warunkiem, że najpierw przez 15 minut będę wykonywać jej polecenia. Powiedziała, że jeśli za 15 minut nie urodzę, to przyprowadzi anestezjologa. Zgodziłam się na jej warunki i po 10 minutach Lila była z nami na świecie :)

Przy trzecim porodzie wiedziałam, że znieczulenie nie jest konieczne, ale planowałam o nie poprosić jeśli będzie na to czas. Oczywiście przyjechałam do szpitala na tyle późno, że nie było o czym mówić :) Ale ponieważ od razu liczyłam się z takim scenariuszem, to o wiele łatwiej było mi podczas porodu.

Absolutnie nie zniechęcam do brania znieczulenia, bo sama za każdym razem chciałam je wziąć, ale uważam, że nie należy się nastawiać na to, że znieczulenie na pewno będzie i że na 100% zadziała. Moje doświadczenie mówi mi, że to w jaki sposób wygląda poród w dużej mierze zależy od naszej psychiki. Zarówno za duży strach przed porodem, jak i zbytnie bagatelizowanie tematu może nam mocno przeszkadzać, ale oczywiście łatwo mówić, trudniej zrobić :) I jestem zwolenniczką późnego przyjazdu do szpitala (chociaż trzeba mieć nieco szczęścia, żeby nie przyjechać za późno ;)). Moim zdaniem lepiej samemu “przyspieszać” poród przez pójście na kilkugodzinny spacer (nawet jeśli ma być to spacer wokół szpitala) niż zamykać się na długie godziny na sali porodowej.

Krzyk pomaga tylko na filmach

I znowu wiedza zaczerpnięta z filmów i seriali – z porodem nierozerwalnie związane jest darcie się matki. Trzeba głośno krzyczeć i czasami przekląć, najlepiej na ojca dziecka. Na filmach szybciej rodzą te, które głośniej krzyczą – jak nie krzyczy, to znaczy, że jeszcze nie rodzi. O tym, że krzyczeć nie należy dowiedziałam się podczas drugiego porodu, więc w sumie dwa porody przeżyłam w ciszy. Okazuje się, że dużo łatwiej się rodzi kiedy nie marnuje się energii na wydzieranie się, ale skupia się na tym, co faktycznie trzeba zrobić żeby urodzić. No i w ogóle atmosfera jest przyjemniejsza, jak tak sobie wszyscy w tej ciszy rodzą. Położna, też chętniej współpracuje z tym, kto się nie wydziera. Łatwiej jest też usłyszeć co ona do nas mówi, jeśli nie musi nas przekrzykiwać. Generalnie same plusy.

Poród to tylko początek

Przed urodzeniem Franka przeczytałam w jakiejś książce dla przyszłych rodziców, że na pierwsze 2 tygodnie po porodzie powinniśmy zamknąć się przed światem w swoich 4 ścianach, cieszyć się z narodzin dziecka i oswajać się z nową rolą. Planowałam, że tak właśnie u nas będzie. Na szczęście Franek miał się urodzić 10 dni przed Świętami Bożego Narodzenia, my mieszkaliśmy w Szwajcarii, więc nie było mowy żeby nasi rodzice odpuścili przyjazd do nas i nie obejrzeli swojego nowego wnuka. Najpierw przez 2 tygodnie byli u nas rodzice Michała, później moi. Nie wiem jak dalibyśmy radę bez nich. Pojawienie się dziecka wywraca wszystko do góry nogami, nic nie jest takie jak wcześniej, każdej czynności wykonywanej przy dziecku musimy się nauczyć. Nie mamy wtedy głowy i siły do tego, żeby posprzątać, zrobić pranie i ugotować obiad. Wtedy dziadkowie są wybawieniem. I nic nie zmienia się ani przy narodzinach drugiego i trzeciego dziecka – za każdym razem mama musi przede wszystkim odpoczywać. Biorąc pod uwagę to ile razy w ciągu doby karmi i przewija dziecko, to niewiele czasu zostaje na cokolwiek innego. Jeśli od czasu do czasu chciałaby coś zjeść albo wziąć prysznic, to bez pomocy jest to bardzo trudne. Dlatego ja zawsze bardzo chętnie przyjmuję pomoc dziadków, każda godzina ich pomocy, to godzina dla mnie :) Od razu zaznaczam, że zarówno moi rodzice jak i teściowie są fajni, bezkonfliktowi i zawsze wiedzieli, że przyjeżdżając do nas po porodzie powinni zająć się gotowaniem i sprzątaniem. Słyszałam o takich, którzy zajmują się wnukiem, a matkę w połogu wysyłają do garów i ściery – takich oczywiście do domu nie wpuszczamy!