Aktywny macierzyński cz. II

Jak już pisałam TUTAJ warto urlop macierzyński wykorzystać też dla siebie. Wiadomo, że zajmowanie się niemowlakiem pochłania bardzo dużo naszej energii, ale 6 czy 12 miesięcy siedzenia w domu z codzienną przerwą na spacer może nie do końca satysfakcjonować kobiety przyzwyczajone do tego, że w życiu coś się dzieje. Łatwo dać się zamknąć w domu, bo w domu jest tyle roboty i my jesteśmy takie zmęczone, ale warto się zmusić do wyjścia i zrobienia czegoś, co pozwoli nam odróżnić wtorek od soboty. W poprzednim wpisie pisałam o tym, jakie sporty możemy uprawiać razem z dzieckiem, tym razem będzie o rodzicielskich rozrywkach intelektualnych, kulturalnych i społecznych, które przerwą monotonię pieluchy i zupy. Każde opisane przeze mnie zajęcie może być wykonane z niemowlakiem na ręku. Jeśli macie inne pomysły na taki aktywny urlop macierzyński, to dajcie znać w komentarzach, dopiszę do tekstu :)

Zajęcia dla rodziców z niemowlakiem

Czyli o tym, co można robić, jeśli chcemy zrobić coś dla dorosłych, ale mamy pod opieką niemowlę.

1. Kino dla mam

Young woman watching a film

W większości dużych miast można natknąć się na specjalne seanse kinowe dla rodziców z małymi dziećmi. I nie chodzi tu o poranki filmowe z Teletubisiami, ale o oglądanie normalnych filmów dla dorosłych, ale z niemowlakiem na rękach. Sale kinowe są wtedy specjalnie dostosowane do potrzeb rodziców — przyciszony dźwięk i przygaszone światło, jest też specjalnie przygotowane miejsce do przewijania z pieluchami i chusteczkami. Wszystko zorganizowane tak, żeby można było obejrzeć film, a jednocześnie zająć się dzieckiem. Oczywiście podczas takiego seansu nie ma mowy o ciszy i skupieniu, bo wiadomo, że dzieci popłakują, gaworzą albo zrzucają na ziemię grzechotkę setny raz z rzędu, ale przynajmniej nie ma się co martwić, że jak nasze dziecko zapłacze, to nas pogonią :) Jedyny minus — nie grają tam super fajnych premier kinowych, tylko jakieś takie inne filmy :)

Jeśli w okolicznych kinach nie ma takich seansów, to możemy je zorganizować sami. Wystarczy telewizor bądź ekran, film i odtwarzacz. Możemy zaprosić koleżanki, możemy oglądać z mężem. Ja polecam wykorzystać urlop macierzyński do nadrobienia wszelkich filmowych zaległości, bo łatwiej będzie odespać nocny maraton filmowy na urlopie niż w pracy.

2. Internetowe kursy hobbystyczne

Knitting

Rok „wolnego” to bardzo dobry czas na nauczenie się czegoś nowego, okrycie nowego hobby, albo odkurzenie tego zapomnianego. Tylko jak to zrobić, jeśli nie mamy nikogo do pomocy i wyjście gdzieś bez dziecka nie wchodzi w grę? Mnie po tym trzecim porodzie natchnęło na fotografowanie, a że dość szybko znudziło mi się robienie zdjęć aparatem w trybie auto, to chciałam się podszkolić. Nauka z książek u mnie odpada, bo nic z tego nie kumam, ale mój wspaniały mąż z okazji urodzin podarował mi internetowy kurs fotograficzny. Byłam nastawiona sceptycznie, ale okazało się, że kilkanaście filmów nagranych przez fotografa w zasadzie nie różni się wiele od takich spotkań na żywo — nie mamy możliwości natychmiastowego zadawania pytań, czy sprawdzania naszych prac, ale to też można zrobić na odległość. U mnie zadziałało — ogarnęłam podstawy fotografowania, dzięki czemu później wyrwałam się z domu na jednodniowe warsztaty z fotografii u Grzegorza z lifenotes :) Jestem pewna, że takich internetowych kursów jest sporo i jeśli tylko są dobrej jakości, to na pewno warto spróbować się nauczyć czegoś nowego.

3. Pochłanianie książek

Books in bookshelf

To się da zrobić zawsze i nie znam absolutnie żadnej wiarygodnej wymówki. Ja na książki poświęcam chwile, w których karmię piersią. Po pierwsze przestaje się spieszyć, więc nie poganiam dziecka podczas posiłku, po drugie dziecko się wycisza, kiedy ja czytam i nawet jak skończę karmić, to potem jeszcze sobie leżymy przez minutę, dwie albo godzinę (zależy od książki). Jestem z siebie mega dumna, bo od początku roku przeczytałam prawie 3500 stron, a to wszystko z dziećmi i blogiem. Niestety czytanie bywa okrutnie wciągające, więc muszę się hamować, bo w przeciwnym razie Hela umarłaby z przejedzenia, a reszta rodziny z braku czystych skarpet. Czytanie jest o tyle fajnym hobby, że jest bardzo tanie. Nic nie trzeba kupować, wystarczy pożyczać, a nawet jeśli koniecznie chcemy mieć przeczytać coś, czego nie ma w bibliotekach czy u znajomych, to są jeszcze bardzo tanie dyskonty książkowe, więc naprawdę nie znajdziecie żadnej wymówki, żeby nie czytać.

4. Wyjścia do kawiarni i klubów dla mam

Beautiful female friends having fun at a restaurant

Wbrew pozorom nie jest to opcja głównie dla mam z dużych miast, ale o tym później. Coraz więcej mamy wokół siebie miejsc przyjaznych dla rodziców z małymi dziećmi — klubów i kawiarni, gdzie jest miejsce do zabawy, gdzie dzieci mogą biegać z krzykiem między stolikami, gdzie można karmić publicznie i nikt nie będzie krzyczał, i gdzie w toalecie jest przewijak i nakładka na deskę sedesową. Wszystko to z myślą o rodzicach. Można się tam umówić z dzieciatą koleżanką i w spokoju wypić kawę, bez stresowania się czy pani ze stolika obok odpowiada karmienie piersią, czy uznaje tylko butelkę. Bardzo często w tych miejscach organizowane są zajęcia dla dzieci, więc podwójna korzyść. Bardzo polecam takie wyjście, chociaż od czasu do czasu.

Jeśli w naszym mieście nie ma takiego miejsca, to można je zorganizować samemu. Wystarczy skrzyknąć kilka młodych mam (możne znacie się z porodówki albo codziennie mijacie na spacerach?) i po prostu zacząć się spotykać. Jeśli nie ma w mieście takiej kawiarni, gdzie faktycznie młode mamy mogłyby spokojnie porozmawiać, to zawsze może być to wspólny piknik w parku, nasze mieszkanie, sala w domu kultury czy na plebanii. Spokojnie da się również zorganizować jakieś ciekawe zajęcia, wystarczy tylko poszukać w mieście ratownika medycznego, instruktora fitness, psychologa czy jakiegokolwiek innego specjalistę, od którego chcecie się czegoś nauczyć.

5. Paznokcie jak ta lala

Woman in nail salon receiving manicure

Brzydkie i łamliwe paznokcie były jednym z moich większych kompleksów. Zawsze miałam je krótko obcięte, bo inaczej wyglądały okropnie. Dopiero na moim pierwszym urlopie macierzyńskim odkryłam, że regularne chodzenie na manicure i pedicure rozwiązuje ten problem, ale skoro nawet bez dzieci to mi się nie udawało, to jakim cudem robię to, gdy jestem już mamą. Po pierwsze moje wyjścia na paznokcie są absolutnie najświętszym punktem każdego miesiąca, choćby się waliło i paliło, to w ciągu tych trzech godzin ja jestem na paznokciach i koniec, to są jedyne w 100% pewne 3 godziny na moje zachcianki. Po drugie, nawet jeśli nie mogę zostawić dziecka z kimś innym (bo na piersi, bo mąż w pracy, bo cokolwiek), to zabieram je ze sobą. Teraz kiedy siedzę w domu z Helą, ona zawsze mi towarzyszy w wyprawach do mojego podwarszawskiego spa ;) Czasami jest łatwiej, czasami trudniej, ale pani Natalia (która od ponad 4 lat jest autorką moich przepięknych dłoni i stóp) jeszcze nigdy nie wypuściła mnie z brzydkimi pazurami. Klucz do sukcesu leży w odpowiednim planowaniu — najpierw nogi i wtedy Hela je oraz obserwuje, po czym pod koniec pedicure jest wykończona, ja ją usypiam i na manicure jest już cisza i wolne ręce. Układ idealny jest oczywiście czasami zaburzany, ale na ogół zawsze się dało jakoś wszystko dokończyć. Wydaje mi się, że z dzieckiem na ręku można zrobić więcej zabiegów kosmetycznych, ale ja sama próbowałam tylko z paznokciami. Ważne jest, żeby można było mieć chociaż jedną rękę wolną, pozycję siedzącą i otwarte oczy.

 

Z moich doświadczeń to już wszystko, ale zachęcam do dzielenia się waszymi pomysłami w komentarzach. W następnym wpisie (już chyba ostatnim z tej serii) napiszę o zajęciach rozwojowych dla niemowlaków, które również mogą nieco uatrakcyjnić urlop macierzyński.