Szczepienia, czyli krótka historia o tym, jak nie oszalałam

Pierwsze miesiące naszego rodzicielstwa przebiegały raczej spokojnie (nie licząc kolek). Fakt, że mieszkaliśmy wtedy w Szwajcarii, sprawił, że omijały nas wszelkie rodzicielskie dyskursy. Nie wiedzieliśmy nic o laktoterrorze, złu zamkniętym w puszce sztucznego mleka czy planowanej przez zmowę firm farmaceutycznych masowej depopulacji naszej planety. W tamtym kraju rozmowy na tematy medyczne toczyły się w gabinecie lekarza, gdzie można było otrzymać fachową informację na interesujące nas tematy zdrowotne i nikt raczej nie wywlekał ich poza te pokoje. Zaprzyjaźnieni z nami sąsiedzi nigdy nie zapytali się o to, czy wiem, że karmienie piersią jest najlepsze dla dziecka ani o to, co myślimy o szczepieniach, bo to były tematy medyczne, a nie towarzyskie.

Szczepienia w Szwajcarii nie są obowiązkowe (średni poziom wyszczepialności dzieci w wieku od 12 do 23 miesięcy przeciwko odrze, polio oraz błonicy, krztuścowi i tężcowi wynosi ok 94% vs 97% w Polsce*), ale rodzic razem z książeczką zdrowia dziecka dostaje informacje o zalecanych szczepieniach, a podczas kolejnych wizyt kontrolnych ma możliwość porozmawiania z lekarzem na ten temat. Pediatra, którą wybraliśmy na lekarza naszego dziecka, była osobą zaufaną, poleconą przez przyjaciółkę, która też jest lekarzem. Kiedy przyszliśmy z Frankiem na wizytę w drugim miesiącu życia, to po konsultacji z lekarzem zdecydowaliśmy się go zaszczepić zgodnie z zaleceniami pediatry — było więc szczepienie 6w1 oraz szczepienie przeciw pneumokokom w pełni opłacone z naszego ubezpieczenia zdrowotnego. Franek został do szczepienia zakwalifikowany, a my zostaliśmy poinformowani o możliwych niepożądanych odczynach poszczepiennych.

A potem wróciliśmy do Polski, w której rodzicielstwo jest, jak z innej planety. Szczepienia to temat towarzyskich rozmów, równie niebezpieczny, co polityka, bo każdy coś tam wiedział, albo słyszał, a w razie trudności w dyskusji zawsze mamy do dyspozycji znane nam z telewizji: „Pan kłamie!”, „Co za wierutne bzdury!”, „Pani nie ma zielonego pojęcia, o czym Pani mówi!”. Okazało się, że wakcynologia to nie jest dziedzina medycyny, którą zgłębia się latami, ale coś, w czym można zostać ekspertem po lekturze kilku blogów lub stron na Facebooku.

googleuni

Jako że miałam jednak być już raczej rodzicem w Polsce, a nie w Szwajcarii, to zagłębiłam się w temat. Gdzieś przy lekturze komentarza, który oskarżał Illuminatów (!) o depopulację naszej ukochanej planety przy pomocy masowych szczepień, coś we mnie pękło. Poczułam, że dotarłam do końca Internetu, za którym nie czekała na mnie biblioteka Polskiej Akademii Nauk, ale raczej spotkanie z psychiatrą. Zaczęłam zastanawiać się, po co ja to w ogóle robię, dlaczego szukam informacji o czymś, na czym tak naprawdę się nie znam, bo z chemii zawsze byłam raczej słaba, a biologia nigdy nie była moją pasją.

Szybko sobie przypomniałam, że chodzi o to, że jestem matką w Polsce, że kocham moje dziecko i muszę wiedzieć, czy szczepienia są wyłącznie dobre, czy wyłącznie złe. To dość zabawne, że w Szwajcarii, w kraju, w którym szczepienia są nieobowiązkowe i decyzja zależy tylko od rodzica, nie czułam takiej presji, jak w Polsce. I tam decyzję o szczepieniu podejmowałam spokojnie i z zaufaniem, że robię dobrze, a w Polsce zaczęłam się skupiać na obsesyjnym szukaniu u mojego dziecka NOP-ów, pomimo tego, że w sens szczepień nie zwątpiłam nigdy.

W pewnym momencie miałam wrażenie, że większość rodziców, z którymi się stykam to gorący przeciwnicy szczepień, którzy uważają, że wyrządzam mojemu dziecku krzywdę. Ale okazuje się, że oni po prostu krzyczą najgłośniej, bo zwolennicy szczepień raczej nie komentują tak oczywistego dla nich faktu, jakim jest zaszczepienie dziecka na choroby zakaźne. Ufają, że ponad 200 lat badań nad szczepionkami i znaczne ograniczenie ryzyka zachorowania na niebezpieczne choroby zakaźne jest mocnym argumentem i nie czują potrzeby wchodzenia w kompetencje lekarzy, przepytywania ich z wiedzy o wakcynologii i podważania ich doświadczenia. Według badań** w Polsce negatywnie do szczepień nastawione jest jedynie 8% matek, podczas gdy pozytywne podejście ma do nich 73% badanych mam. Oczywiście liczba dzieci, które nie są szczepione, rośnie, ale nadal wyszczepialność dzieci jest na bardzo wysokim poziomie. I pomyśleć, że po lekturze niektórych zakątków Internetu byłam pewna, że proporcja jest odwrotna.

Boimy się szczepień, bo niewiele o nich wiemy

Jako mama zupełnie nie rozumiem tych, którzy są zdecydowanymi przeciwnikami szczepień, ale rozumiem te mamy, które mają wątpliwości, które boją się, że własną decyzją skrzywdzą swoje dziecko. Myślę, że to jednak trochę niesprawiedliwe ze strony Ministerstwa Zdrowia (bo to jego odpowiedzialność), że zrzuca na barki rodziców taki ciężar, nie przykładając przy tym wystarczającej wagi do edukacji lekarzy w zakresie tego, jak z takimi rodzicami rozmawiać. Nie jest żadnym wyczynem zaszczepienie dziecka, którego rodzice są zwolennikami szczepień, ale na pewno dużym osiągnięciem jest przekonanie tego rodzica, który wchodzi do gabinetu z wątpliwościami i oczekuje od lekarza empatii i przystępnego wytłumaczenia, co konkretnie w tej szczepionce się znajduje. Nie można z jednej strony denerwować się na to, że rodzice wierzą w nieprawdziwe informacje znalezione w Internecie, a z drugiej nie znaleźć czasu na rozwianie wątpliwości, z którymi wchodzimy do gabinetu.

Znamiennym jest fakt, że wśród matek, które mają obawy związane ze szczepieniem, 40% boi się niesprecyzowanych powikłań po szczepieniu**, a 21% nie jest w stanie określić, z czym konkretnie jej obawy są związane**. To świadczy o tym, że tak naprawdę nie do końca wiemy, czy mamy się czego bać, i co to ewentualnie jest. Szczepionki, tak jak każdy inny produkt medyczny, wiążą się ze skutkami ubocznymi. Każdy, kto czytał kiedyś ulotkę leku, czy szczepionki wie, że istnieje prawdopodobieństwo, że wystąpią niepożądane przez nas skutki, ale mimo to podejmujemy ryzyko, bo korzyść jest dla nas większa. Przy szczepionkach niestety pojawił się taki problem, że z powodu długiej ich historii i sukcesu w zapobieganiu chorobom, nie mamy zielonego pojęcia, jak wygląda dziecko cierpiące na polio i co to jest błonica. Jeśli trafimy więc na pediatrę, który nie ma cierpliwości do rodziców mających wątpliwości, to nie będzie on w stanie wytłumaczyć, przeciwko czemu konkretnie jest to szczepienie. A przecież taki pediatra oprócz wiedzy o chorobach ma też za sobą setki szczepień i potrafi na podstawie wiedzy i doświadczenia powiedzieć, z jakimi skutkami ubocznymi się spotkał i jak często one występują.

My mamy za sobą bardzo ciekawe doświadczenie ze szczepieniem przeciwko gruźlicy. W Szwajcarii przeciwko tej chorobie szczepi się jedynie osoby, które wyjeżdżają w miejsca, gdzie choroba występuje, w związku z tym Franek nie został przeciw niej zaszczepiony. Nie powiem, kiedy wróciliśmy do Polski, to poczuliśmy się światowo, bo nasze dziecko nie było szczepione przeciw tej „chorobie Trzeciego Świata” (mniej więcej coś takiego usłyszeliśmy od naszej pediatry, kiedy zapytaliśmy się o gruźlicę). Tak się jakoś złożyło, że mamy w rodzinie dalszą ciocię, która jest pediatrą, pracującą na oddziale chorób płuc i gruźlicy. Na szczęście nie ja poinformowałam ją o tym braku w karcie szczepień i nie ja musiałam słuchać o tym, że wcale nie jesteśmy „światowi” tylko nieodpowiedzialni i ona zawsze może nas zaprosić na oddział, żebyśmy mogli się o tym przekonać na własne oczy. Mogłam oczywiście zarzucić ją informacjami z Internetu na temat tego, że wcale nie trzeba na gruźlicę zaszczepić, ale jednak postanowiłam zaufać lekarzowi, który w kwestii gruźlicy jest specjalistą, i który dla mojego syna chce jak najlepiej. Nie ważne ile stron, badań i dyskusji na temat gruźlicy bym przeczytała, to i tak nie miałabym wiedzy większej niż ona.

Dobry lekarz to najważniejszy sojusznik

No właśnie, to lekarz powinien być dla nas głównym źródłem informacji o szczepieniach, tymczasem z badań** wynika, że jedynie 63% przepytanych mam wskazuje lekarza jako źródło informacji na ten temat. Nie mam absolutnie żadnego problemu z tym, że o szczepieniach rozmawiamy ze znajomymi czy rodziną lub czerpiemy informacje z Internetu, ale wydaję mi się, że jednak lekarz powinien być źródłem numer jeden dla wszystkich rodziców, zwłaszcza że to lekarz (a nie Internet) będzie kwalifikował dziecko do szczepienia, informował nas o możliwych niepożądanych odczynach poszczepiennych i jeśli takowe wystąpią, to on będzie je zgłaszać dalej.

Dlatego moim zdaniem KLUCZOWE jest znalezienie takiego pediatry, z którym będziemy umieć rozmawiać i, który będzie otwarty na nasze wątpliwości i zrozumie, że nasze obawy są wynikiem miłości, jaką darzymy dziecko. Nie wiem, czy ja mam jakieś osobiste szczęście do lekarzy, ale wybieram takich, z którymi mam dobry kontakt. Ginekolog, który prowadził moją ciążę w Szwajcarii, był dla mnie najlepszym przykładem na to, że dobrym lekarzem jest ten, kto potrafi z pacjentem rozmawiać, kto nie będzie wyśmiewał jego obaw i będzie miał cierpliwość, nawet jeśli po raz setny padnie pytanie o to, co napisali w Internecie. Niestety obecnie lekarze muszą nauczyć się sztuki wygrywania z doktorem Googlem, która wbrew pozorom wcale nie jest trudna, trzeba mieć tylko dużo cierpliwości.

Ja sama jestem obecnie na etapie decydowania o zaszczepieniu najmłodszego dziecka przeciwko ospie wietrznej. Starsza dwójka łagodnie przechorowała, zanim została zaszczepiona, najmłodsza się nie zaraziła. I nie mam niestety gotowej odpowiedzi na to, czy lepiej jest przechorować, czy może zaszczepić. Starsza dwójka moich dzieci w trakcie ospy wietrznej nie miała nawet gorączki, ale czy mam pewność, że za trzecim razem też tak będzie? Nie mam też pojęcia, czy moje chore na ospę wietrzną dziecko nie zarazi kogoś, u kogo ta choroba będzie miała dużo gorszy przebieg. Z drugiej strony, jeśli zaszczepię córkę, a po 20 latach odporności już u niej nie będzie, a ona zajdzie w ciąże i się zarazi ospą, to co wtedy? Ja nie wiem, dlatego pytam się lekarzy pediatrów, wakcynologów czy epidemiologów, których spotykam w przychodni lub podczas wizyt domowych. Decyzja należy do mnie, ale nie chcę jej podejmować na podstawie memu z Internetu, tylko po konsultacji ze specjalistą.

Gdy rozmawiam ze znajomymi pediatrami, to wspominają oni o antyszczepionkowych rodzicach, którzy są tak agresywni i tak przekonani o tym, że to oni mają rację, że lekarze odpuszczają dyskusję. Z jednej strony to jest bardzo niedobre, bo jeśli ktoś, kto dzięki swojej wiedzy i doświadczeniu ma największy mandat do bycia autorytetem, odpuszcza, to daje przeciwnikom szczepień kolejny argument („Nawet lekarze nie mają argumentów za szczepieniami”), z drugiej strony wcale im się nie dziwię, bo czy ktoś z nas ma ochotę na dyskusje z kimś, kto wcale nie chce dyskutować, a jedynie wygłosić swoje racje, jako jedyne prawdziwe?

Jak korzystać z Internetu i nie uwierzyć w światowy spisek?

Jeśli rodzic, który ma wątpliwości co do szczepień, nie znajdzie oparcia w lekarzu, to z całą pewnością znajdzie je w towarzystwie antyszczepionkowych społeczności, które wykorzystują silny emocjonalny przekaz do poruszenia czułych rodzicielskich serc. Antyszczepionkowcy zarzucają producentom szczepionek, że budują przekaz reklamowy w oparciu o silne emocje, takie jak strach, ale sami robią dokładnie to samo, tylko w drugą stronę. Mam wrażenie, że do pełnego kabaretu brakuje tylko tego, żeby pediatra podczas kwalifikacji do szczepienia opowiadał rodzicom chwytającą za serce historię o jego pacjencie, malutkim, niebieskookim Jasiu, który żył długo i szczęśliwie, bo nie miał ciężkich powikłań po chorobie, przed którą ochroniła go szczepionka.

W kwestii szczepień powinniśmy się skupiać przede wszystkim na faktach pochodzących z rzetelnych źródeł, bo decyzję na temat szczepienia musimy podjąć przy użyciu głowy, a nie serca, ale musimy racjonalnie ocenić swoją wiedzę z zakresu wakcynologii i umieć zaufać lekarzowi. Przecież jeśli wybieramy się na wycięcie wyrostka, to nie studiujemy wcześniej medycyny i nie oglądamy na portalu medtube, jak taka operacja wygląda, żeby przypilnować, czy chirurg robi to tak, jak naszym zdaniem powinien robić?

Oczywiście nie ma nic złego w interesowaniu się tematem szczepień, ale ostrzegam przed źródłem pod tytułem Internet, bo trzeba naprawdę wybierać rozważnie, w Internecie znajdziecie logicznie brzmiące argumenty, dla poparcia każdej teorii. Dla mnie głównym źródłem informacji o chorobach zakaźnych i szczepieniach są strony Państwowego Zakładu Higieny Państwowej Inspekcji Sanitarnej. Rodzicom szukającym podstawowych informacji o obowiązkowych i zalecanych szczepieniach polecam strony producentów szczepionek, które są chyba najbardziej przejrzyste — szczepienia.pl oraz zaszczepsiewiedza.pl, gdzie można znaleźć nie tylko informacje o szczepieniu dzieci, ale również o tym, kiedy dorośli powinni się doszczepiać i na co szczepić się jeśli podróżujemy po krajach egzotycznych. Jeśli szukam bardziej specjalistycznej wiedzy i informacji na temat szczepień (ale ciągle w zasięgu możliwości mojego niemedycznego umysłu), to korzystam z portalu mp.pl. Bardzo polecam też naukaonline.pl, który jest portalem magazynu Academia Polskiej Akademii Nauk (a szczególnie polecam wydanie specjalne Academii, które jest w całości poświęcone szczepieniom). Próbowałam na początku korzystać z bardzo naukowych źródeł, ale szybko doszłam do wniosku, że to nie dla mnie, bo nie mam odpowiedniego wykształcenia, żeby móc dobrze rozumieć wyniki badań medycznych.


Uważam, że obowiązkową lekturą wszystkich rodziców powinna być wydana w tym roku książka Izabeli Filc-Redlińskiej „Szczepionki. Nie daj się zwariować”, przeczytanie tej książki przed wejściem z dzieckiem do gabinetu lekarskiego daje rodzicom naprawdę spore podstawy, wiele rzeczy wyjaśnia i pozwala lepiej formułować nasze wątpliwości związane ze szczepieniem. Ogromnym plusem tej książki jest fakt, że jej autorka rozmawiała z wieloma autorytetami w dziedzinie szczepień, więc mamy mnóstwo opinii, danych i faktów zebranych w jednym miejscu. Nie jest to też książka pisząca o szczepieniach bezkrytycznie, więc jestem pewna, że Ci rodzice, którzy podchodzą do szczepień z obawami, będą bardzo z tej lektury zadowoleni.

szczepionki

 

No dobra, idziemy się zaszczepić.

Nawet jeśli nasze wątpliwości co do szczepienia zostaną rozwiane i zdecydujemy się zaszczepić, to pamiętajmy, że tylko zdrowe dziecko powinno być zakwalifikowane do szczepienia. Każda szczepionka ma własne przeciwskazania, chociaż ja bez względu na to, jakie szczepienie miało być wykonywane, zawsze dzwoniłam i zmieniałam termin, jeśli miałam zastrzeżenia co do zdrowia dziecka. Co więcej, mając trójkę dzieci, musiałam zwracać uwagę nie tylko na to, które aktualnie będzie szczepione, ale też na te pozostałe. I jeśli jedno przywlekło z przedszkola zarazę, to szczepienie drugiego przekładałam. Nie chciałam, żeby dziecko po szczepieniu było narażone na jakąś chorobę, bo pewnie strasznie bym panikowała, nie wiedząc, czy to wina szczepionki, czy chorego rodzeństwa. Może jestem przewrażliwiona, ale wolę dmuchać na zimne :)

Po szczepieniu zawsze dostawałam do ręki ulotkę z danej szczepionki (mam ich cały plik w książeczkach zdrowia), dzięki czemu miałam przy sobie informacje na temat ewentualnych NOP-ów. Pielęgniarki wykonujące szczepienie zawsze prosiły też o pozostanie pod gabinetem zabiegowym przez 30 minut po szczepieniu. Czekałam, mimo tego, że za drzwiami czekało na mnie tyle interesujących rzeczy :)

Jeśli już po szczepieniu działo się coś, co było niepokojące, to ostatnią rzeczą, którą robiłam, było wchodzenie na fora lub szukanie diagnozy u doktora Googla. O tym, jak zły jest ten pomysł, przekonałam się w pierwszej ciąży, w trakcie której absolutnie każda z ciążowych dolegliwości to wg Googla było poronienie lub ciąża pozamaciczna, innych opcji nie dało się wyszukać :) Po pierwszym tygodniu czytania o tym, że to na 100% jest ciąża pozamaciczna, dałam sobie spokój z tym poradami medycznymi przez Internet. Jak coś jest nie tak, to po prostu dzwonię do lekarza lub umawiam się na wizytę, jeśli nie jest to coś bardzo pilnego.

Każde szczepienie moich dzieci było dla mnie stresujące, za każdym razem przed wejściem do gabinetu miałam w głowie myśli, że coś może pójść nie tak i zastanawiałam się, dlaczego jednak nie zostałam w tej Szwajcarii, gdzie dyskusje rodziców o szczepionkach nie miały ambicji wychodzenia poza gabinet lekarski. Szczepienie przeciwko odrze, śwince i różyczce to za każdym razem było apogeum paniki, głosy w mojej głowie mówiły mi, że to jednak są Illuminati, a Wakefield, który sfałszował badania łączące tę szczepionkę z autyzmem, tak naprawdę jest ofiarą spisku. Całe szczęście pediatra moich dzieci mówi znacznie głośniej niż głosy w mojej głowie i ma w sobie odpowiednią ilość empatii, którą jest w stanie objąć te matki, które mają obawy, bo przecież nie chcą skrzywdzić swoich dzieci, ale czasami za długo siedzą w Internecie :)

I serio, jeśli masz jakieś wątpliwości co do słuszności lub bezpieczeństwa szczepień, to pamiętaj, że najważniejszym źródłem wiedzy powinien być specjalista, a nie forum internetowe. A jeśli kiedyś poczujesz się osamotniona, bo zacznie Ci się wydawać, że wokół Ciebie są sami głośno krzyczący antyszczepionkowcy, to nie zapominaj, że zdecydowana większość rodziców szczepi swoje dzieci, tylko po prostu nie krzyczy o tym całemu światu :)

 

Źródła danych wykorzystanych w tekście:

*”Warunki i jakość życia dzieci w krajach rozwiniętych. Analiza porównawcza” Unicef

**badanie ilościowe Vaccine Track i badania jakościowe, realizowane przez Millward Brown na zlecenie GlaxoSmithKline w okresie grudzień 2015 – marzec 2016 – wyniki badań otrzymałam od firmy GlaxoSmithKline


szczepieniapl